Nowonarodzone szczęście — Proszę pana, przestań mnie śledzić! Mówiłam, że jestem w żałobie po mężu….

Mężczyzno, proszę przestać za mną chodzić krok w krok! Już mówiłam, że jestem w żałobie po mężu. Nie śledź mnie! Zaczynam się Ciebie bać! – niemal już krzyczałam.
-Pamiętam, pamiętam… Ale mam wrażenie, że ta żałoba jest bardziej za Tobą samą, niż za mężem. Przepraszam nie dawał za wygraną mój adorator.
Odpoczywałam w sanatorium. Potrzebowałam ciszy, śpiewu ptaków i świeżego powietrza, a nie zaczepnych mężczyzn. Ostatnio niespodziewanie zmarł mój mąż. Musiałam dojść do siebie, zrozumieć pustkę po tej stracie.

Razem z mężem, Piotrem, zaczęliśmy remont mieszkania, odkładaliśmy pieniądze, odmawialiśmy sobie przyjemności a tu nagle Piotrowi zrobiło się słabo, pogotowie nie zdążyło pomóc. Drugi zawał serca był śmiertelny. Po pogrzebie zostałam sama bez niego, bez remontu, za to z dwoma dorastającymi synami. Ręce mi opadły. Jak żyć dalej?
W pracy dano mi skierowanie do sanatorium. Opierałam się, nie chciałam nawet wychodzić z mieszkania. Koleżanki jednak przekonały:
-Nie jesteś ani pierwszą wdową, ani ostatnią. Masz dzieci. Musisz żyć! Jedź, Beato, poszukaj trochę spokoju. Porządkuj myśli.
Więc z ciężkim sercem pojechałam.

Minęło czterdzieści dni od śmierci Piotra. Ból nie mijał.
W sanatorium trafiłam do pokoju z wesołą dziewczyną, Zosią.
Zosia była samym uśmiechem i blaskiem. To aż drażniło. Nie miałam zamiaru dzielić się żalem, po co to młodej, energicznej dziewczynie? Kręcił się przy niej miejscowy animator. Wiadomo, w sanatoriach wszyscy kawalerowie, rozwodnicy i wdowcy szukają przygód. Ale mnie nie oszuka żadna gładka gadka… Ostrzegałam Zosię przed tym animatorem. Pewnie, żonaty z drugi albo trzeci raz.
Zosia śmiała się tylko:
-Oj, nie strasz mnie, Beatko! Ja już swoje wiem…
I ta wróbelka wieczorami latała na randki, ja zaś tygodniami nie wychodziłam z pokoju. Czytałam książkę, nawet nie pamiętam tytułu, oglądałam telewizję, nie patrząc na ekran.

Jednego ranka obudziłam się wyjątkowo radosna. Spojrzałam przez okno błogość. Pomyślałam: przejdę się po lesie, posłucham ptaków, pooddycham. I właśnie wtedy natknęłam się na nieznajomego.
Wcześniej już widziałam go w stołówce. Niezbyt przypadł mi do gustu niski, z bezczelnym spojrzeniem, niższy ode mnie o głowę. Nieprzyjemny typ.
Ale był porządnie ubrany, ogolony, w eleganckiej koszuli. Przy każdym posiłku ukłonił się mi dwornie. Odpowiadałam kiwnięciem głowy, tylko z grzeczności. Któregoś dnia usiadł przy moim stoliku.
-Nudzi się Pani? spytał łagodnym głosem.
-Nie, odpowiedziałam sucho.
-Niech Pani nie kłamie, Beatko. Widać, że bardzo Pani smutno. Może mogę pomóc? ciągnął z uporem.
-Ma Pan rację. To smutek po mężu. Czy jeszcze jakieś pytania? wytarłam ręce serwetką i wstałam, dając do zrozumienia, że rozmowa skończona.
-Przepraszam, nie wiedziałem. Moje kondolencje. Ale pozwoli Pani się przedstawić jestem Antoni, pośpieszył się nieznajomy.
Widać było, że bardzo boi się mnie spłoszyć.
-Beata, wycedziłam niechętnie i się oddaliłam.

Od tego czasu przy każdym obiedzie Antoni siadał ze mną i wręczał mi bukiecik dzwonków. Były tutaj wszędzie, w lesie. Przyznam, było to miłe, ale nie miałam zamiaru rozwijać tej znajomości. I po co
Antoni nie dawał za wygraną. Teraz już chodził ze mną na wieczorne spacery. Wkładałam buty na płaskim obcasie, by nie podkreślać różnicy wzrostu. Jemu to zupełnie nie przeszkadzało, ani łysina, ani niski wzrost. Słuchał kobiety, czarował brzmieniem głosu nigdy nie spotkałam tak urzekającego męskiego tembru. Czułam, że wpadłam w sieci doświadczonego uwodziciela.
Chodziliśmy już razem na potańcówki, jeździliśmy do miasta po owoce… Antoni wiele razy próbował zaprosić mnie do siebie, a ja, jak ołowiany żołnierzyk, nie poddawałam się.

Wreszcie Antoni przypomniał:
-Beatko, jutro Twój wyjazd. Może wpadniesz dziś do mnie wieczorem… na herbatę?
-Zastanowię się, odpowiedziałam wymijająco.

Przyszedł ostatni wieczór. Pomyślałam, że nie wypada go zignorować. Zjawiłam się u niego, wiedząc, jak to wszystko się skończy
Stół był pięknie nakryty, jedzenia mnóstwo. Na pewno przyniósł sztućce ze stołówki, pomyślałam z rozbawieniem. Antoni podał mi krzesło, znikąd pojawił się szampan.
-Zacznijmy, Beatko. Nie wiem, jak się rozstawać jutro Zostaw mi adres. Na pewno przyjadę, powiedział ze smutkiem Antoni.
-Na drugi dzień zapomnisz. Znam was, facetów. Za co pijemy, Antoś?
-A nie widzisz? Za miłość, Beatko, za miłość! uniósł kieliszek Antoni.

Rano obudziliśmy się wtuleni w siebie. Boże, czemu tak się wzbraniałam przez cały turnus? Po co traciłam czas? Byłam szczęśliwa jak nastolatka. A dziś trzeba się pakować i wracać do domu.

Pożegnałam się z Zosią. Siedziała i płakała.
-Co się stało, Zosieńko? spytałam z troską.
-Jestem w ciąży, Beatko. I nie wiem, z kim zaszlochała dziewczyna.
-Ten animator coś narozrabiał? chciałam się dowiedzieć, kto ojciec przyszłego dziecka.
-Nie wiem. Poznałam tu jeszcze jednego Z sąsiedniego ośrodka. Żonaty, zaczęła się plątać Zosia.
-Oj, Zosiu. Dzwoń do rodziców, niech przyjadą i pomogą. A puki co, pójdziemy do dyrektora sanatorium. Może czegoś się dowiemy, tłumaczyłam jej.

Zosia wybiegła zapłakana z pokoju. Oj, dziewczyno, jeszcze się w życiu przejedziesz na takich animatorkach
Spakowałam się do drogi. Nie chciałam wyjeżdżać przez te trzy tygodnie wszystko stało się bliskie, a szczególnie Antoni.

Podjechał autobus. Antoni przyszedł mnie pożegnać. Trzymał bukiet dzwonków. Łzy mi napłynęły do oczu, mocno go przytuliłam. To już koniec naszego krótkiego romansu. Serce mi pękało. Gdyby tylko zawołał mnie, zostawiłabym wszystko

Mieszkaliśmy z Antonim w różnych miastach. Można było kontaktować się tylko listami. I taki list przysłała mi żona Antoniego. Pisała, że wszystko o nas wie i żebym odpuściła, bo ona ma trzydzieści lat, a ja czterdzieści. Nie odpisałam jej. Po co?

Po pół roku Antoni niespodziewanie pojawił się w moim domu. Moi synowie zdziwili się, ale nie pytali.
-Antoni? Jesteś przejazdem czy? nie dowierzałam. (Chciałam usłyszeć: Zostaję na zawsze).
-Nie przegonisz mnie, Beatko? zapytał nieśmiało od drzwi.
Chłopcy cicho wycofali się do swojego pokoju.
-Wchodź. Co Cię tu sprowadza? List od żony przywiozłeś? ironizowałam.
-Wybacz mi, Beatko. Napisałem do Ciebie, ale żona znalazła Przyznaję się. Rozwiodłem się, tłumaczył się Antoni.
-Antoni, nie wiedziałam, że byłeś żonaty Nic by się nie wydarzyło, wierz mi. I co teraz?
-Wyjdź za mnie, Beato, nagle zaproponował Antoni.
-Nie wiem. Mam dzieci. Widzisz sam. Jak je do tego przekonasz? Nie mogę tak pochopnie, wahałam się, ale cieszyła mnie jego propozycja.
-Dzieci to skarb. Też mam córkę, dziesięcioletnią, zaskoczył mnie Antoni.
-Jak to? Zostawiłeś ją? spytałam zdziwiona.
-Ależ skąd, Beatko! Odbiorę ją. Matka pije. Będziemy tworzyć szczęśliwą rodzinę, niemal mnie olśnił pan młody.
-Poczekaj, Antoni! Ja nawet nie znam Twojej córki, a Ty już mnie robisz jej matką! Pomału. Muszę pogadać z chłopcami. Idź, nakarmię Cię, narzeczony z ogonem, uśmiechnęłam się.

Szczęśliwej rodziny, jak w bajce, nie zbudowaliśmy. Były awantury, kłótnie i rozstania. Każdy z nas miał inny charakter. Czasem trudno było ustąpić.

Czas leci szybko.
Dziś mój starszy syn, Paweł, poślubił Alę, córkę Antoniego. Potem oboje zaczęli mieć do nas pretensje wypominali dawne żale, wyrzucali, że zniszczyliśmy ich stare rodziny. Paweł i Ala wyprowadzili się na wynajmowane mieszkanie.
A ja i Antoni tylko wzruszyliśmy ramionami. Nadal szczerze się kochaliśmy.

Minął rok.
Nasze dzieci nie wracały. Ala dzwoniła do ojca jedynie na imieniny.

Po trzech latach Paweł i Ala zaprosili nas w odwiedziny. Podeszliśmy z ukrytą nadzieją, ale i obawą.
Okazało się, że Ala i Paweł mają syna. To nasz wspólny wnuk! Radość nas ogarnęła. Przy świątecznym stole oboje przeprosili zrozumieli, że w życiu bywa różnie i trzeba wybaczać, a rodziców szanować za dar życia. Syna nazwali Mirosław.

I tak oto z Antonim mamy swoje nowonarodzone szczęściePatrzyliśmy z Antonim, jak malutki Mirosław śmieje się w ramionach swojego taty, a Ala ukradkiem ociera łzę wzruszenia. W tej chwili wiedziałam, że wszystko było po coś samotność, przypadkowe zbiegi okoliczności, łzy, kłótnie i niepokoje. Życie samo napisało nam scenariusz, w którym było miejsce na ból i miłość, na skomplikowane rozstania i nowe początki.

Pamiętam, jak kiedyś bałam się przyszłości i nie wierzyłam, że jeszcze poczuję się szczęśliwa. Teraz, gdy patrzyliśmy na nasze dzieci i wnuka przy wspólnym stole, poczułam spokój, jakiego nie znałam od lat. Życie, choć nieidealne, okazało się bogatsze, niż się spodziewałam.

Po powrocie do domu Antoni nalał mi kieliszek szampana i cicho powiedział:
Pamiętasz, Beatko? Za miłość, nie za przypadek. Za nas, za nowe początki.

Unieśliśmy kieliszki. Światło za oknem gasło powoli, a ja zrozumiałam, że nawet po najciemniejszej żałobie można wrócić do światła wystarczy nie zamykać serca. Miłość bywa nieoczekiwana, trudna i poplątana, ale zawsze warta wszystkiego.

Jak bluetki w sanatoryjnym lesie rozkwita na przekór wszystkiemu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

sześć + dwadzieścia =

Nowonarodzone szczęście — Proszę pana, przestań mnie śledzić! Mówiłam, że jestem w żałobie po mężu….