Nowa szansa

Drugie życie

Halina Stanisławówka była zwykłą babcią, ze swoimi słabościami i wadami. Ale Krzysiek kochał ją bezwarunkowo. Ojca nie pamiętał, choć babcia mawiała, że lepiej by go w ogóle nie było. Na pytania Krysi odpowiadała: „Jak podrośniesz, zrozumiesz”. I Krzysiek rósł, nie drążył tematu, próbując, jak to mówią, dojść do wszystkiego własnym rozumem.

W wieku pięciu lat babcia zabrała go do siebie, a matka pojawiała się w jego życiu tylko sporadycznie – między jednym „kandydatem na męża” a drugim.

Pewnego dnia, gdy znów przyszła zabrać Krysiunia do siebie, babcia kazała mu iść do pokoju. Chłopak cicho bawił się, nasłuchując kłótni w kuchni. Najpierw nic nie było słychać, ale potem matka podniosła głos, a babcia odpowiedziała tym samym.

„Ile można? Chłopak potrzebuje matki, a nie wymalowanej lafiryndy” – mówiła babcia.

„Mam się teraz dla niego zakopać żywcem? Szukam przecież męża i ojca dla niego!” – krzyczała w odpowiedzi matka.

„Tam, gdzie ty szukasz, porządnych ojców nie znajdziesz. I który facet pokocha cudze dziecko? Nawet swoje rzucają, a co dopiero obce” – odpowiadała babcia.

„Ty nigdy nie zrozumiesz… Ty…” W tym momencie matka rzuciła w stronę babci słowa, których Krzysiek nie znał, ale czuł, że były bardzo złe.

Babcia też tak pomyślała i po raz kolejny wyrzuciła matkę za drzwi.

Weszła do pokoju cała spięta, pogłaskała Krysiunia po krótkich, jeżykowych włosach i wyszła, trzasnąwszy drzwiami.

Znikała na trzy tygodnie, potem wracała – raz zadowolona, raz wściekła, w zależności od tego, czy udało się jej znaleźć nowego faceta.

Po jej wyjściu włosy Krysiunia i rzeczy, których dotknęła, jeszcze długo pachniały jej perfumami. Wąchał je, przypominając sobie matkę.

Gdy podrósł, zaczął bać się tych wizyt. Po nich babcia brała krople nasercowe o ostrym zapachu, trzęsła garnkami i wyrzekała, że wychowała nie córkę, lecz bezduszną kukułkę, która porzuciła własne dziecko. Narzekała, że nie ma już siły, i że następnym razem odda go matce… Krzysiek siedział w pokoju, przeczekując burzę.

Potem babcia przychodziła, stawiała na stole talerz z ciepłymi racuchami albo drożdżówkami i mówiła łagodniej:

„Czemu taki cichy? Przestraszyłeś się? Nie bój, nie oddam cię. I nie gniewaj się na mnie.”

Krzysiek rozumiał i nie gniewał się. Gdy było mu źle, szedł do babci po pocieszenie. Ale ona nie mogła żalić się ośmioletniemu chłopcu. Jak on miał ją przecież pocieszyć? Więc tylko cierpliwie słuchał jej narzekań i marzył, żeby w domu znów zapanował spokój. I tak żyli do kolejnej wizyty matki.

Krzysiek rósł, a babcia, jak mu się wydawało, wcale się nie zmieniała. Jakby zatrzymała się w czasie. Myślał, że tak już zostanie. Gdy był w liceum, babcia często powtarzała:

„Ucz się dobrze. Jak nie zdasz na studia, zabiorą cię do wojska, a ja już stara jestem, nie wytrzymam tego. Więc jeśli chcesz, żebym pożyła dłużej, postaraj się.”

I Krzysiek starał się, nie miał prawa zawieść babci. Bo oprócz niej nie miał nikogo. Od matki dawno się odzwyczaił. A motywacja była mocna – życie babci. Zdał maturę i dostał się na uniwersytet. Nie ryzykował, nie wybrał prestiżowego kierunku, na który cisnęli się wszyscy, tylko poszedł na historię – na budżet. Lubił czytać i pasjonowała go przeszłość.

Na drugim roku zakochał się w pięknej, roześmianej Ewce. Ona uwielbiała imprezy, których Krzysiek nie znosił. Ale dla niej chodził na akademiki i do klubów. Babcia od razu poznała po jego zamyślonych oczach, że chłopak zakochany, wzdychała, czekała na niego do późna. Krzysiek się martwił, starał się nie wracać o świcie, ale Ewce to nie pasowało.

Pewnego dnia postawiła ultimatum: jeśli wyjdzie z imprezy wcześniej, rzuci go. Krzysiek nie chciał stracić Ewki, ale i babci było żal. Martwi się, czeka, nie śpi, a ma przecież ciśnienie, serce… W końcu wyszedł z klubu. Biegł do domu, jakby goniły go diabły, przeklinając w duchu babcię: „Przecież mogłaby spać, jestem dorosły, nic mi nie będzie, dam sobie radę”. Telefonów komórkowych babcia nie uznawała. „Za stara jestem, żeby się tego uczyć. A ty po co masz głowę?” – mawiała.

Krzysiek wszedł do mieszkania i zobaczył smugę światła spod drzwi do pokoju. „I czego ona nie śpie?” – pomyślał zirytowany i zajrzał do środka. Babcia leżała na podłodze z zamkniętymi oczami, z niezgrabnie podwiniętą ręką. Obok niej rozlana woda, stłuczona szklanka.

„Babciu, co się stało?” – rzucił się ku niej.

Ona ledwo otworzyła oczy, próbowała coś powiedzieć, ale usta wykrzywiły się i nie słuchały.

„Tylko nie umieraj, zaraz!” – Krzysiek wyciągnął komórkę.

Karetka przyjechała szybko. Lekarz powiedział, że jeszcze chwila i byłoby za późno.

Krzysiek miał sobie za złe, że przez miłość nie zauważył, że babcia ostatnio skarżyła się na zawroty głowy, szum w uszach, łykała tabletki, chodziła przy ścianie, trzymając się mebli. Gdyby nie poszedł na tę imprezę, może nic by się nie stało. Dręczył się, że nie wrócił wcześniej.

Babcię zabrano do szpitala. I po raz pierwszy Krzysiek został zupełnie sam. Codziennie odwiedzał ją, przynosząc rosół i kompot, które ugotowała Ewka. Ale nie wytrzymała długo – znów zaczęła znikać w klubach. Rozstali się.

Po trzech tygodniach babcię wypisali. Teraz chodziła ostrożnie, drobnymi kroczkami, jakby bała się oderwać nogi od podłogi. Jedna ręka nie działała, mówiła niewyraźnie. Ale Krzysiek szybko nauczył się rozumieć jej pomruki.

Teraz biegał jak wiewiórka w kołowrotku: po zajęciach wpadał do sklepu, gotował, karmił babcię, sprzątał. U babci wszystko leciało z rąk. A do tego jeszcze studia wymagały czasu.

Wkrótce z przW końcu matka została dobrą babcią dla małej Oli, a Krzysiek zrozumiał, że czasem człowiek dostaje drugą szansę, by naprawić to, co zepsuł w przeszłości.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

11 + cztery =

Nowa szansa