O krok od ołtarza

Krok od ołtarza

Zuzanna stała przed wielkim lustrem w swojej sypialni w starej kamienicy na poznańskim Jeżycach. Światło leniwie wpadało przez okno, malując na podłodze kwiatowe wzory. Przekręcała się powoli, raz w lewo, raz w prawo, podziwiając mlecznobiały cień własnej sylwetki. Suknia ta jedna, wyśniona, ślubna spływała po niej jak rozpuszczona śmietanka po gorącym makowcu, a obszerna spódnica szeleściła przy każdym ruchu, jakby w środku ukryły się gołębie. Zuzanna co rusz łapała fałdę sukni, wypuszczała ją, wyobrażając sobie, jak z dumną głową przemierza kościół św. Floriana.

W drzwiach stanęła starsza siostra Weronika oparta łokciem o zarys futryny. Uśmiech błąkał się na jej ustach, trochę z przekąsem, trochę z czułością. Patrzyła, jak Zuzanna zamienia się w dziewczynę ze snu albo samego snu.

Wyglądasz jak królowa śniegu powiedziała w końcu, nie powstrzymując cichego śmiechu. Ale wiesz, takie odziane w pianę marzenie nie przeżyje bankietu. Potrzeba ci drugiej sukienki, taka beza jest super na ślub, ale na tańce Wyobrażasz sobie: bigos, pierogi, polonez, a ty w tym kłębie śniegu?

Zuzanna zatrzymała się przed lustrem, światło załamało się na koronkach, a ona przez moment próbowała dojrzeć, która z nich to ona, a która jej cień. Słowa Weroniki utkwiły jej w sercu jak igła szwaczki. Faktycznie piękna, dostojna, prawdziwie ślubna. Ale czy praktyczna, kiedy przyjdzie czas rzucić welon, zatańczyć z wujkiem Jankiem i zjeść sernik?

Myślisz, że powinnam? Zuzanna powolutku zbierała spódnicę i patrzyła na własne nogi, jakby spodziewała się ujrzeć tam korzenie brzozy. Może rzeczywiście Pomożesz mi poszukać czegoś wygodnego na poprawiny?

No ba! Weronika kiwnęła głową, puszczając oczko. Sama siebie zbyt dobrze znam bez mojej pomocy utkniesz między wieszakami w Starym Browarze, wyjdziesz dopiero, gdy zamkną cały pasaż. Zresztą, jak ty w ogóle kupiłaś tę suknię?

Zuzanna wzruszyła ramionami i usiadła na brzegu łóżka, próbując wyprostować swoją miniaturową tiarę:

Uszyto mi ją na zamówienie. Pokazałam projekt i gotowe. Bo gdybym weszła do salonu ślubnego pewnie bym tam zamieszkała. Zbyt wiele opcji aż ręce opadają.

Jesteś wolna jutro? uśmiechnęła się do Weroniki, patrząc na nią z nadzieją, jak gdyby to od niej zależało całe szczęście tego dnia.

Weronika poprawiła fałdę niewidzialnego zmarszczenia na sukni Zuzanny, jej dłonie przesuwały się miękko po tiulu niczym ciepły wiatr, i przytuliła siostrę do siebie, jakby chciała ją zatrzymać w tym jednym, nierealnym momencie.

Dla ciebie nawet niebo przesunę, Zuza. Najmłodsza siostra wychodzi za mąż raz w życiu. Będzie idealna sukienka na tańce na pewno ją znajdziemy!

************************

W kuchni kot Gryzik wskoczył na blat i patrzył leniwie to na Zuzannę, to na białe koperty, które piętrzyły się przed nią jak Giewont w środku zimy. Za oknem szeptały tramwaje powoli płynące przez Poznań, szary zmierzch upijał świat, a światło lampy stołowej opadało na stos zaproszeń i puste koperty. Zuzanna pochylała się nad kolejną kartką, mozolnie wypisując nazwiska gości z taką precyzją, jakby miała do dyspozycji tylko jedną próbę i ołówkowy ślad rozmywał się w powietrzu.

Mama i Weronika próbowały jej pomóc, ale Zuzanna była nieugięta: To mój dzień, choć jeden wpis autentyczny musi być.

Jeszcze tylko kilka mruczała, przewracając kartę, czuła już jak palce bolą, a ręka gdzieś po łokieć odmawia współpracy. Zapomniałam, jak się pisze tak długo

Weronika pojawiła się w przejściu, wzięła kubek z herbatą, usiadła naprzeciwko i patrzyła z uwagą na Zuzannę już nie tylko siostrę, a narzeczoną, kobietę, która zaraz może się obudzić z tego snu.

Może pomogę? rzuciła łagodnie Weronika. Zobacz na ten stos I w ogóle, czemu Wojciech cię nie wspiera? Przecież połowa gości jego.

Zuzanna rzuciła długopis, wyciągnęła zmęczone palce i na chwilę przymknęła oczy. Chwila przerwy była jak łyk świeżego powietrza z nadwarciańskich łąk.

Cały czas siedzi w pracy powiedziała, przesuwając dłonią stos zakończonych zaproszeń, stara się wszystko dopiąć przed urlopem. Wiesz, przed dłuższą nieobecnością papierologia ciągnie się jak flaki z olejem.

Zadrżała na moment, na ustach zakwitł półuśmiech.

Chcemy pojechać w podróż poślubną. Gdzieś spokojnie, gdzie latem nie słychać hałasu tylko szum liści i śpiew ptaków. Nowe życie lepiej zacząć tam, gdzie nikt nas nie zna.

Ale co z tego, że pracy dużo? Dziesięć zaproszeń podpisać czas by znalazł Weronika starała się, żeby jej głos był spokojny.

W środku Weronikę męczyło coś ciągle coś jak chrobot starych schodów o świcie. Od początku Wojciech był dla niej obcy, jakby nie należał do tej rzeczywistości, która się śni dwukrotnie tej samej nocy. Zuzanna świeciła szczęściem, a on czasami patrzył w dal, tak jakby śnił swój inny sen.

Może to tylko moja przesadna opiekuńczość? myślała Weronika. Może nie każdy okazuje emocje tak wyraźnie jak ja? Może taki już jest zamknięty, nieśmiały?

A jednak cień niepokoju nie chciał się rozpuścić. Gdy patrzyła na Wojciecha, przed oczami pojawiał się obraz mężczyzny lecącego z prądem, zgadzającego się na wszystko bez iskry w oku.

Było coś przewrotnego w całej historii przecież Wojciech pierwszy zaproponował ślub po ledwie trzech miesiącach znajomości. Gorliwie zabrał się za organizację, omawiał każdy szczegół jak bywalec weselnych przyjęć.

Chcę, żebyś zapamiętała ten dzień na całe życie powtarzał, rozkładając foldery z dekoracjami na stole kuchennym. Zobacz na te pastele i eustomy. To będzie bajka!

Sam wybrał restaurację nad Wartą, upierał się przy szerokim gronie gości, powołując się na powinność wobec ciotek spod Białegostoku, które jadą pół Polski.

Zuzanna słuchała oczarowana, malując w wyobraźni dzień ślubu. Nie dostrzegała niepasujących puzzli: przerywanych zdań, pustych spojrzeń, pojawiających się, gdy rozmawiali o dalszej przyszłości.

Weronika przyglądała się temu z boku raz śmiejąc się cicho, innym razem gryząc wargi, kiedy Wojciech wydawał się odległy, nieobecny w tym polskim weselnym szaleństwie.

Może to po prostu stres? próbowała usprawiedliwiać Weronika. W końcu ślub to nie kaszka manna.

Spojrzała na Zuzannę uśmiechniętą, oglądającą próbki tkanin, z rozjaśnionymi policzkami i westchnęła. Najważniejsze, żeby była szczęśliwa. A reszta może czas nauczy ich tańczyć razem?

********************

Zuzanna z ulgą myślała o tym, jak wszystko układa się zgodnie z planem jakby sny z dzieciństwa stały się rzeczywistością. Wojciech opłacał rachunki zarezerwował wspaniałą salę balową za kilka tysięcy złotych, podpisał umowę z fotografem z Wrześni, zamówił miesiąc miodowy nad Bałtykiem. Do jej obowiązków należał wybór sukni ślubnej, kosmetyczki, fryzury, kilka drobnych spraw. Czuła wdzięczność za jego zaangażowanie niespodziewaną lekkość.

Któregoś wieczoru, przy akompaniamencie szeleszczących lip za oknem, Weronika nie wytrzymała:

Zuzanka, nie boisz się, że trochę się spieszycie? zaczęła ostrożnie, mieszając herbatę. Jesteście razem krótko, nie wiecie jeszcze, czy na co dzień nie pokłócicie się o rzeczy drobne. Może warto by najpierw pomieszkać razem a potem, za pół roku, ślub? Tak po polsku, z dystansem i swobodą.

Zuzanna nie obraziła się znała troskę Weroniki od dziecka. Uśmiechnęła się ciepło, w oczach zatańczyły iskierki jak świetliki na łubinowym polu.

Nie martw się, Weronisiu. Znajdę szczęście z Wojciechem, na pewno. Gotuję pysznie polskie potrawy, włoskie risotto też umiem, różnorodność gwarantowana. Lubię porządek, nawet prasowanie mnie nie nudzi. Wiem, że Wojciech nie zdąży pomagać, bo pracuje jak pszczółka, ale trudno dam sobie radę, w razie czego zatrudnię pomoc domową.

Wzięła łyk herbaty, ścisnęła filiżankę i dodała z wypiekami na policzkach:

Kocham go! Po raz pierwszy facet sprawia, że moje wnętrze płonie Nie oddam tej szansy żadnej sile!

Weronika słuchała i widziała tak właśnie wygląda zachwyt. Tylko zakochany człowiek ma przyszłość skąpaną w blasku.

Jesteś pewna? spytała półgłosem Weronika, szukając choćby strzępów rzeczywistości do uchwycenia.

Absolutnie odpowiedziała Zuzanna. Może znamy się krótko, ale czuję, że to mój człowiek. Rozumiemy się, mamy podobne marzenia, chcemy założyć rodzinę.

Weronika westchnęła, uśmiechając się łagodnie. Skoro siostra była szczęśliwa reszta nie miała znaczenia.

Jeśli tak czujesz, to będę pierwsza, która cię przytuli powiedziała, kładąc dłoń na dłoni Zuzanny.

Zuzanna ścisnęła jej palce wdzięcznie:

Dziękuję, Werciu. Naprawdę jestem szczęśliwa. To dopiero początek czegoś pięknego.

Nikt nie mógł odmówić Wojciechowi umiejętności zdobywania kobiecego serca po polsku. Każde spotkanie było miniaturowym romantycznym filmem: kwiaty, ledwie narcyzy zakwitły były u Zuzanny, kartka z liścikiem w kieszeni, czekolada Wedla jak w dzieciństwie. Był nawet kawowy rytuał codziennie rano do pracy dojeżdżał pod Wydział Nauk Społecznych, sam podawał jej latte z migdałowym syropem, starannie wypisując na kawowym kubku: Dla najpiękniejszej kobiety Poznania.

Odbierał ją codziennie spod pracy, otwierał drzwi, wychodził z auta koledzy z pracy tylko kręcili głowami:

Fart cię ściga, Zuzanna! Taki kawaler gdzieś go znalazła?

Zuzanna śmiała się, zawstydzona, magiczna mgiełka wciąż otaczała jej głowę.

Weronika patrzyła z boku i powtarzała sobie: Chyba przesadzam Przecież się stara. Ale niepokój rósł, niedookreślony jak upór wiosennej mgły. Coś niesprecyzowanego kryło się za doskonałością tej bajki.

Pewnej nocy, przy kubkach rumiankowej herbaty, Weronika zebrała się na odwagę:

On jest bardzo efektowny w tych gestach ale czuję, że coś jest nie tak. Nie potrafię wytłumaczyć. Chyba musisz czasem patrzeć głębiej nie przez pryzmat kwiatów i kawy. Jak się zachowuje, gdy sprawy idą nie po twojej myśli?

Zuzanna zamyśliła się, lekko się uśmiechnęła:

Zawsze byłaś czujna. Szukasz dziury w całym, a ja chcę być szczęśliwa. Ufam, że sobie poradzimy.

Weronika tylko wzruszyła ramionami:

Czas wszystko pokaże a echo jej słów poszło spać zanim usłyszała odpowiedź.

Ale wewnętrzny głos Weroniki szeptał coraz głośniej. I niestety nie mylił się. Nadchodziło to, czego się nie spodziewała nawet śniąc pośród maków

***********************

Zuzanna przyszła do Wojciecha trzymając w rękach segregator kolorowych notatek, listy, szkice, pliki marzeń. Chciała przedyskutować wszystko, od układu stołów po piosenkę na pierwszy taniec, by śnić jeszcze gęściej tę weselną opowieść. Z wyobraźnią pełną śmiechu, kawałków tortu i cichych żartów z ciocią Władką.

Ale gdy weszła wszystko zmieniło barwy. Wojciech stał w korytarzu z rękami w kieszeniach, twarz miał zasłoniętą cieniem, usta wykrzywione w kierunku okna.

Sugerujesz, że ślubu nie będzie? Zuzanna ledwie przełknęła ślinę. Czuła, jak się rozmywa jak kredki rozpuszczone wodą na rysunku.

Spojrzał na nią taki, jakiego nigdy nie znała obcy, daleki, ironicznym uśmiechem przeciął jej smugi myśli:

Co zrobiłaś? zapytał chłodno. Urodziłaś się kobietą. A wy wszystkie chcecie tylko pieniędzy. Jak pojawi się lepsza partia, od razu do widzenia. Jak ja was nienawidzę

Zuzanna zamarła, nie wierząc własnym uszom. Czy dała powód do takiego podejrzenia? Całe jej życie krążyło ostatnio wokół niego odkładała spotkania z przyjaciółkami, rezygnowała z własnych marzeń, przeniosła urlop, by zdążyć ze wszystkim. Jej świat, który był drzewem, nagle okazał się pustynią.

Nie rozumiem szeptała, ściskając segregator tak, aż stawy pobielały.

On wzruszył ramionami, usiadł pod oknem, wpatrzony gdzieś, gdzie nie sięgała rzeczywistość snu.

Żadnej różnicy. Wszystkie jesteście takie same. Udajesz zakochaną, a potem podrywasz wzrokiem innych facetów, śmiejesz się do nich!

Miękki kocyk marzeń ześlizgnął się z jej ramion, a krzyk w gardle ugrzązł jak pestka wiśni.

Ale ja nigdy zaczęła, ale urwał, zniecierpliwiony:

Daruj sobie. Wyszło jak zawsze. Myślałem, że jesteś inna.

Zuzanna stała bezradna, z tysiącem pytań, na które nie znajdowała odpowiedzi. Jak można zapomnieć tak szybko, roztrwonić całą miłość, nagle zamienić śmiech w chłód? Miała ochotę wrzasnąć, błagać, by spojrzał na nią naprawdę, ale głos był ledwie szeptem:

Kocham cię, nikogo nie potrzebuję, tylko ciebie powtórzyła, zaciskając mocno dłonie.

Wojciech nagle zerwał się, a jego głos zabrzmiał złowrogo:

Też kiedyś wierzyłem Zainwestowałem w jedną z was, przygotowałem całą ceremonię, zorganizowałem wszystko. I na chwilę przed ślubem usłyszałem: Przepraszam, ja już nie chcę.

O tamtej Nikoli zmysłowy cień w jego myślach. Tamta śniła się już zawsze: jej łagodny uśmiech, niebieskie oczy i cichy szept. W dniu ślubu zostawiła go przy ołtarzu pod kościołem na św. Wojciecha, przed dwiema setkami ludzi.

To boli, prawda? mówił bezdźwięcznym głosem, patrząc przez Zuzannę jak przez mgłę nad Wartą. Ty przynajmniej jesteś sama, nie musisz się tłumaczyć przed tłumem. Odejdź.

Dźwięk zamykanych drzwi był jak śnieg padający na puste miasto. Zuzanna wyszła, zamieniwszy się w duchową mgłę. Wojciech został sam ukrył się pod rękami jak pod kołdrą. Coraz ciaśniej ściskały go wspomnienia demon Nikoli, niewypowiedziane żale.

Chyba muszę w końcu iść do specjalisty pomyślał z goryczą.

Przecież Zuzanna go naprawdę obchodziła. Była dobra, ciepła, miała czyste serce. Ale zawsze, gdy patrzyła na niego zakochanym wzrokiem, widział w niej cień Nikoli. A kiedy mówiła o dzieciach, domu na obrzeżach, w duszy zapalał syreny strachu. Wyobrażał sobie, jak usłyszy:

Przepraszam, znalazłam innego. Złożył mi lepszą propozycję. Ty mi życia nie zabezpieczysz.

Próbował odegnać te myśli, ale przyklejały się mocniej niż rosa o świcie.

Sięgnął po telefon, wybrał numer psychoterapeuty. Ekran rozbłysł cicho jak latarnia przed domem. Spojrzał przez chwilę w pustkę w końcu odezwał się powoli:

Dzień dobry, mówi Wojciech Potrzebuję pomocy. Boję się, że to wszystko wróci. Że znowu zostanę sam, wyśmiany. Nie chcę już tak dłużej żyć.

W tle brzmiał łagodny głos:

Dobrze, że pan dzwoni. Zapraszam, ustalimy termin.

Wojciech spojrzał przez okno na zachodzące słońce i szepnął:

Jutro

*************************

Minął rok.

Zuzanna stała na środku sali, skąpana w popołudniowym świetle, otoczona rodziną i przyjaciółmi. Miała na sobie tamtą suknię białą, zwiewną i koronkową, jakby usnutą z mgły. Wojciech przyszedł po nią, objął ramieniem i wyciągnął do tańca.

No i jak się czujesz, mężu? zapytała z uśmiechem, spoglądając mu w oczy.

Dziwnie odparł szczerze, mrużąc powieki. Niby wszystko tak samo a czuję się zupełnie inaczej.

Bo tym razem wszystko jest naprawdę odpowiedziała, przytulając się mocniej. Bez lęków, bez a może.

Wspomniała tamten pamiętny dzień, kiedy opuszczała go przygnieciona bólem, przekonana, że wszystko się skończyło. Ale następnego ranka wróciła nie z pretensjami, tylko z gotowością do rozmowy.

Nie odejdę, dopóki nie pogadamy szczerze powiedziała mu wtedy w drzwiach. Wiem, że się boisz, ale możemy spróbować razem.

Wojciech milczał długo, wreszcie powiedział:

Nie chcę znowu cierpieć.

I nie chcę, byś żył w strachu odpowiedziała. Poszukajmy pomocy razem.

Po raz pierwszy poszli do psychologa. Krok po kroku Wojciech odsłaniał swoje blizny, a Zuzanna towarzyszyła mu nie potępiając, lecz rozumiejąc. Uczyli się siebie powoli, krok za krokiem.

I tak, teraz, gdy tańczyli na swoim weselu, w oczach Wojciecha nie było już rezerwy. Było ciepło, pewność i wdzięczność.

Wiesz ścisnął jej dłoń cieszę się, że nie odpuściłaś wtedy.

Ja też wyszeptała Zuzanna, zbliżając się jeszcze bardziej. Już teraz jestem pewna: nasza miłość jest silniejsza, niż jakikolwiek lęk.

Muzyka cichła, świat wirował w tańcu, a ich szczęście, prawdziwe, harmonijne, było snem, z którego już nie chcieli się obudzić.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

19 + 6 =

O krok od ołtarza