Podgrzali małżeństwo
Słuchaj, Jagoda… Może spróbujemy otwartego związku? zaproponował ostrożnie Wiktor.
Co takiego? Jagoda nie od razu pojęła sens tych słów. Ty mówisz poważnie?
A co w tym dziwnego? To całkiem normalne wzruszył ramionami mąż, udając spokój. Wiesz, jak to jest na Zachodzie, ludzie tak żyją i nikogo to nie dziwi. Podobno to nawet ożywia związek. Sama mówiłaś, że trochę słodkiego na diecie nie zaszkodzi, pomaga się nie rzucać na jedzenie. No to tu podobnie w życiu potrzebna jest różnorodność.
Jagoda zamrugała powoli, próbując ogarnąć to, co usłyszała. Porównanie kochanki do batonika czekoladowego wydało jej się równie głupie, co bezczelne.
Witek… zaczęła. Jeśli chcesz odejść, zrób to porządnie. Dam ci wolność, ale mnie w takie rzeczy nie mieszaj.
Jagoda, o co ci chodzi? Przecież cię kocham. Po prostu… brakuje tej iskry. Żar przygasł, śpimy plecami do siebie, rozmawiamy tylko o zakupach i rachunkach za prąd. Trochę się między nami wypaliło, przydałoby się nam trochę odmiany. Przecież cię do niczego nie zmuszam. Pogadaj sobie z kimś, rozerwij się. To takie złe?
Jagoda zmrużyła oczy, nagle zrozumiała: mąż ją okłamuje. Tego nerwowego bębnienia palcami po stole, uciekającego wzroku… Jemu potrzebna była wolność. Ale nie dziś, nie jutro już od dawna się o nią starał.
Witek, powiedz szczerze. Już sobie kogoś znalazłeś, prawda? I teraz wymyślasz takie układy, żeby sumienie cię nie gryzło?
Zaczyna się! rzucił Wiktor, wzdychając z irytacją. Gdybym miał kogoś, to po co bym z tobą o tym gadał? Żałuję, że w ogóle zacząłem temat… Jesteś taka jak dziewczyny z poprzedniej epoki. Dobra, zapomnij…
Po tych słowach Wiktor wstał urażony i poszedł do drugiego pokoju. A Jagoda została ze swoimi myślami.
Dwadzieścia pięć lat. Oddała mu najlepsze lata, znosiła wzloty i upadki, niedostatek, niekończące się nadgodziny, które teraz nagle nabierały zupełnie innego znaczenia… A on siedzi najedzony i zadowolony, proponując jej uczestnictwo w zamachu na rodzinę. Odrębną rozrywkę… Jakie wygodne określenie.
Tej nocy spali osobno. Właściwie trudno nazwać to snem Jagoda leżała i patrzyła to w sufit, to za okno, pytając samą siebie, jak się do tego wszystkiego doprowadzili. Przecież kiedyś Wiktor przynosił jej naręcza bzu, zasuwał na budowie, by zorganizować porządne wesele, a narodziny córki były dla niego wielką radością. Teraz… Lepiej, gdyby po prostu odszedł.
Gdzie była ta granica, po której wszystko się rozjechało? Może wtedy, gdy ona przestała malować się w domu, by być ładną specjalnie dla niego? Albo gdy po raz pierwszy zapomniał o rocznicy, tłumacząc się nagłą robotą? Cóż, teraz to już bez znaczenia.
Chciałoby się wyjść z sądu i zapomnieć o wszystkim raz na zawsze. Ale czy tak łatwo można wyrzucić z pamięci niemal pół życia?
Może nigdy nie mieli wielkiej namiętności, ale był wspólny dorobek, przyzwyczajenie, poukładane życie. Wiktor był jej zapleczem. Córka, Marlena, już dawno się wyprowadziła, czekała ich starość. Razem przechodzili trudne chwile, nieraz wspierali się w chorobie. Kiedyś Wiktor nawet zaciągnął kredyt, żeby pomóc jej matce. Nie każdy byłby na to gotów.
W duszy Jagody kłębił się koktajl żalu, złości i strachu. Może on myśli, że jestem już nikomu niepotrzebna?, przemknęło przez głowę: Że jestem starą babą, skazaną na długie smażenie mu schabowych, robienie na drutach dla wnuków i czekanie aż łaskawie raczy wrócić do domu po kolejnej wyprawie na podryw?
O, doprawdy nie.
Dobrze ogłosiła mu nazajutrz niech będzie po twojemu.
To znaczy? spytał zdziwiony.
Zgadzam się na ten twój wolny związek.
Wiktor o mało nie zakrztusił się herbatą. Oczekiwał awantury, a tu nagle taki spokój.
No… To świetnie. Może nawet ci się spodoba rzucił szybko. Zresztą dziś wrócę później.
Serce Jagody ścisnęło się z bólu. Tak szybko?
Wieczór był szary i duszny. Jagoda czuła się, jakby ktoś ją zepchnął na margines, jakby była zużytym, przestarzałym modelem telefonu.
Podeszła do lustra. Oczy zmęczone, w kącikach już zmarszczki, skóra nie taka jak kiedyś. Ale sylwetka nadal zgrabna, włosy gęste. Może wcale nie jest taka zupełnie stracona? Może problem tkwi w Wiktorze, nie w niej?
Inni mężczyźni też na nią patrzyli. Choćby Andrzej, kierownik sąsiedniego działu, który od miesiąca pracował z nimi w warszawskim oddziale firmy.
Przystojny facet, włosy przyprószone siwizną, lekko zachrypnięty głos, uśmiech z lekkością łobuza. Komplementował ją, otwierał drzwi, stawiał kawę raz nawet zaprosił na lunch, a tydzień temu na kolację w restauracji.
Panie Andrzeju, jestem na diecie. I to na specjalnej, bo nazywa się żona odparła wtedy Jagoda.
Jagódko, ślub to tylko dopisek w dokumencie, nie wyrok uśmiechnął się Andrzej. Ale nie nalegam.
Skoro Wiktor chciał, by się rozerwała, czemu by sobie nie pozwolić?
Dobry wieczór, Andrzeju. Zaproszenie na kolację nadal aktualne? Bo pojawił się nowy apetyt i chęć na trochę odstępstw od diety napisała mu wieczorem w wiadomości.
To nie była zemsta. Po prostu miała ochotę poczuć się kobietą. Pooddychać pełną piersią znowu poczuć, że ma własne ja, które mąż stłamsił w ciągu dwóch nędznych dni.
Reszta wieczoru minęła w dziwacznej mieszance ekscytacji i zakłopotania. Andrzej był jak wzorowy dżentelmen odsuwał krzesło, uzupełniał kieliszek, słuchał z uwagą i patrzył tak, jakby była jedyną kobietą w knajpie.
Czuła lekkie wyrzuty sumienia, a jednocześnie wróciło uczucie, które już dawno umarło poczuła się znów atrakcyjna, zauważona. W końcu miała w życiu coś poza kotletami i przepoconymi skarpetami Wiktora.
Może pojedziemy do mnie? zapytał Andrzej, kiedy zjadła deser. Po drodze kupimy butelkę wina, pogadamy, może coś obejrzymy… Przedłużymy ten miły wieczór.
Kiwnęła głową. Wewnątrz jakiś głos krzyczał: Zastanów się!, ale szybko przypomniała sobie minę Wiktora, gdy życzył jej rozrywki.
Gdy już byli u Andrzeja, telefon Jagody zaczął dzwonić jak oszalały. Mąż. Odrzuciła raz i drugi, ale bez skutku.
Halo powiedziała, próbując mówić spokojnie.
Gdzie się szlajasz?! od razu usłyszała w słuchawce. Dziesiąta wieczorem, lodówka świeci pustkami, ciebie nie ma! Zwariowałaś?
Jagoda się osłupiła. Andrzej, słysząc wymianę, dyskretnie wyszedł do drugiego pokoju. Cały czar prysł w sekundę.
Wiesz co, Witek… jestem na randce.
Słucham?! Na jakiej, do cholery, randce?!
Mam ci tłumaczyć jak dziecku? Sam wczoraj zaproponowałeś otwarty związek. Mówiłeś: rozerwij się, pogadaj z innym. No to robię to, czego chciałeś. Dlaczego się czepiasz?
Zapanowała ciężka cisza, przerywana tylko jego głośnym oddychaniem. Po chwili wybuchł.
Ty… Naprawdę do kogoś poszłaś? Przecież żartowałem! Chciałem cię sprawdzić! Spraw-dzić! Tylko na to czekałaś, tak? Udawałaś urażoną, a od razu lecisz na randkę!
Jagoda była kompletnie zbita z tropu.
A ty gdzie byłeś dziś wieczorem?
W pracy, nigdzie indziej! burknął. Dobra, nie potrzebuję od ciebie żadnego syfu. Pakuj się, albo ja wyjeżdżam. Rozwód!
Rozłączył się. Jagoda przez długi czas wpatrywała się w ścianę, czując się poniżona i wypluta.
Wszystko w porządku? odezwał się Andrzej z korytarza.
Tak… drobiazgi… Jagoda usiłowała się uśmiechnąć, ale nie dała rady.
Jagoda… Andrzej popatrzył na zegarek. Chyba lepiej, żebyś pojechała poukładać sprawy w domu.
Czar prysł, z bajki została tylko zwyczajność. Andrzeja też trudno było winić liczył na miły wieczór, a dostał czyjeś rodzinne piekło.
Widocznie powinna była od razu złożyć papiery rozwodowe. Ale mądrość przychodzi zawsze za późno.
Tej nocy Jagoda nie wróciła do domu. Zamówiła pokój w hostelu, nie chciało jej się tłumaczyć przed rozwścieczonym mężem, musiała poukładać w głowie, że już nigdy nie będzie po staremu.
Minęły trzy lata…
Życie samo okroiło, co zbędne, czasem boleśnie. Wiktor szybciutko znalazł sobie inną kobietę jeszcze zanim sąd orzekł rozwód. Zresztą nowa partnerka wyprowadziła się z jego życiem i pieniędzmi tuż po sprzedaży byłego, wspólnego mieszkania.
Z Andrzejem nic nie wyszło. Nadal mijali się czasem w biurze, wymieniali już tylko grzecznościowe dzień dobry. Jagoda pojęła, że mężczyźni, którzy z ochotą wchodzą w rolę kochanka, umykają przy pierwszej okazji, gdy trzeba się sprawdzić jako partner czy oparcie.
Ale Jagoda nawet nie szukała nowych znajomości. Gdy zamieszkała w swoim nowym, własnym mieszkaniu, odkryła, że ma morze czasu i sił. Wcześniej całe jej życie kręciło się wokół usługiwania Wiktorowi. Teraz zaczęła żyć wreszcie dla siebie.
Codzienny basen pomógł wyleczyć bóle kręgosłupa, kursy angielskiego pobudziły szare komórki. Obcięła włosy na krótko, wymieniła ubrania na nowe.
I co najważniejsze została babcią.
Córka, Marlena, pół roku temu urodziła córeczkę. Na początku, gdy rozwód wywołał burzę, stanęła po stronie ojca; Wiktor pięknie umiał grać skrzywdzonego. Malował przed córką matkę jako ladacznicę, która rozbiła rodzinę dla kochanka.
Ale czas wszystko poustawiał. Marlena przyjechała do matki, żeby wyjaśnić wszystko twarzą w twarz. Zobaczyła zmęczoną, ale szczerą kobietę. Jagoda opowiedziała wszystko uczciwie: to Wiktor wyszedł z dziwną propozycją, od lat przesiadywał w pracy, od dawna czuła się z nim sama. Marlena, już żona, dobrze ją zrozumiała. Zwłaszcza kiedy Wiktor prędko znalazł nową miłość.
Teraz Jagoda siedziała w kuchni u córki, trzymając na kolanach maleńką Zosię. Dziewczynka z radością próbowała złapać babcin palec.
Tata znowu dzwonił… westchnęła Marlena. Chciał przyjechać, zobaczyć się z Zosią.
I co mu powiedziałaś? spokojnie zapytała Jagoda.
Że nie będzie nas w Warszawie. Nie chcę, żeby nas odwiedzał. Ciągle mówi o tobie źle, innym razem prosi, żebyście znowu byli razem. Za każdym razem się denerwuję, jak się pojawia. I nie chcę, by próbował nastawiać Zosię przeciwko tobie. Niech sobie żyje ze swoją wolnością…
Jagoda milczała, przytulając wnuczkę jeszcze mocniej.
Wiktor dostał to, czego chciał: pełną wolność. Teraz nikt nie zawraca głowy, nie przeszkadza w oglądaniu telewizji. Tylko że z czasem ta upragniona wolność zaczęła mu smakować jak gorzka kawa. Ale było już za późno.



