Odpowiedź bez

Pola, jesteś już gotowa? Spóźnię się do szkoły! zawołałem, wieszając ostatnią wypraną koszulę Krzysia na sznurze na balkonie. Niezabudowany, z popękaną, łuszczącą się farbą na ścianach, był moim ulubionym miejscem w mieszkaniu.

Podszedłem do balustrady i znów się zapatrzyłem. Z siódmego piętra rozciągał się niesamowity widok na Wisłę i okolice Warszawy. Wschodzące słońce zalewało wszystko ostrym, wiosennym światłem. Mrużyłem oczy i ściskałem cienkimi palcami zimny metal. Oto ona cała moja przyszłość! Jasna, piękna, pełna nieskończonych możliwości i tak wyrazista, że aż bolały oczy. Tak, teraz wszystko będzie dobrze. Wystarczy tylko wytrwale dążyć do celu!

Chmura przesłoniła słońce i na chwilę wszystko spochmurniało. Zadrżałem i jakby ocknąłem się z marzeń. Niby już dobrze wiedziałem: marzenia to jedno, a szara rzeczywistość drugie. Chociaż… Jak to mówiła ciocia Sylwia? Rzeczywistość tworzymy sami? Od nas zależy, jak będzie? Myślę, że miała rację. Była mądra, skończyła uniwersytet. Powtarzała, że mam szansę się tam dostać problem tylko w tym, czy będę chciał. Westchnąłem ciężko. Chcieć to za mało, trzeba przemyśleć i dobrze zważyć decyzję. Sytuacja rodzinna nie pozwalała na wszystko naraz. Ojciec samemu ledwo dawał radę. Pola i Krzysztof byli jeszcze mali, pieniędzy na styk. Znów pojawił się wybór studia albo praca. W tej chwili innej opcji niż znaleźć jakąś robotę i pomóc tacie nie widziałem.

Spojrzałem na malutki zegarek, który ojciec podarował mi jeszcze w drugiej klasie, i aż się wzdrygnąłem spóźnię się! Chwilę później pchnąłem drzwi balkonowe z pustą miską pod pachą.

Pola spała, z rączką pod policzkiem, tak słodko, że przez chwilę po prostu patrzyłem na siostrzyczkę. Taka piękna! Długie rzęsy sięgały aż do policzków, jasne loczki rozsypane po poduszce. Z loczkami było zawsze sporo zamieszania, ale nie wyobrażałem sobie, by je obcinać taka uroda to nasz rodzinny skarb. Mama też miała takie włosy… Skrzywiłem się. Nie lubiłem wspominać mamy. Wiele można człowiekowi wybaczyć, ale zdrady chyba nigdy. Mama nas zostawiła. Pola była wtedy za mała, nie pamięta jej wcale. Chwilami mówiła na mnie „mamo” co wywoływało u innych matek na placu zabaw dziwne spojrzenia. Uśmiechnąłem się mimowolnie, przypominając sobie pierwszy raz, gdy starsze kobiety mnie za to karciły.

Do tego mieszkania przenieśliśmy się po śmierci babci, gdy spadek przeszedł na tatę. Wcześniej w dwóch pokojach gnieździliśmy się wszyscy, dla nas to było już za mało. Tu, na czterech izbach w centrum stolicy – mogliśmy wreszcie odetchnąć.

Babcia była postacią trudną: profesorka Uniwersytetu Warszawskiego, chłodna i oschła. Z sąsiadami nie rozmawiała, uważała ich za ludzi prostych i powierzchownych. Jako dziecko tego nie rozumiałem; potem wolałem rzadko ją odwiedzać. Pomagałem, ale zawsze z zaciśniętymi zębami znosiłem jej komentarze.

Jesteś kopią swojej matki. Nic z ciebie nie będzie, chyba że nasze geny zadziałają, ale tata twój… ech! Jedyna rzecz, która może cię uratować, to wiedza. Ucz się, inaczej tak skończysz jak ona.

Milczałem. Co tu powiedzieć? Babcia nie znosiła sprzeciwu. Tata zresztą nigdy mnie nie strofował, kiedy się na mnie żaliła, ale widziałem jego zatroskaną twarz i wiedziałem, że to najgorsza kara. Odrabiałem robotę i szybko znikałem z jej mieszkania. Tylko raz trzasnąłem drzwiami po jej oskarżeniach, potem zakazałem sobie w ogóle myśli o wyrzutach.

Twój brat i siostra to na pewno nie dzieci twojego ojca. Nie mają ze mną nic wspólnego! Nie chcę słyszeć o nich! Jasne?!

To mnie też więcej tu nie zobaczysz! odpowiedziałem, pięści miałem zaciśnięte ze złości.

Co mówiłeś? zdziwiła się aż tak, że trochę mnie ostudziło. Przez moment miałem ochotę roztrzaskać jej ten zestaw porcelanowych figurek, których surowo kazała mi pilnować. Te figurki zbierała latami i dla ich ochrony zakazała niższym rodzeństwu odwiedzać mieszkanie…

Już nigdy nie przyjdę! rzuciłem przez ramię, wbiegłem do korytarza, naciągnąłem zimową kurtkę i pobiegłem do domu. Pola gaworzyła w łóżeczku, a ja, ledwo zdjąłem buty, już podniosłem ją na ręce.

Jesteś moja, i Krzysiek mój! Wszyscy jesteśmy rodziną, nieważne, co kto powie! Nikogo więcej nie potrzebujemy!

Tata wyjrzał z łazienki znad prania dziecięcych ubranek i patrzył zdziwiony na mnie, rozklejonego pośrodku pokoju. Pola przecierała mi łzy paluszkami, potem zaczęła mocno płakać. Krzysiek wbiegł z kuchni, gdzie odrabiał lekcje.

Co one mają?

Nie wiem! wzruszył ramionami ojciec.

Kobiety… westchnął Krzysiek, obejmując nas oboje. Płaczą, a my zrobiliśmy makaron na kolację.

Babcia zadzwoniła godzinę później. Umyłem pośpiesznie talerz, zakręciłem wodę. Głos taty był najpierw zaskoczony, potem zniecierpliwiony i wreszcie zły. Przysiadłem cicho w kuchni, podkuliłem pod siebie nogi. Zacznie się awantura…

Ale nie. Tata przyszedł później, objął mnie i pocałował w skroń.

Nie musisz więcej chodzić do babci.

Czemu?

Bo nikt nie ma prawa cię poniżać i obrażać twoich bliskich. Nawet jeśli to rodzina.

Wtedy odetchnąłem z ulgą. Koniec z wiecznymi pretensjami, czas zatroszczyć się o swoje i o młodszych.

Babcię pożegnaliśmy półtora roku później. Przed śmiercią, kiedy trafiła do szpitala, znów się do niej zbliżyliśmy ja i tata. Patrząc na drobną, schorowaną staruszkę, która zgubiła się w szpitalnej pościeli, nie widziałem już tej samej babci. Tylko jej ton się nie zmienił, zwłaszcza w kontaktach z personelem. Ściskałem za rękę tatę.

Zostanę.

Synku…

Muszę.

Pielęgniarki odetchnęły, kiedy zauważyły, że teraz mają wreszcie pośrednika. Uczyłem się na drugą zmianę, więc mogłem śmigać do szpitala rano. Gdy siedziałem przy babci, ona łagodniała, pozwalała pielęgniarkom pracować.

Jesteś wyjątkowym chłopakiem… ściskała mnie za ramiona najstarsza pielęgniarka. A babcia… nie chowaj urazy. Są ludzie, co nigdy nie doświadczyli szczęścia i nie mogą go dać innym.

W ostatnim dniu babcia była niezwykle spokojna. Patrzyła w okno na zachmurzone niebo. Skończyłem wypracowanie, schowałem zeszyt i wstałem od łóżka.

Muszę iść.

Poczekaj… wyszeptała tak cicho, że aż się zdziwiłem. Przebacz mi… Za wszystko… Życie zmarnowane… Opiekuj się tatą…

Skinąłem głową, zabrałem plecak i wyszedłem. U progu jeszcze wróciłem, ucałowałem ją w policzek.

Odpoczywaj. Wpadnę wieczorem.

Ujrzałem, jak chowa twarz, ukrywając łzy, i wybiegłem z oddziału. Do szkoły miałem godzinę drogi ledwo zdążałem.

Babcia odeszła tego samego dnia. Sztywno przyjąłem wiadomość od taty, zebrałem rodzeństwo i zamknąłem się z nimi w pokoju. Dla mnie babcia była problemem, a dla ojca… matką. On siedział potem godzinami w kuchni, zapatrzony w jeden punkt, dopiero później wycierał łzy i szykował dla nas następny posiłek.

Przeprowadzka była trudna. Pola chorowała, Krzysiek broił, odmawiał odrabiania lekcji. Tata biegał między domem i pracą. Pakowałem rzeczy, modliłem się w myśli, żeby nie było tak źle jak wcześniej. Nie wiedziałem, do kogo mówię te prośby, ale wierzyłem, że ktoś mnie wysłuchał.

W nowym mieszkaniu każdy miał nagle miejsce dla siebie i wnet poczuliśmy, co to znaczy nie siedzieć sobie na głowie. Pola jednak później przeniosła swoje łóżko do mojego pokoju, bo i tak płakała nocami. Krzysiek nie wychodził z kuchni, gdzie razem odrabialiśmy lekcje i wspólnie gotowaliśmy obiady.

Posól ziemniaki! próbowałem rozwiązać zadanie z fizyki. Nie przepadałem za ścisłymi przedmiotami, rozpraszało mnie gotowanie.

Wodę na zupę już postawiłem, co dalej? krzyknął Krzysiek.

Zaraz, już Ci pokazuję! odkładałem długopis i zabierałem się za siekanie warzyw.

Coś mi tu nie wychodzi! Te całe liczby ujemne mnie wykończą. Pomóż?

Daj, zerknę.

A Pola przy małym stoliku rysowała w albumie kredkami. Skoro starsi pracują, to i ona powinna!

Na początku nie było łatwo. Tata pracował, dzieci spoczywały na mojej głowie. Z Krzyśkiem się jeszcze jakoś dogadywałem, ale Pola często chorowała, więc musiałem opuszczać zajęcia. Pomagało przedszkole, dopóki nie pojawiła się pani Sylwia sąsiadka z parteru.

Poznaliśmy się przypadkiem, gdy na tydzień po przeprowadzce wyszedłem z Polą na plac zabaw. Było ciepło, pełno dzieci, matek i babć. Pola chciała na huśtawkę, ale kolejka ogromna.

Mamo! zakrzyknęła na całą okolicę, a inne kobiety tylko się wzdrygnęły.

Jak to mamusia? Ta dziewczyna? Przecież to dzieciak…

Już pojawiły się życzliwe komentatorki. Pola krzyczała wniebogłosy, ja nie wiedziałem, jak ją odciągnąć.

Co tu się dzieje? zabrzmiał stanowczy kobiecy głos, na moment zamilkły wszystkie ciotki. Odwróciłem się znajoma z klatki, pani Sylwia.

Sylwia! Dobrze, że jesteś. Nowa sąsiadka, dzieciak dzieciaka wychowuje… parsknęła starsza kobieta.

A w czym problem? Sylvia spojrzała na całość.

Jakaś zapalczywa starsza pani wykrzyczała, że to dysgracja, że może gdyby takie dzieci oddać do domu dziecka, byłoby lepiej.

To wszystko? uniosła brwi pani Sylwia. Dziewczynka, kim jest dla ciebie mała?

Siostrą odpowiedziałem.

Pytania jeszcze jakieś?

Damom nagle zabrakło słów, jedna po drugiej pospiesznie zabrały dzieci z piaskownicy.

Jak masz na imię?

Artur, a to Pola.

Sylwia jestem. Tylko bez cioci, jeszcze za młoda na to! Uśmiechnęła się z przymrużeniem oka.

Nie pamiętam, kiedy i jak Sylwia stała się moją prawdziwą przyjaciółką. Kto powie, że nastolatek i trzydziestoletnia kobieta mogą się przyjaźnić? A jednak widać właśnie tego mi wtedy zabrakło. Takiego przewodnika-nauczycielki i opiekunki.

Szybko się przekonałem, że Sylwię szanowała cała klatka, niektórzy się jej bali. Pracowała jako prawniczka specjalistka od spraw rodzinnych. Umiała trzymać język za zębami. Była szczera i konkretna.

Znasz sekrety połowy sąsiadów? śmiałem się, pomagając jej zdejmować zasłony do prania.

To i tak nie wszystkie! Lepiej mieć dobre relacje, bo nieraz wychodzi, że tata nie płaci alimentów albo ktoś oddał rodzica do domu opieki i ukrywa przed światem, co się da…

Wiedziałem, o czym mówi. Właśnie dlatego ojciec zatrzasnął drzwi naszej dawnej kamienicy i przeprowadził nas na Ochotę, gdzie nikt nie wiedział, czemu mama zniknęła z naszego życia.

Tylko Sylwii odważyłem się zwierzyć z żalu do matki. Gromadziło się we mnie pytanie: może babcia miała rację i skończę jak mama?

Pewnego dnia poprosiła mnie, żebym nakarmił kota.

Mam dłuższą rozprawę w sądzie, potem lekarza, potem jeszcze spotkanie… Nakarmisz go? Inaczej urządzi raban.

Przecież to tylko kot! zdziwiłem się.

Sylwia roześmiała się szczerze.

Jeśli się obrazi, nocą mi nie da spać. Macha łapą po twarzy, aż wstanę!

Zamknąć go w kuchni?

O, pokażę ci przyłożyła palec do ust. Z kuchni, gdzie Reksio, pręgowany kocur, spał na poduszce, dobiegło nagłe łomotanie w drzwi.

No widzisz? Tak będzie walił dopóki nie otworzę.

Sylwia polała mu mleka i wyszła z mieszkania.

Po drodze byłem długo w szkole, potem Pola przebierała się powoli, jeszcze staliśmy pół godziny w sklepie przy kasie. Krzysiek prosił o pomoc w matematyce. Do Sylwii dotarłem dopiero około ósmej wieczorem.

Przepraszam, Reksio, już idę! wsypałem karmę.

Nagle drzwi strzeliły głośno. Słyszę ciężkie westchnienie, Sylwia pada na stołek w kuchni i łapie się za głowę. Po chwili zaczęła płakać nie, nigdy nie widziałem jej takiej. Zawsze twarda, silna, a teraz łzy?

Przyklęknąłem przy niej i objąłem ramieniem.

Przepraszam… Ciężki dzień… Nie mam komu się wygadać. Mamy już nie ma, a więcej rodziny się nie uchowało…

Ale jestem ja, czyż nie? spojrzałem na nią, próbując się uśmiechnąć.

Sylwia pogłaskała mnie po głowie.

Kręcone włosy… też zawsze chciałam mieć loki. Wiecznie pragniemy tego, czego nie mamy. I… dziecka.

Zaniemówiłem trochę. Dziecko? Ale zaraz się przełamałem:

Przecież można zrobić sobie spokój z myśleniem o włosach. A dziecko?

To mój wyrok wyciągnęła z torby dokumenty. Nigdy już nie będę mamą. Tylko ja jestem winna, za bardzo zwlekałam… Czasem własne błędy są zbyt kosztowne.

Ciąża przytrafiła się Sylwii od razu, gdy z mężem Krzysiem zdecydowali się na dziecko. Byli przyjaciółmi od lat. Wieloletnie plany, piękny ślub. Ciągle coś odkładali najpierw podróże, potem większe mieszkanie. W końcu się udało. Zaplanowali lot do Tajlandii i… wypadek samochodowy. Sylwia ocknęła się w szpitalu z połamaną nogą i żebrami. Dziecka już nie było.

Maciek, jej mąż, starał się, ale udręczony żałobą nie potrafił jej niczego dać. Zostawił ją w końcu, bo oboje się pogubili.

Po roku spotkali się przypadkiem w sądzie rodzinnym. Rozmawiali do rana. Sylwia zrozumiała, że dzieciństwo i młodzieńcze złudzenia przeminęły. Gdy Maciek znów oświadczył się jej, poprosiła o czas.

Myślisz, że mogę? spytała mnie.

A co ci szkodzi próbować?! Ludzie się mylą, lekarze też…

Szanse są minimalne. A jeśli nie wyjdzie?

To wtedy popłaczesz. Najpierw spróbuj!

Objąłem ją mocniej.

Skąd w tobie taka mądrość? Jesteś przecież jeszcze młody…

Dobrzy nauczyciele się trafiali…

Opowiedz mi o mamie. Nigdy nie mówiłeś, dlaczego jesteście tylko z tatą…

Myślę, że życie nauczyło mnie jednego: nikt nie ma prawa odbierać ci godności ani szczęścia, nawet jeśli to własna rodzina. A błędy? Popełniamy wszyscy, ale po nich trzeba iść dalej i próbować, nie poddawać się. I to jest mój najważniejszy wniosek na dziś.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewięć − jeden =

Odpowiedź bez