Oaza złudzeń

**Miraż**

Podczas kolacji ojciec raz po raz rzucał na syna niechętne spojrzenia. Piotr domyślił się, że mama powiedziała mu o jego planach – po skończeniu szkoły chce wyjechać na studia do Warszawy.

Ojciec gwałtownie odsunął pusty talerz i wbił w syna wzrok. „Teraz coś będzie”, przemknęło Piotrowi przez myśl. Chciał zapaść się pod ziemię, albo stać się niewidzialnym. Pod gniewnym spojrzeniem ojca kluski utknęły mu w gardle – nie mógł ich przełknąć ani wypluć.

Na szczęście interweniowała mama. Odwróciła uwagę ojca, postawiła przed nim kubek herbaty, przysunęła wazonik z ciastkami.

— Dzięki, mamo, najadłem się. Herbatę wypiję później — powiedział Piotr, wstając od stołu.

— A siadaj! — warknął ojciec.
Piotr wiedział, że z ojcem lepiej nie dyskutować, więc usłuchał.

— Muszę odrobić lekcje… — zaczął.

— Zdążysz. Matka mówiła, że do Warszawy się wybierasz. A co, tutaj ci źle? Wychowaliśmy cię, myśleliśmy, że na stare lata pomocnik będzie, a ty uciekać postanowiłeś?

— Nie uciekam… — mruknął Piotr.

— Gadaj mi. Co tam, miodem smarują, w tej Warszawie?

— Tam są większe szanse na karierę. Chcę być architektem, tu nie ma takiego wydziału — Piotr też podniósł głos.

— Jacku, daj mu jechać, nauczyciele go chwalą — uspokajająco powiedziała mama, kładąc dłoń na ramieniu męża.

— Nie mamy pieniędzy, żeby twoją naukę opłacać. Tam wszystko płatne, a tu za darmo. Różnicę czujesz? — ojciec się rozpalał.

— Dostanę się na stypendium — uparcie odparł Piotr. — I tak wyjadę.

— Jacku, uspokój się, nie jutro ma wyjeżdżać, jeszcze przed nim egzaminy. Idź, synku, lekcje rób. — Mama skinęła w stronę drzwi. Piotrowi nie trzeba było powtarzać dwa razy, momentalnie opuścił kuchnię.

— Dość mu pobłażać! Wychowaliśmy sobie problem. Na starość szklanki wody nie będzie komu podać…
Piotr zastygł przy drzwiach do swojego pokoju, słuchając, z dłonią na klamce.

— Uspokój się. Za wcześnie o starości. Warszawa blisko, niecałe trzy godziny pociągiem, będzie przyjeżdżać…

Ojciec coś zamruczał pod nosem.

— Pij herbatę, bo ostygnie. Posłodzić? — spytała mama.

— Co ty, jak z małym… Sam… — zirytowany odburknął ojciec.

Burza chyba minęła. Piotr zamknął się w swoim pokoju. Serce śpiewało mu w piersi. Koniec marca, przed nim jeszcze dwa miesiące nauki, egzaminy, ale to nieważne. Ważne, że pojedzie do Warszawy, czeka go fascynujące życie, setki możliwości. Na pewno osiągnie wszystko…

Po studniówce Piotr z mamą pojechali do stolicy złożyć dokumenty. Kuzynka mamy, nieładna, samotna kobieta, przywitała ich chłodno. Narzekała, że wszyscy jadą do Warszawy, a ona nie jest z gumy…

— No cóż, niech żyje. Będzie mi weselej. Tylko mam ciśnienie, źle sypiam. Nie przychodź późno, nikogo do domu nie przyprowadzaj. Śniadanie zrobię, kolacją się podzielę, a w dzień sobie radź — wyjaśniała zasady kuzynka.
Mama tylko kiwała głową.

— A ile weźmiesz za stancję? — spytała ostrożnie, licząc, że kuzynka odmówi lub się obrazi. Jaka płata między rodziną? Ale nic z tego.

— Sam rozumiesz, to Warszawa, nie wasze… — kuzynka skrzywiła się z niesmakiem. — Tu życie drogie. Więc nie gniewaj się… — i wymieniła sumę, która w ich miasteczku wydała się astronomiczna.

Mama westchnęła, wymieniła z synem spojrzenie.

— Mamo, może lepiej do akademika…

— Co ty, synku. Jaka tam nauka? Z ojcem będziemy przysyłać pieniądze, nie martw się. Ty się tylko ucz.

— Patrzcie, jak zagadała. Niedawno w Warszawie, a już wybredza. Tylko ojcu nie mów o pieniądzach. Ja z nim się rozmówię — wzdychała mama w pociągu w drodze powrotnej.

Piotr się dostał. Przyjechał do Warszawy na kilka dni przed rozpoczęciem zajęć, żeby się rozeznać. Dojazd z peryferii na uczelnię był z przesiadkami, niewygodny i długi. Ale to przecież Warszawa!

Wychodził z domu o świcie i wracał późnym wieczorem. Na Powiślu zaparło mu dech od widoku rozciągającej się panoramy miasta. Obok zatrzymała się grupa turystów, a młoda, ładna przewodniczka zaczęła coś opowiadać.

Piotr podszedł bliżej, żeby lepiej słyszeć. Przewodniczka go zauważyła, ale nic nie powiedziała. Potem grupa odeszła, a ona została, przeglądając coś w telefonie.

— Ciekawie pani opowiada — odezwał się Piotr.
Uśmiechnęła się i spytała, skąd przyjechał.

— Tak widać? — zmartwił się.

— Przyjezdnych widać po oczach — roztargnionych i zachwyconych.

Piotr opowiedział, że przyjechał na studia, choć mieszka na obrzeżach, co wcale nie przypomina centrum. Czuje się, jakby w ogóle nie wyjeżdżał z rodzinnego miasteczka. Zagadani, nie zauważyli, kiedy zeszli z Powiśla.

— Mieszkam niedaleko — powiedziała nagle jego towarzyszka. — Zmęczyłeś się? Chodź, napijesz się herbaty. Mam trochę czasu. Potem muszę odebrać córkę z przedszkola — roześmiała się, widząc jego zdumioną minę.

Nazywała się Kinga. Była prawie dwa razy starsza od Piotra. Nakarmiła go zupą, napoiła herbatą. Piotr rozleniwiał, nie chciało mu się wychodzić.

— Mogę jeszcze kiedyś wpaść? — spytał, żegnając się.
Kinga spojrzała na niego uważnie. Bez pobłażania, bez drwiny — po prostu uważnie.

— Wpadaj — odpowiedziała prosto.

Piotr wytrzymał jeden dzień, a trzeciego przyszedł. Stał przed blokiem, niepewny. Nagle zobaczył Kingę z córką. Zaczął się tłumaczyć, że tu przypadkiem, ale Kinga od razu zrozumiała. Gdy Piotr bawił się z Mileną, Kinga przygotowywała obiad. Potem jedli razem. Dziewczynka nie chciała go puścić, kaprysiła, prosiła, żeby ją położył i poczytał książkę.

A potem… Wracać do kuzynki było już za póź— Zostań — powiedziała Kinga, i Piotr zrozumiał, że wreszcie znalazł to, czego szukał przez całe życie — dom.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy + dwa =

Oaza złudzeń