Był czas, kiedy mama, tata i ja, kłóciliśmy się o pieniądze. Nigdy nie mieli pieniędzy, żeby zapłacić czynsz, dać mi na wycieczkę na wieś z przyjaciółmi, czy na studia, ponieważ mieli ograniczony budżet i bali się dać mi choćby grosz.
To rzeczywiście było powodem naszych kłótni przez długi czas, więc nawet się nie zdziwiłam, kiedy ojciec przyszedł do mnie i zażądał, żebym zainwestowała w jedzenie i czynsz, skoro jestem już dorosła. Byłam na trzecim roku i właśnie znalazłam pracę na pół etatu. Poproszono mnie o mniej więcej połowę tej kwoty, ponieważ moja mama nie pracowała, a ja i mój tata byliśmy teraz żywicielami rodziny.
Na początku bolało mnie, że rodzice proszą mnie o zapłacenie rachunków, ale potem przyzwyczaiłam się do tego i poczułam się dumna, że robię to, co do mnie należy. Dopóki nie zaczęłam rozmawiać na ten temat z koleżankami i kolegami z klasy, okazało się, że nikt z rodziców nie żąda pieniędzy, których zresztą może nawet jeszcze nie ma. Są dziećmi swoich rodziców i nadal się uczą, więc dlaczego mieliby płacić? Moi znajomi nie kupują nawet artykułów spożywczych do domu – tylko wtedy, gdy mama da im wcześniej pieniądze.
To trochę wywróciło mój świat do góry nogami. Dopóki myślałam, że wszyscy „pomagają” finansowo swoim rodzicom, nie przejmowałam się tym, ale teraz mam jeszcze większe pretensję do mojego ojca. W tym wieku mógł mi dać pieniądze, żebym mogła się dobrze uczyć i kupić sobie potrzebne rzeczy, a teraz muszę odpracować pewien dług.



