Odejdź, Kostek Talerze z niedojedzoną kolacją wciąż stały na stole. Maria patrzyła na nie, lecz ich…

Na stole nadal stały talerze z zimną kolacją. Halina patrzyła na nie nieobecnym wzrokiem, ale za to wyraźnie widziała świecące się na zegarze cyferki. 22:47.

Bartek miał być o dziewiątej. Standard.

Telefon milczał jak zaklęty.

Halina już nawet się nie złościła.

Wszystko, co jeszcze w niej żyło, dawno się wypaliło, pozostawiając tylko chłodny osad zmęczenia.

Chwilę przed wpół do dwunastej w zamku zazgrzytał klucz.

Nawet nie spojrzała w stronę drzwi. Siedziała zawinięta w koc na kanapie, wgapiona w jeden punkt.

Cześć, kochanie. Przepraszam, znowu praca mnie zatrzymała rzucił Bartek tonem zmęczonego, a zarazem zbyt wesołego człowieka. On zawsze tak brzmiał, kiedy ściemniał.

Pochylił się, żeby musnąć ją w policzek. Halina odsunęła się odruchowo. Ledwie zauważalnie, ale on to poczuł.

Coś się stało? spytał, rozplątując szalik.

Pamiętasz, jaki dziś dzień? jej głos był cichy, jakiś wymęczony na wylot.

Bartek przez sekundę zamarł, przetwarzając w głowie kalendarz.

Środa. A co?

Dziś są imieniny mojej mamy. Mieliśmy do niej wpaść z sernikiem, pamiętasz? Obiecałeś.

Twarz Bartka w sekundę poszarzała. Uśmiech zniknął, pojawił się grymas winy i paniki.

O rany, Halinko… Kompletnie wyleciało mi z głowy. Przepraszam, ten projekt, deadliny… Zadzwonię jutro, przysięgam.

Poszedł do kuchni. Halina słyszała, jak zaczyna krzątać się przy lodówce, brzęka talerzami. On zawsze uciekał w tę kuchenną bieganinę, jakby udawana aktywność mogła ukryć niewygodne pytania.

Ale dziś Halina miała to gdzieś. Wstała i podeszła do drzwi kuchni.

Bartek, a z kim to byłeś dziś po godzinach w pracy do jedenastej?

Odwrócił się. Ręka trzymająca karton z mlekiem zadrżała:

Z zespołem, przecież mówiłem. Nowy projekt rusza, terminy na karku Wiesz jak jest.

Wiem pokiwała głową. Wiem też, że o trzeciej dzwoniłeś i mówiłeś: Olu, rozumiem, ale muszę to naprawić.

Ola. Aleksandra. Była żona. Duch krążący po ich mieszkaniu przez całe trzy lata. Duch z chłodu i nigdy niewypowiedzianych pretensji.

Bartek pobladł.

Podsłuchiwałaś mnie?

Zero podsłuchiwania. Ty w łazience tak drzesz się do telefonu, że mogłabym komedię o tym napisać.

Odłożył mleko i osunął się na krzesło.

To nie to, o czym myślisz.

A o czym według ciebie powinnam myśleć? po raz pierwszy dało się w jej głosie słyszeć jakieś emocje. Że od pół roku chodzisz jak na szpilkach? Że wieczorami przepadasz? Że patrzysz na mnie przezroczysto? Chcesz do niej wrócić? Wiesz co, powiedz to wprost. Przeżyję.

Bartek patrzył na swoje dłonie. Silne, sprawne byle rower naprawił, byle kran uszczelnił, ale szczęścia zbudować jak nie potrafił, tak nie potrafi dalej.

Nie wracam do niej wydusił z siebie.

To co? Na nowo z nią sypiasz?

Nie! i w jego oczach było więcej prawdy i rozpaczy, niż Halina się spodziewała. Halinko, przysięgam!

To co?! Co ty tam naprawiasz?! głos jej się załamał. Spłacasz jej długi? Rozwiązujesz kłopoty? Żyjesz jej życiem, zamiast naszym?

Bartek milczał.

Słowa, które Halina trzymała w sobie tygodniami, wypłynęły bez kontroli.

Wyprowadź się, Bartek. Albo idź do niej, skoro ci taka potrzebna. Albo do kogokolwiek chcesz. Naprawiaj swoje błędy, ile wlezie mnie oszczędź. Nie dam rady. Nie chcę.

Chciała wyjść, ale Bartek wstał gwałtownie i zagrodził jej drogę:

Dokąd mam iść?! Nie mam żadnej Oli. Ani starej, ani nowej! Ja… ja sam nie wiem, co się dzieje! Chciałbym wszystko naprawić!

Odwrócił się, przełykając gulę w gardle.

Nie rzucaj zagadek, Halina ledwo wyszeptała.

Pytasz, co ja tam naprawiam? pękł. Siebie próbuję naprawić! I nie umiem! Rozumiesz? Ty nie jesteś nią. Jesteś cierpliwsza, lepsza, wierzyłaś we mnie nawet wtedy, gdy sam się nie rozpoznawałem w lustrze. Z tobą miało wyjść. I ja miałem wyjść taki porządniejszy. Ale znowu wszystko zepsułem: znowu zapominam o urodzinach, przesiaduję do nocy w pracy, choć wiem, że czekasz. Zapadam się w milczenie. Patrzę w twoje oczy i widzę jak gaśnie światło dokładnie jak kiedyś u niej.

Halina milczała.

Nie chcę szukać kolejnej powiedział cicho Bartek boję się, że znowu popsuję. Że spóźnię się po raz setny. Że następna będzie przez mnie płakać. Nigdy nie umiałem być mężem. Nie potrafię żyć razem. Tak na co dzień. Bez scen, awantur. Wszystko wokół siebie rozwalam. Dlatego nie żyję, tylko lawiruję, jakbym chodził po linie nad przepaścią i bał się zlecieć. A ty… Ty też przez to umierasz, chociaż siedzisz obok.

Spojrzał na Halinę. Tym razem przytomnie, ale z zupełnie nagą szczerością:

To nie twoja wina. I nie Oli. To wszystko ja

Halina wysłuchała całej tej spowiedzi i dotarło do niej boleśnie jasno: Bartek jej nie zdradził z żadną kobietą. Zdradził ją tylko ze swoim własnym strachem. Nie był złoczyńcą. Po prostu zgubił się i nie miał bladego pojęcia, jak ruszyć dalej.

No i co teraz, Bartek? spytała bez cienia wyrzutu. Już wszystko rozumiesz. I co dalej?

Nie wiem przyznał.

To się sam ogarnij wyrwało się jej. Idź do terapeuty, wczytaj się w poradniki, rozwal głowę o ścianę, wszystko jedno. Tylko przestań łazić w kółko i szukać magicznego guzika, który naprawi stare syfy. Nie ma takiego guzika. Jest tylko robota. Nad sobą. Idź i pracuj. Sam.

Beze mnie.

Wyszła z kuchni, przeszła obok niego do przedpokoju i założyła płaszcz.

***

Drzwi się zamknęły. Bartek został sam w ciszy, którą przerywało tylko stukanie deszczu o parapet. Podszedł do okna, zobaczył jak sylwetka Haliny znika w mokrej ciemności i nagle poczuł, jak ciężko się oddycha.

Jego życiowa dziura już nie była duchem. Była tutaj w pustym mieszkaniu, w zimnej kolacji, w jego własnych rękach, które nie zdołały niczego utrzymać.

Zamiast biec za Haliną, wyjął flaszkę wódeczkiChciał pobiec za nią. Przeprosić, obiecać poprawę, wymyślić cokolwiek byle cofnąć tę chwilę. Ale nogi miał ze szkła i oddechu brakowało na cokolwiek poza tym gorzkim świadomością: stracił to, czego sam nie potrafił nazwać.

Nie szukał już słów, nie łudził się, że uprzątnięcie stołu cokolwiek zmieni. Siadł powoli na kanapie, dotknął koca, którym jeszcze przed minutą ogrzewała się Halina. Na stoliku obok stygnął nie tknięty sernik, na ekranie zegarka wybiła północ. Zegar nie zatrzymał się dla niego, świat nie zamierzał robić pauzy on też musiał w końcu ruszyć.

Przyłożył czoło do chłodnych dłoni i po raz pierwszy pozwolił sobie poczuć całą tę pustkę od środka. Było w niej miejsce na żal, strach, wstyd ale pośród tych ruin, nieoczekiwanie, tlił się też jakiś nikły cień ulgi. Może to już jest początek? Może akurat ta noc, ten cichy dźwięk klucza przekręcanego w zamku, jest pierwszym krokiem do tego, żeby gdzieś, kiedyś, o własnych siłach wstać i nie rozejść się w proch.

A może na razie wystarczy po prostu usiąść w tej ciszy, wsłuchać się w siebie i odczekać, aż serce znów tupnie jeden, drugi raz.

Bartek położył się, wpatrzony w nieoświetlony sufit, i przez chwilę nie czuł wstydu, że jest sam. Ani porażki. Po prostu pustkę, która czasem jest potrzebna, żeby się w niej w końcu odnaleźć.

Za oknem Halina szła powoli w stronę przystanku, parasol postukiwał o chodnik. Przez mokre szkło lampy zlewały się w świetliste smugi, wszystko było niewyraźne, ale jedno wiedziała na pewno: z każdą mijaną kałużą oddycha się łatwiej. Czekał na nią nowy adres, ciche mieszkanie, jeszcze nie jej, ale wolne od cudzych duchów.

Już nie była przezroczysta.

A deszcz padał, jakby oczyszczał wszystko, co było do tej pory.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 × 1 =

Odejdź, Kostek Talerze z niedojedzoną kolacją wciąż stały na stole. Maria patrzyła na nie, lecz ich…