**OCHRONA MIŁOŚCIĄ**
Spotkanie Karoliny i Jacka musiało być zapisane w gwiazdach.
…Jacek nigdy nie widział swojego ojca. Wychowywała go matka i babcia. Gdy mały Jacek pytał o tatę, mama mruczała coś niewyraźnego, że jego ojciec to geolog, zawsze w terenie, szukający cennych minerałów. A raz, w przypływie złości, krzyknęła: — Nigdy nie miałeś ojca, Jacku!
Jako dziecko Jacek przyjmował te wyjaśnienia bezkrytycznie. Ale gdy podrósł, postanowił dociec prawdy. W końcu nie spadł z nieba! Okazało się, że jego mama w młodości wyjechała w delegację i wróciła z nim pod sercem. To babcia wyjawiła mu tę tajemnicę, szeptem.
Jacek nie mógł ukryć ulgi. W końcu nie został znaleziony w kapuście. Postanowił, że przy pierwszej okazji spotka się z ojcem, czy ten będzie chciał, czy nie. — W końcu jestem jego synem, a nie pierwszym lepszym — myślał. Przy okazji obiecał sobie: — Będę miał prawdziwą rodzinę. Żonę, dzieci. Tylko jedną żonę i gromadkę maluchów.
…Karolina także nie zaznała ojcowskiej miłości. Jej rodziców rozeszło się, gdy miała niecałe dwa lata. Ojczym był dobrym człowiekiem, ale zawsze stawiał jej za przykład swoje dzieci z pierwszego małżeństwa. To drażniło. Tak więc Karolina mogła liczyć tylko na miłość matki.
Gdy dorosła, postanowiła: — Jeśli wyjdę za mąż, to tylko raz i na zawsze. Tylko gdzie znaleźć takiego faceta?
I znalazła.
…Był wigilijny wieczór. Styczeń, mróz, księgarnia. Jacek i Karolina stali w kolejce do kasy, oboje z tomikiem Adama Mickiewicza w rękach. Ich spojrzenia się spotkały. I Jacek ruszył do ataku. Zasypał ją komplementami, pytaniami (taktownymi, oczywiście). Nie mógł tak po prostu pozwolić jej odejść. To ona miała zostać jego żoną! Tylko ona.
A Karolina nawet nie kokietowała. Czuła się z tym rozgadanym chłopakiem tak, jakby znała go od stu lat.
Jednak jako dziewczyna z dobrego domu nie wypadało jej zaczepiać nieznajomych. Jacek docenił jej skromność i zaproponował wymianę numerów. Karolina zapisała jego telefon, ale swojego nie podała. — Zadzwonię po świętach — obiecała mgliście.
Jacek nie mógł pozwolić, by taki dar niebias — Karolina — mu się wymknął. Pożegnali się, ale on potajemnie podszedł za nią, by dowiedzieć się, gdzie mieszka.
Całe święta Jacek chodził jak w obłokach. W końcu znalazł swoją „gołąbkę” i miał zamiar kochać ją do końca życia.
Lecz minęły święta, a „gołąbka” nie dzwoniła. Jacek zaczął działać. Włożył swój tomik Mickiewicza do jej skrzynki na listy. Czyżby nie domyśliła się, od kogo? Zadzwoniła jeszcze tego wieczora z pretensjami:
— Cześć, Jacek! Dlaczego nie dzwoniłeś? Czekałam!
— Karolinko, nie miałem twojego numeru. Gdybym miał, dawno bym zadzwonił. Nie pamiętasz, że w księgarni nie chciałaś go podać? — Jacek promieniał.
— Ale przecież jakoś mnie znalazłeś! — nie dawała za wygraną.
„Typowo kobieca logika” — pomyślał Jacek. Był szczęśliwy, że wreszcie wszystko wyjaśnione. Karolina go lubi!
Nie czekając na lepsze czasy, Jacek i Karolina wzięli ślub. Jakżeby inaczej? Mieli ze sobą wiele wspólnego. Po pierwsze — czystą, nieskazitelną miłość; po drugie — marzenie o dzieciach, ile Bóg da; po trzecie — zamiłowanie do Mickiewicza. Czy to za mało?
Na tak solidnym fundamencie zaczęli budować swoje życie.
Karolina uczyła studentów polskiego na uniwersytecie, Jacek był świetnym informatykiem.
W odpowiednim czasie urodziła się Zosia. Dwa lata później — Staś. Wszystko szło jak z płatka.
Jacek wciąż myślał o odnalezieniu ojca. Pomógł internet. Wśród dziesiątek osób o tym samym nazwisku w końcu znalazł pokrewnego ducha. Napisali do siebie. Ojciec mieszkał w Warszawie i zaprosił Jacka w odwiedziny.
Spotkanie było wzruszające. Ojciec miał swoją rodzinę, ale przez wszystkie lata pamiętał o Jacku.
— Cieszę się, synu, że mnie znalazłeś. Teraz będziemy w kontakcie — objął go mocno.
Jacek z dumą wymienił wszystkich członków swojej rodziny. — Patrz, tato, jesteś już dwa razy dziadkiem. I to nie koniec…
Ojciec Jacka był profesorem medycyny.
Do domu Jacek wrócił uskrzydlony. Tata bardzo mu się spodobał — ciepły, szczery człowiek.
Oczywiście, obowiązki rodzinne nie pozwalały Jackowi często go widywać. W końcu kontakt się urwał.
Zosia i Staś podrośli. Karolina postanowiła obronić doktorat. W końcu jej babcia i matka były doktorami filozofii. Nie chciała być gorsza.
Temat wybrała nieprzypadkowo — o Mickiewiczu. Przez trzy lata zbierała materiały, pisała, a Jacek pomagał w domu, jak mógł. W tym czasie na świat przyszła jeszcze Marysia.
Z obroną trzeba było poczekać.
Gdy Marysia poszła do przedszkola, Karolina wróciła do pracy naukowej. Już prawie miała ten tytuł w garści…
I nagle Jacek zachorował. Lekarze nie znali diagnozy, ale było to coś poważnego. Rozkładali ręce. Jacek gasł w oczach. Leczenie nie pomagało. Karolinie delikatnie zasugerowano, że szanse na przeżycie są minimalne. A Jacek miał zaledwie czterdzieści lat!
Tego, co przeżywała Karolina, nie da się opisać. Jacek, świadomy swojego stanu, prosił ją o wybaczenie, że nie pomoże jej wychować trójki dzieci…
Karolina płakała w ukryciu. Wiedziała też, że w niej rośnie nowe życie. Nie powiedziała Jackowi, by go nie martwić jeszcze bardziej.
W duszy nie wierzyła, że jej szczęście może tak nagle się skończyć. Czym zasłużyli sobie na to?
— Jacek, musisz wyzdrowieć! Nie zostawisz mnie samej z dziećmi! Chcę, żebyś żył długo! — łkała przy jego łóżku.
Z Warszawy przyjechał ojciec Jacka. Karolina zadzwoniła, pamiętając, że to autorytet w medycynie.
Profesor obejrzał syna, pokiwał głową. Potem odprowadził Karolinę na bok.
— Córko, oficjalna medycyna tu nie pomoże. Przepiszę wspomagające leki, ale… — zawahał się.
— Spróbujcie ziołolecznika — szepnął profesor — on mi kiedyś pomógł, a Jackowi może dać jeszcze jedną szansę.



