O szóstej rano mąż wyrzucił mnie z łóżka. Najpierw pomyślałam, że to przypadek może się potknął albo zapomniał, gdzie stoi stolik nocny. Niestety, to powtórzyło się następnego dnia. Wszystko zaczęło się po naszej wizycie u jego mamy na wsi.
Małżeństwem byliśmy dopiero pół roku, a jednak po tej aferze stwierdziłam, że czas zająć się formalnościami rozwodowymi. Powód, dla którego mój mąż tak się zachował, totalnie mnie rozłożył. Zaraz opowiem, co się wydarzyło.
Wychowałam się w Warszawie i nigdy nie musiałam wstawać o nieludzkich godzinach. Teraz współpracuję z międzynarodową firmą, przez co często pracuję nocami. Gdy u nas jest dzień, moi klienci właśnie zbierają się do spania więc nocne zmiany mam wpisane w kalendarz.
Mój mąż, Marek, pochodził z podlaskiej wsi i miał wiejskie nawyki zakodowane chyba w DNA. Nawet po przeprowadzce do Warszawy traktował szóstą rano jak święty obowiązek i wymagał jajecznicy plus kawy na śniadanie.
Śniadanie zawsze o siódmej powiedział mi już przy pierwszym spotkaniu.
Pomyślałam sobie tylko: Oj tam, pośmiejemy się. Uznałam, że to drobny szczegół przecież po nocnej zmianie i tak mogę kimnąć się w dzień.
Pierwsze sześć miesięcy naszego małżeństwa było zupełnie w porządku. Od czasu do czasu udawało mi się wstać przed siódmą, by zrobić śniadanie, a jak nie, to Marek sam sobie radził. Nawet się dogadywaliśmy.
Wszystko się zmieniło, kiedy pojechaliśmy odwiedzić jego mamę. Teściowa mieszka w malutkiej wioseczce pod Białymstokiem, w starym ale pełnym uroku domku. Gdy zobaczyłam to miejsce, pomyślałam: Ach! Tu czeka mnie prawdziwa sielanka: domowe wypieki, ciepełko, długie pogaduchy przy herbatce. No cóż, wyobraźnia była lepsza niż rzeczywistość.
Już po kilku godzinach wiedziałam, że na sielankę nie mam co liczyć. Teściowa co chwila miała dla mnie jakieś złote rady lub subtelne sugestie w stylu: U nas na wsi robi się tak….
Prawdziwa katastrofa zaczęła się następnego dnia.
Trzeba ją budzić, jak to u nas bywa oświadczyła teściowa przy śniadaniu, podczas gdy ja jeszcze spałam snem sprawiedliwej po nocnym dyżurze. Marek uznał, że posłucha mamy i „przyuczy mnie” do porannego trybu życia jak prawdziwa wiejska niewiasta.
Gdy pierwszy raz wyrwał mnie z pościeli, byłam w absolutnym szoku.
Marek, co ty wyprawiasz?! wykrzyczałam, nie wiedząc, czy jestem bardziej wściekła, czy po prostu przestraszona.
Budzików przecież nie słyszysz, a mama mówi, że tak najlepiej budzić leniuchów odpowiedział z rozbrajającym spokojem.
Przecież po nocce pracuję! Muszę się wyspać, bo inaczej zamienię się w zombie!
W naszej rodzinie tak jest od zawsze oznajmił, jakby to tłumaczyło wszystko.
Następnego poranka powtórka z rozrywki. Zaczęło mi się wydawać, że Marek i jego mama prowadzą cichy konkurs na temat: Ile razy wkurzymy Kasię, zanim wpadnie w szał?
Nie potrafiłam pojąć, jak facet, z którym chciałam dzielić życie, mógł tak nagle przejść na tryb mama wie najlepiej.
Po powrocie do Warszawy Marek dosłownie zmienił się nie do poznania. Wiecznie słyszałam: Mama mówi, że… Mama twierdzi, że… Mama uważa… Można było odnieść wrażenie, że żonaty to on jest z nią, a nie ze mną.
W tym momencie powiedziałam basta i zabrałam się za papierologię rozwodową. Moja cierpliwość miała swoje granice.
A wy jak byście się zachowali na moim miejscu? Może faktycznie przesadziłam i trzeba było jeszcze wytrzymać dla świętego spokoju?


