Dziennik, 13 marca
Poranek u Teresy Czerwińskiej wyglądał zawsze tak samo. Czajnik na gazie, dwie łyżeczki herbaty do starego, pękatego imbryczka, który pamiętał czasy, gdy dzieci były jeszcze w domu i wydawało się, że wszystko dopiero przed nią. Gdy woda zaczynała szumieć, włączała radio na kuchni i słuchała wiadomości jednym uchem. Głosy spikerów były jej znajome bardziej niż twarze sąsiadów.
Na ścianie wisiał zegar z żółtymi wskazówkami. Wskazówki chodziły równo, lecz dzwonek stacjonarnego telefonu pod nimi rozbrzmiewał coraz rzadziej. Dawniej telefon terkotał wieczorami, kiedy przyjaciółki dzwoniły pogadać o serialach albo o ciśnieniu. Teraz przyjaciółki to chorowały, to wyjeżdżały do dzieci do innych miast, a niektóre już wcale nie zaglądały. Telefon stał w kącie, ciężki, z słuchawką, którą lubiła gładzić przechodząc obok, jakby sprawdzała, czy ten sposób kontaktu jeszcze żyje.
Dzieci dzwoniły już tylko komórką. A właściwie wiedziała, że rozmawiają ze sobą kiedy przyjeżdżały, ciągle trzymały telefony w dłoniach. Syn potrafił nagle zamilknąć w połowie rozmowy, zapatrzeć się w ekran i mruknąć poczekaj chwilę, po czym zaczynał stukać palcem o szkło. Wnuczka, chuda dziewczyna z długim warkoczem, właściwie prawie nie odkładała smartfona. Tam miała znajomych, gry, lekcje, muzykę. Każdy swój świat w tej małej skrzynce.
A Teresa miała swój stary telefon na guziki. Kupili jej go z okazji pierwszego pobytu w szpitalu z powodu ciśnienia.
Żebyśmy zawsze mogli się dodzwonić powiedział wtedy syn.
Aparat leżał w szarym futerale na półce w korytarzu. Czasem zapominała go naładować. Czasem leżał zapodziany na dnie torby pod chustkami i paragonami. Dzwonił rzadko, więc kiedy już zadzwonił, często nie zdążała wcisnąć zielonej słuchawki i potem długo złorzeczyła na swoją powolność.
Tego dnia kończyła siedemdziesiąt pięć lat. Liczba brzmiała obco. Czuła się najwyżej dziesięć, może piętnaście lat młodsza. Ale dowodu osobistego nie oszukasz. Poranek przebiegał starą trasą: herbata, radio, krótka gimnastyka na stawy, którą pokazała jej pani Zosia w przychodni. Potem wyciągnęła z lodówki sałatkę, przygotowaną dzień wcześniej, i postawiła na stole ciasto. Dzieci zapowiedziały się na czternastą.
Nie przestawała się dziwić, że teraz urodziny uzgadniają nie przez telefon, a w jakimś czacie. Syn powiedział kiedyś:
My z Justyną wszystko ustalamy w czacie rodzinnym. Pokażę ci kiedyś.
Ale nie pokazał. Dla niej czat brzmiał jak coś z innego świata, gdzie ludzie mieszkają w małych okienkach i rozmawiają literami.
O czternastej już byli. Najpierw wpadł wnuk Kuba z plecakiem i słuchawkami, zaraz za nim przemykła cicho wnuczka Gosia, potem dopiero syn z synową, objuczeni reklamówkami. Od razu zrobiło się ciasno i gwarno. Pachniało ciastkami z cukierni, perfumami Justyny i jakimś świeżym, energicznym zapachem, którego nie potrafiła określić.
Mamo, wszystkiego najlepszego! syn ją mocno uściskał, ale szybko, jakby już pędził dalej.
Prezenty wylądowały na stole. Kwiaty do wazonu. Gosia pierwsza spytała o hasło do wi-fi. Syn, krzywiąc się, wyciągnął kartkę z kieszeni i zaczął dyktować ciąg cyfr i liter, od których zaraz ją rozbolała głowa.
Babciu, a czemu nie siedzisz w naszym czacie? rzucił Kuba zdejmując buty i idąc do kuchni. Tam wszystko się dzieje!
Jakim czacie machnęła ręką podsuwając mu talerz z ciastem. Telefon wystarczy.
Mamo wtrąciła się synowa właściwie to spojrzała na męża. Mamy dla ciebie prezent.
Syn wyjął z reklamówki eleganckie pudełko. Białe, błyszczące, z ładnym symbolem. Od razu poczuła ścisk w żołądku. Domyśliła się.
Smartfon ogłosił syn, jakby wydawał wyrok. Normalny, porządny, nie najdroższy, ale dobry. Ma aparat, internet, wszystko czego potrzeba.
Po co mi to? spytała, starając się zachować spokój.
Mamo, żebyśmy mogli rozmawiać na wideo Justyna mówiła z przyzwyczajoną pewnością siebie. Mamy czat rodzinny, tam wysyłamy zdjęcia, wiadomości. No i przecież teraz wszystko jest przez internet. Kroki do lekarza, sprawdzanie rachunków Sama narzekałaś, że w przychodni są kolejki.
Dam sobie radę rzuciła, lecz zobaczyła jak syn ciężko wzdycha.
Nam będzie spokojniej, mamo. Jak coś się stanie napiszesz od razu. I nie będziesz szukała, gdzie ta twoja zielona słuchawka.
Uśmiechnął się, starając się złagodzić słowa. Ale i tak poczuła ukłucie. Zielona słuchawka jakby już była całkiem nieprzydatna.
Dobrze mruknęła, patrząc na pudełko. Skoro wam na tym zależy.
Otwierali pudełko rodzinnie, jak kiedyś pod choinkę dla dzieci. Tyle że teraz dzieci były dorosłe, a ona siedziała pośrodku, czując się raczej uczennicą niż gospodynią. Wyłowili czarny, błyszczący prostokąt. Był zimny i śliski. Na ekranie żadnych przycisków.
Tu wszystko dotykowe wyjaśnił Kuba. Musisz dotknąć. O, tak.
Przejechał palcem po szybie i ekran rozświetlił się kolorowymi ikonkami. Teresa aż się wzdrygnęła. To jakaś sprytna maszyneria, która lada moment każe jej podać hasło, login, coś jeszcze dziwniejszego.
Nie bój się szepnęła Gosia nieoczekiwanie łagodnie. Wszystko ci ustawimy. Ale na razie nic sama nie naciskaj, dobra? Pokażemy po kolei.
Te słowa zabolały najbardziej. Nie naciskaj sama. Jak do dziecka, żeby nie rozbiło kryształowej wazy.
Po obiedzie przesiedli się do pokoju. Syn usadził ją na kanapie, położył smartfon na kolanach.
Popatrz zaczął to włącznik. Przytrzymujesz. Jest ekran powitalny, potem blokada. Palcem odblokowujesz. O, tak.
Zasuwał, aż wszystko wiruje jej w głowie. Przyciski, blokada, ekran. Brzmiało jak obcy język.
Zaczekaj poprosiła Po jednym, bo nie zapamiętam.
Zapamiętasz, to łatwe zbył ją ręką.
Kiwnęła głową, ale wiedziała, że nie zapamięta szybko. Potrzebowała czasu. Czasu, żeby pogodzić się, że teraz świat zamknął się w tych prostokątach i ona musi się tam jakoś prześlizgnąć.
Wieczorem miała już wpisane numery dzieci, wnuków, sąsiadki Jadwigi i swojego lekarza rodzinnego. Syn zainstalował komunikator, założył jej konto, dodał do rodzinnego czatu. Ustawił powiększoną czcionkę, żeby nie musiała mrużyć oczu.
Patrz pokazywał tu piszemy w czacie. Napiszę coś.
Napisał szybko. Na ekranie wyskoczyła wiadomość od niego do samego siebie. Zaraz kolejna, od synowej: Hurra, mama z nami! Potem od Gosi: masa kolorowych buziek.
A ja jak? spytała nieśmiało. Gdzie tu się pisze?
Tu naciskasz syn wskazał pole pojawia się klawiatura. Piszesz. Nie chcesz pisać, możesz nagrać głosowo. Tu mikrofon, mówisz.
Spróbowała. Palce jej drżały. Zamiast dziękuję wyszło dzekuje. Syn się roześmiał, synowa też, wnuczka wzniosła kolejną porcję buziek.
Nic nie szkodzi syn pocieszał Każdy się myli na początku.
Skinęła głową, ale w środku było jej wstyd. Jakby nie zdała prostego egzaminu.
Po ich wyjściu znów zrobiło się cicho. Na stole zostało niedojedzone ciasto, kwiaty w wazonie i białe pudełko po smartfonie. Sam aparat leżał obok ekranem do dołu. Ostrożnie odwróciła go. Na ekranie zapaliło się zdjęcie, które Gosia ustawiła na tapecie: cała rodzina na zeszłoroczną Wigilię. Ujrzała siebie z profilu, w niebieskiej sukience, z brwią uniesioną, jakby już wtedy nie była pewna, czy powinna stać w tym szeregu.
Przeciągnęła palcem po ekranie, jak ją uczono. Pokazał się las ikonek. Serce jej przyspieszyło. Telefon, wiadomości, aparat, coś jeszcze. Przypomniała sobie słowa syna: Nie naciskaj niczego nieznanego. Tylko skąd wiedzieć, co nieznane?
W końcu starannie odłożyła smartfon na stół i poszła zmywać naczynia. Niech postoi. Niech przywyknie do mieszkania.
Następnego dnia wstała wcześniej niż zwykle. Najpierw rzuciła okiem na nowy telefon. Leżał tak samo obojętny. Wczorajszy strach trochę zbladł. W końcu to tylko przedmiot. Wszystkiego można się nauczyć. Kiedyś też bała się mikrofalówki, a nauczyła się używać.
Zaparzyła herbatę, usiadła przy stole i przysunęła smartfon bliżej. Włączyła. Dłoń była spocona. Znowu zdjęcie z Wigilii. Przeciągnęła palcem. Ikonki. Znalazła zieloną słuchawkę to chociaż było znajome i nacisnęła.
Pokazała się lista kontaktów: syn, synowa, Gosia, Kuba, Jadwiga, doktor Nowak. Wybrała syna. Nacisnęła. Telefon zabrzęczał, pojawiły się paski na ekranie. Przysunęła do ucha, jak zwykły telefon.
Halo usłyszała trochę zdziwiony głos syna. Mamo? Wszystko okej?
Okej, chciałam tylko sprawdzić. Udało się.
No widzisz! zaśmiał się. Wiedziałem, że dasz radę. Lepiej dzwoń przez komunikator, taniej będzie.
Jak to? zgłupiała.
Pokażę później, teraz jestem w pracy.
Rozłączyła się czerwoną słuchawką. Serce waliło jej jak po szybkim spacerze. Ale czuła dumę. Zadzwoniła sama. Bez pytania nikogo.
Po dwóch godzinach przyszła pierwsza wiadomość na rodzinny czat. Telefon zapiszczał, ekran się rozświetlił. Na ekranie: Gosia: Babciu, jak tam? Pod spodem migało malutkie pole do napisania odpowiedzi.
Długo patrzyła na to pole. W końcu powoli dotknęła. Pokazała się klawiatura. Literki małe, ale da się przeczytać. Pisała powoli, litera po literze: Wszystko dobrze. Pije herbate. Pomieszała w herbata, ale nie poprawiała. Nacisnęła wyślij.
Chwilę potem odpowiedź Gosi: Super! Sama napisałaś? I jeszcze serduszko.
Złapała się na tym, że się uśmiecha. Sama. Napisała. Jej słowa pojawiły się tam, gdzie zwykle przez lata pojawiały się tylko cudze.
Wieczorem zajrzała Jadwiga, przyniosła słoik dżemu.
No i co, słyszałam, młodzi ci ten jak to mądry telefon dali rzuciła zdejmując buty.
Smartfon poprawiła Teresa. Słowo wciąż wydawało się za nowoczesne, jak na jej wiek, ale łaskotało satysfakcją.
I jak? Nie gryzie? parsknęła sąsiadka.
Na razie tylko piszczy westchnęła. Wszystko w nim inne. Brak przycisków.
Mój wnuk też namawia. Bez tego się ponoć nie da. Ja mówię niech sobie sami klikają.
Za późno to słowo ukłuło ją pod łopatką. Też tak myślała. Ale teraz w jej pokoju leży urządzenie mówiące coś przeciwnego: jeszcze nie za późno. Można spróbować.
Po kilku dniach syn zadzwonił i mówi, że przez internet zapisał ją do lekarza.
Jak to, przez internet? spytała zdziwiona.
Przez pacjent.gov.pl. Teraz tak to działa. Tobie też mogę pokazać. Login i hasło napisałem ci na karteczce, leżą w szufladzie pod telefonem.
Otworzyła szufladę. Leżała tam kartka z ciągiem znaków. Wzięła ją, jak się bierze receptę niby wiadomo jak użyć, ale i tak strach.
Następnego dnia zdobyła się na odwagę. Włączyła smartfon, znalazła przeglądarkę, jak pokazywał Kuba. Wpisała adres, litera po literze. Dwa razy pomyliła się i wszystko musiała zaczynać od nowa. W końcu strona się załadowała. Niebiesko-białe prostokąty, jakieś przyciski.
Wpisz login, hasło przeczytała cicho.
Login jeszcze jakoś, ale hasło: cyfry i litery, klawiatura na ekranie uciekała. Nacisnęła nie tam i wszystko zniknęło. Zaklęła pod nosem, sama siebie zaskakując.
Poddała się, złapała za stacjonarny. Zadzwoniła do syna.
Nie wychodzi mi! Te wasze hasła to jak szyfr.
Spokojnie, mamo. Przyjadę wieczorem, pokażę jeszcze raz.
Ty ciągle przyjeżdżasz i pokazujesz rzuciła nagle ostrzej a potem znowu jestem sama z tym cudactwem.
Po drugiej stronie cisza.
Rozumiem, mamo powiedział. Po pracy przyjadę z Kubą. On ma więcej cierpliwości. Pokaże ci spokojnie.
Zgodziła się. Ale odkładając słuchawkę miała ciężar na sercu. Jakby bez nich nie umiała kompletnie żyć. Jakby stawała się ciężarem, którego trzeba stale uczyć.
Wieczorem przyszedł Kuba. Zdjął buty, usiadł na kanapie.
No, babciu, pokazuj co nie działa.
Otworzyła stronę, pokazała ekran.
Tu wszystko takie dziwne westchnęła. Słowa, przyciski. Boję się, że coś popsuję.
Nic się nie da popsuć wzruszył ramionami wnuk. Najwyżej się wylogujesz, zalogujesz znowu.
Mówił szybko, ale cierpliwie. Palce latały mu po dotykowym ekranie jak po fortepianie. Wyjaśniał, gdzie kliknąć, jak zmienić literki, gdzie szukać zapisów do lekarza.
Tutaj masz swoją wizytę. Jakbyś nie mogła przyjść można odwołać tutaj.
A jeśli kliknę omyłkowo? dopytywała.
To trzeba się zapisać od nowa. Ale to nic trudnego.
Kiwnęła głową. Dla niego błahostka. Dla niej nie lada wyzwanie.
Kiedy wyszedł, długo siedziała nad tym prostokątem. Czuła, jakby ten mały ekran cały czas ją sprawdzał: hasło, login, błąd połączenia. Kiedyś było prosto: telefon, rozmowa, załatwione. Teraz każde wyjście do świata wymagało operowania przyciskami i napisami.
Po tygodniu wydarzyła się sprawa z rejestracją do lekarza. Obudziła się z bólem głowy i dziwną niemocą. Ciśnienie skakało. Wiedziała, że ma mieć wizytę za dwa dni. Chciała sprawdzić godzinę. Włączyła smartfon, weszła na stronę, jak uczył Kuba. Szuka nie ma nazwiska.
Serca ścisnęło. Przewija ekran w górę, w dół. Pusto. Nic nie robiła wczoraj? A może Próbowała wieczorem zobaczyć jak się anuluje wizytę, coś nacisnęła?
Zamęt. Bez nowej rejestracji musiałaby znowu iść do kolejki. Duszno, ludzie kaszlą. Sama ledwo trzymała się na nogach. Poczuła narastającą panikę.
Pierwszy odruch zadzwonić do syna. Ale mówił, że pracuje do późna, trudny tydzień. Wyobraziła go sobie, jak znowu myśli: Znowu mama z problemem. Zrobiło jej się wstyd.
Wzięła się w garść. Pooddychała, usiadła spokojnie. Przypomniała sobie o Kubie. Ale on ma zajęcia. Nie chciała już wołać na ratunek.
Tym razem popatrzyła na smartfon. Mały czarny prostokąt, który ją przerażał i miał uratować. Powoli weszła na stronę. Zalogowała się. Trzęsące się palce, ale dokładniejsze ruchy.
W zakładce wizyty pusto. Westchnęła. Nacisnęła zapisz się. Lista lekarzy. Wybrała internistę. Wcześniejszy dostępny termin dopiero za trzy dni. Cóż. Rano. Nacisnęła potwierdź. Zamarła.
Ekran pomyślał i wyświetlił: Zapisano poprawnie. Pod spodem jej nazwisko, data, godzina. Przeczytała trzy razy. Lżej. Sama dała radę. Bez dzieci, bez wnuków.
Żeby się upewnić, zrobiła jeszcze jeden krok. Otworzyła komunikator, wybrała czat z doktor Nowak, dodaną przez syna. Długo się zbierała, potem nacisnęła mikrofon.
Dzień dobry, tu Teresa Czerwińska. Mam problem z ciśnieniem. Zarejestrowałam się przez internet na pojutrze rano. Jakby coś się zmieniło, proszę o wiadomość.
Puściła przycisk. Wiadomość poszła, pojawiła się ikonka. Siedziała i słuchała ciszy. Po minucie telefon piknął. Odpowiedź dużymi literami: WIDZĘ PANIĄ W SYSTEMIE. JAK SIĘ POGORSZY PROSZĘ OD RAZU DZWONIĆ.
Napięcie zelżało. Termin jest, lekarz wie. Wszystko przez ten ekran.
Po południu napisała na rodzinny czat: Zarejestrowałam się do lekarza sama. Przez internet. Znowu literówka, ale nie poprawiła. Ważniejszy był sens.
Gosia odpisała pierwsza: Babciu, jesteś lepsza niż ja! Potem Justyna: Mama, jestem z ciebie dumna. Na końcu syn: No widzisz, mówiłem że się uda.
Przeczytała i poczuła jak w środku coś się prostuje. Jeszcze nie była częścią ich błyskawicznych żartów i memów, ale między nimi a nią pojawiła się cienka nić. Teraz mogła za nią pociągnąć, gdy coś się działo.
Po spokojnej wizycie u lekarza postanowiła nauczyć się czegoś nowego. Gosia kiedyś opowiadała, że wysyłają z koleżankami zdjęcia jedzenia, kotów i różnych bzdur. Wydawało się jej to dziecinne i trochę głupie, ale z drugiej strony zazdrościła im tej wspólnej codzienności. U niej tylko radio i widok na blok.
Pewnego słonecznego dnia, gdy na parapecie szczególnie błyszczały słoiki z rozsadą, wzięła smartfon i włączyła aparat. Na ekranie pojawiła się kuchnia w ramce. Przysunęła telefon do słoików. Klik. Cichy dźwięk.
Zdjęcie wyszło trochę niewyraźnie, ale się uśmiechnęła: na fotografii zielone sadzonki i pasmo światła. Pomyślała, że ona sama przypomina te młode roślinki. Przebija się do światła, chociaż ciężko.
Wkleiła zdjęcie na czat rodzinny. Zastanowiła się, co napisać. W końcu wstukała: Moje pomidory rosną. Wysłała.
Odpowiedzi posypały się natychmiast. Gosia zdjęcie swojego biurka zasypanego zeszytami. Justyna miska z sałatką i podpis: Uczę się od ciebie. Syn selfie z biura z pytaniem: Mama ma pomidory, ja mam raporty. Kto ma lepiej?
Zaśmiała się na głos czytając to. Kuchnia przestała być pusta. Jakby za stołem siedziało kilka osób naraz, każdy w swoim mieście, ale jednak blisko.
Nie zawsze szło gładko. Raz przez pomyłkę wysłała wszystkim nagranie, w którym komentowała wiadomości w TVP Info, narzekając na polityków. Wnuki mieli ubaw, syn napisał: Mamo, powinnaś mieć swój program w radiu. Było jej głupio, ale i tak się roześmiała. Przynajmniej było szczerze.
Czasem myliła czaty coś dla Gosi wysyłała przez pomyłkę wszystkim. Kiedyś zapytała wszystkich, jak się usuwa zdjęcie. Dostała natychmiast instrukcję od Kuby, sama nie wiem od Gosi i mem od Justyny: Mama, kobieta XXI wieku.
Ciężko jej było przywyknąć do nowych rzeczy. Bała się aktualizacji, których domagał się smartfon. Zaktualizować system brzmiało podejrzanie. Jakby ktoś znów chciał posprzątać w jej nowym porządku.
Ale z dnia na dzień było łatwiej. Znalazła rozkład autobusów, prognozę pogody nie tylko w radiu, ale i na ekranie. Kiedyś nawet wyszukała w internecie przepis na drożdżowe ciasto podobne do tego, jakie piekła jej mama. Miała łzy w oczach, gdy widziała znajome składniki.
Nie napisała nikomu o tym. Po prostu upiekła ciasto i wrzuciła zdjęcie. Podpisała: Przypomniałam sobie, jak robiła babcia. W odpowiedzi masa serduszek i prośby o przepis. Zdjęła kartkę zapisaną odręcznie i przesłała w czacie.
W którymś momencie zauważyła, że coraz rzadziej zerka na stacjonarny telefon. Wisiał ciągle na ścianie, ale już nie był linią życia. Teraz miała nową nitkę niewidoczną, lecz mocną.
Pewnego wieczoru, gdy za oknem zapadał zmierzch, a naprzeciwko zapalały się światła, siedziała w fotelu z telefonem w ręku i przeglądała rodzinny czat. Były tam zdjęcia pracy syna, selfie Gosi z koleżankami, żarty Kuby, wiadomości Justyny o codziennych kłopotach. Pomiędzy tym jej nieśmiałe wpisy: zdjęcie pomidorów, głosówka z przepisem, pytanie o leki.
Nagle zrozumiała, że już nie czuje się obserwatorką zza szyby. Może nie łapała połowy młodzieżowych powiedzonek Gosi, ani nie wiedziała, jak te ich buźki wstawić. Ale jej wiadomości były czytane. Na jej pytania odpowiadali. Jej zdjęcia zbierały, jak mawiała Gosia, lajki.
Telefon cicho zapiszczał. Nowa wiadomość. Od Gosi: Babciu, jutro mam sprawdzian z matmy. Będę mogła potem zadzwonić i ponarzekać?
Uśmiechnęła się i napisała powoli: Dzwoń. Zawsze cię wysłucham. Wysłała.
Odłożyła smartfon obok kubka herbaty. W pokoju było cicho, ale nie była to już pustka. Gdzieś, w innych mieszkaniach, czekały na nią telefony i wiadomości. Nie weszła w środek tej młodzieżowej akcji, jak mówił Kuba ale znalazła sobie miejsce.
Dopijając herbatę, podniosła się i gasząc światło w kuchni spojrzała jeszcze na telefon. Mały, czarny prostokąt spokojnie leżał na stole. Wiedziała, że jak będzie trzeba, wystarczy go dotknąć i znów być na łączach.
I póki co to jest dla mnie wystarczające.
Z dzisiejszego dnia zapamiętam jedno: nigdy nie jest za późno, by spróbować być bliżej tych, którzy są ważni. Bo najważniejsza nić to ta, która łączy moje zwyczajne życie z ich światem nawet jeśli idzie przez mały, niepozorny ekran.



