Pracuję jako profesor na uniwersytecie, wykładam historię kultury i etnografię. Prowadzę tylko zajęcia streamingowe, czyli w sposób interaktywny przekazuję wiedzę, a uczę wiele oddziałów i grup. Codziennie spotykam setki, jeśli nie tysiące uczniów, nie jestem w stanie wymienić wszystkich, ale ktoś wyróżnił się tak bardzo, że od ponad pół roku, nie mogę wyrzucić go z głowy.
Na moich zajęciach rzadko pojawiają się pierwszoroczniacy, a częściej uczęszczają na nie drugo- i trzecioroczniacy. Są to często dorośli, stosunkowo dojrzali i inteligentni faceci. Jako profesor, który wykłada od ponad dwudziestu lat, nie zabiegam o ich opinie ani nie angażuję się w rzeczową rozmowę, ale podczas jednej z pierwszych par, ze studentem drugiego roku wydziału reżyserii, wdałem się w małą sprzeczkę z kilkoma studentami, którzy twierdzili, że lepiej ode mnie znają pochodzenie glinianych tabliczek i niektórych zabytków znalezionych w naszym mieście.
Po samych zajęciach, podszedł do mnie chłopak, który nie brał udziału w dyskusji, ale też miał coś do dodania. Już się pakowałem, planując przeniesienie się do innej klasy, kiedy on lekko chwycił palcami moją koszulę i pociągnął ją delikatnie, zmuszając mnie, bym na niego spojrzał.
Co to jest! To było jak przeglądanie się w lustrze! Tak bardzo był do mnie podobny. Mówił coś do mnie, ale ja w ogóle nie słuchałem, zdumiony naszym podobieństwem. Przed wyjściem zapytałem tylko o jego nazwisko – Sierończyk. Czułem się jeszcze gorzej.
W czasach studenckich miałem dziewczynę – Wiktorię Sierończyk. Rozstaliśmy się, ponieważ moi rodzice chcieli, żebym zdobył wyższe wykształcenie i wysłali mnie na studia za granicę. Tak naprawdę nie zerwałem z Wiktorią, po prostu zniknąłem, choć było to brzydkie i złe. Teraz nie miałem z nią kontaktu.
Mając obsesję na punkcie tego głupiego pomysłu, dowiedziałem się od kuratora grupy o danych rodziców Krzysztofa Sierończyka i upewniłem się, że jego matka ma na imię Wiktoria. Ponadto ma ojca i młodszą siostrę.
Podejrzewam, że Wikoria nie zdążyła mi wtedy powiedzieć, ale od kilku miesięcy nie mogę się odważyć, by skontaktować się z nią, wpisując do telefonu jej numer i zapytać wprost. Nie wiem, czy powinienem. Ona ma rodzinę, Krzysztof raczej nic nie wie, a ja nie chcę angażować siebie i ich w dramat godny opery mydlanej. Po prostu żyję z myślą, że w młodości popełniłem totalny błąd, wyjeżdżając bez wyjaśnienia, że mam syna pozamałżeńskiego i że chodzi on na moje wykłady.



