Dziennik Nocny ekspres przez Warszawę
Drzwi trolejbusu zatrzasnęły się harmonijką, a ciepłe powietrze z wnętrza uciekło jak para w chłód warszawskiej nocy. Do środka wpadła piątka rozbawionych chłopaków, wydzierając się i tłukąc ubłoconymi butami po wszystkim, co mieli pod nogami: schodach, poręczach, czasem niestety i po stopach pasażerów.
Nie spotkało się to z żadną reakcją reszty samotnych pasażerów nie pierwsza to noc spędzona w jedynym kursującym transportem publicznym. Młodzież, rozgrzana piwem i własnym towarzystwem, prześcigała się w rubasznych żartach o podbojach miłosnych. Każdy próbował przekrzyczeć drugiego, butelki obijały się dźwięcznie o siebie po każdym salwie śmiechu, a najbardziej doświadczony podnosił toasty. Zorganizowali sobie solidną popijawę na końcu trolejbusu, zlewając śmiechem miasta całą noc.
Trolejbus nagle się zakołysał, drzwi sycząc się zamknęły, i ruszył spokojnie odjeżdżając z pl. Zawiszy. W środku, poza świeżo wpakowaną ekipą, siedziało może dziesięć osób łącznie z konduktorką. Starsza kobieta w okularach, które przeżyły już niejedno pokolenie, wstała stanowczo, z zaciśniętym w dłoni bloczkiem biletów i ruszyła w stronę rozkrzyczanej młodzieży.
Panowie, płacimy za przejazd powiedziała matowym głosem, który niejedną już ekipę gasił.
Mam miesięczny! odburknął jeden i roześmiał się obleśnie.
Ja też! dorzucił drugi.
Ja tak samo!
Najmłodszy ledwie miał siedemnaście lat meszek pod nosem, nieporadne ruchy, niepewny wzrok. Ale wśród swoich krzyczał najgłośniej, by nie było widać, jak bardzo się stresuje.
To proszę okazać suchy ton konduktorki nawet na moment nie zadrżał.
A pani swój najpierw pokaże! prychnął najbardziej postawny, ociekający piwem nawet z rękawów.
Jestem konduktorką odparła z zimną powagą.
A ja elektryk! To mam za prąd nie płacić? rechotał ten sam, z kurtki cuchnęło piwem na cały pojazd.
Albo płacicie, albo wysiadacie.
Jakby na komendę, trolejbus zatrzymał się, a reszta pasażerów wyszła w ciszy.
Powiedziano ci, mamy miesięczne! wydął chudziutką pierś najmłodszy, choć głos mu drżał.
Władek, na bazę! rzuciła kobieta do kierowcy.
Tak jest, Władek, na bazę! chłopaki ją przedrzeźniali, teatralnie ocierając niewidzialne łzy.
Drzwi znowu się zatrzasnęły, trolejbus odbił od krawężnika, wykonał szeroki manewr. Chłopaki jeszcze przez chwilę rechotali, aż nagle ten najbardziej opanowany spytał:
Ej, a jak tu się zawróciło na środku trasy? Przecież tu druty są… zapytał niepewnie. Reszta tylko wzruszyła ramionami.
Trolejbus rozpędzał się coraz szybciej, aż dziwnie wyprzedzał samochody. Lampy przygasały, niektóre w ogóle zgasły. Wnętrze rozświetlały już tylko światła latarni za oknami i neonów reklamowych przerywających ciemność. Konduktorka milczała patrząc przed siebie. Nie było już żadnych przystanków.
Hej! Gdzie nas wieziecie?! wreszcie odważył się jeden z nich.
Cisza.
Słyszysz?! Wysadzić nas! głos im łamał się, trzeźwieli na oczach.
Kobieta nie odezwała się nawet jednym słowem.
Miasto zniknęło za oknami, teraz przez pola na obrzeżach pędziliśmy kompletnie po ciemku. Jedynym światłem były mrugające lampki na desce rozdzielczej. Próbowaliśmy ściągnąć zasięg na komórkach, ale Brak sieci, strony nie ładują się.
Wtem jeden z nas, Piotrek, doskoczył do konduktorki i zaczął grozić:
Wiesz gdzie pracuję?! Jak mnie jutro nie będzie w biurze, to pójdzie bez emerytury!
W tym samym momencie zgasły światła z przodu pojazdu.
Proszę, niech nas pani wypuści, muszę się uczyć do matury młodziak łkał cienkim głosem.
Trolejbus ryczał, a my już zupełnie trzeźwi próbowaliśmy łamać okna pustymi butelkami, wyważać drzwi, łamiąc przy tym paznokcie i dumę. Na nic.
Wreszcie poszły w ruch pieniądze.
Proszę, reszty nie trzeba, tylko zawieźcie nas do Warszawy! Błagamy!
Kobieta ani drgnęła. Przeprosiny i błagania o litość odbijały się od niej jak groch od ściany, tylko łzy i strach gęstniały w powietrzu.
Wreszcie po jakimś czasie zatrzymaliśmy się przy wielkim, czarnym jeziorze. Nie było słychać nic poza naszym przyspieszonym oddechem.
Gdzie jesteśmy? szeptaliśmy między sobą.
Utopią nas piszczał najmłodszy.
Marian, ty potrafisz kierować takim czymś? Może spróbujemy coś zrobić? pytał jeden. Ale Marian tylko kręcił głową.
Wtedy przednia para drzwi otworzyła się, a konduktorka wyszła na zewnątrz. W blasku księżyca widzieliśmy, jak znika w kabinie kierowcy z długim, niepokojącym przedmiotem.
To koniec… Rozstrzelają nas… I wrzucą do jeziora… szlochał elektryk, a nikt nie miał już siły go pocieszać.
Nagle, ni stąd ni zowąd, światła rozbłysły, a konduktorka wróciła energicznie do środka, niosąc… mop i wiadro. Postawiła je obok nas, uśmiechnęła się szeroko:
Jak tylko umyjecie ściany, dam wam ścierki, żeby wyczyścić siedzenia i podłogę. Potem wracacie do domu. Jakiś protest?
Pokręciliśmy zgodnie głowami.
Noc dłużyła się niemiłosiernie. Musieliśmy się pogodzić z losem i każdy otrzymał zadanie dwóch nosiło wodę, jeden zmieniał ścierki, reszta opróżniała wiadra do ogromnej beczki pod jeziorem, która, sądząc po ilości wody, gościła już niejedną podobną ekipę.
Pracowaliśmy aż do świtu. Trolejbus lśnił, jakby dopiero co wyjechał z fabryki szyby błyszczały, krzesełka czyste, podłoga lśniła. Już w milczeniu, z trzeźwymi głowami i ścierkami w rękach, czekałem na koniec karczmy.
Konduktorka podeszła, skasowała nam bilety (każdy zapłacił po 70 złotych za tę lekcję), trolejbus zawrócił do Warszawy. Nocnych rozrabiaków rozwieziono po przystankach, a dla nas wszystkich ta dziwna noc zakończyła się nowym porankiem i solidną nauczką. Trolejbus ruszył dalej w miasto, by przywitać kolejnych pasażerów ciekawe, kto następnym razem zabierze się z Nocnym Ekspresem.


