Drzwi nocnego autobusu komunikacji miejskiej w Gdańsku zatrzasnęły się z hukiem, wypuszczając obłok ciepłego powietrza prosto w wilgotne, czerwcowe powietrze miasta. Piątka lekko rozbrykanych balangowiczów wpadła do środka, wycierając glanami o wszystko, co napotkali: stopnie, rurki przytrzymywek i, rzecz jasna, nogi przypadkowych współpasażerów.
Ci, którzy do tej pory podróżowali samotnie święci z przymusu, zjednoczeni przez ostatni kurs ZTM nie odważyli się zrobić żadnej uwagi rozwrzeszczanej, wspomaganej piwem bandzie młodych. Rozkręcona ekipa prześcigała się w opowieściach o wyczynach swoich genitaliów, rozprawiając szeroko i głośno o tym, komu, gdzie i za jaką wątpliwą zasługę. Każde zdanie cięli chrobotliwym, rechotliwym śmiechem, popijali, a potem brzękali denkiem butelek, jakby brali udział w ogólnopolskim konkursie na najbardziej spektakularny toast.
Silnik zaterkotał jak stary odkurzacz, drzwi syknęły, przegub 'harmonijki’ wyprostował się dumnie i wehikuł, delikatnie się kołysząc, odbił od przystanku. Poza napływem świeżej energii, czyli nowych pasażerów imprezowych, ludzi w środku było może z dziesięć, nie licząc konduktorki. Kobieta w okularach starszych od całej obsady Sąsiadów wstała ciężko i ruszyła w stronę rozkosznej młodzieży, dzierżąc w ręku rulon biletów.
Młodzieży, opłacamy przejazd rzuciła z westchnieniem, z kojąco nudną tonacją osoby, która to mówiła już siedmiokrotnie każdej nocy w tym tygodniu.
Mam miesięczny! odburknął jeden i zniżył głos, napinając mięśnie.
Ja też! zadeklarował drugi, z dumą niesioną jak order za męstwo.
I ja! odkrzyknął trzeci, który widocznie nie był jeszcze pełnoletni: mleko pod nosem, nieudolna próba bycia dorosłym, spojrzenie kota domagającego się jedzenia, choć karma już w misce.
W tłumie był silny wrzasnął najgłośniej.
To poproszę do kontroli odpowiedziała sucho pani konduktor, zupełnie niewzruszona ich przedstawieniem.
A pani pokaże pierwszy, niech się ma! wykrzyczał najbardziej barczysty, z mleczna pianą w kąciku ust.
Jestem konduktorką odparła beznamiętnie pani Zofia, przegryzając od wewnątrz policzek, jakby próbując powstrzymać kichnięcie.
A ja jestem elektrykiem! To co, światło mam za darmo? odgryzł się typ z piwną plamą na kurtce, czuć go było tak, że nawet zapach nowego tapczanu z Agaty nie dałby rady tego przebić.
Młodzieży, albo płacicie, albo wysiadacie rzuciła bez litości.
W tym momencie autobus zatrzymał się na środku pustej Alei Zwycięstwa, pozostały pasażer wyszli ochoczo, jakby w końcu mogli wziąć oddech.
Przecież mówimy: mamy bilety miesięczne! zaperzył się znowu najmłodszy.
Tadek, wracamy na bazę! zawołała konduktorka do kierowcy.
Tak jest, Tadek, wracamy na bazę chłopaki powtórzyli szyderczo, ocierając niby-łzy wyimaginowaną chusteczką.
Drzwi się zamknęły, autobus zrobił obrót o sto osiemdziesiąt stopni, czego jakby nie patrzeć nie powinien zrobić przegubowiec podłączony do trakcji. Po dziesięciu sekundach rechotu pierwszy z piątki otrzeźwiał na tyle, by zapytać:
Ej, to jak ten autobus się obrócił, skoro jeździ na prądzie i kablu? zapytał nieudawaną ciekawością.
Reszta wzruszyła ramionami filozoficzne pytania zostawią na sesję poprawkową.
Autobus przyśpieszał, wyprzedzając nawet taksówki i dostawczaki z chlebem. Lampy wewnątrz przygasły, niektóre padły całkiem tylko światła miasta i wielokolorowe reklamy supermarketów jeszcze raz po raz rzucały blask na podkrążone oczy. Pani Zofia siedziała cicho na swoim miejscu i patrzyła prosto w noc przez szybę. Przystanków już więcej nie było.
Ej! Kierowniku! Gdzie nas wozisz? zawołał ktoś z najmniej pijanych.
Odpowiedziała mu cisza.
Halo! Stop! Wysiadamy! zaczęli krzyczeć kolejni, lecz już z nutą trzeźwości i nieco spanikowania.
Ani kierowca, ani konduktorka nie drgnęli.
Miasto skończyło się, autobus gnał teraz przez ciemne pola. Światła w środku zgasły, poza migającymi lampkami w szoferce. Chłopaki wyciągnęli telefony brak zasięgu, żadnego internetu, jakby lądowali na Mazurach za PRL-u.
Gdy pojazd zanurkował między kępami chabrów na wiejskiej drodze, osiłek podszedł do pani Zofii z (nie)sztuczną pewnością siebie:
Wie pani, gdzie pracuję? Jak mnie jutro nie będzie w robocie, to emerytury pani nie dostanie!
Po tej groźbie reflektory przednie zgasły kompletnie.
Proszę, niech nas pani wypuści, ja muszę się uczyć do matury! odzywał się piskliwym głosem najmłodszy, piszczący jak ekspres do kawy.
Autobus mknął dalej, rozrywając nocne powietrze jazgotem silnika. Młodzi byli już kompletnie trzeźwi i, przytuleni pod oknami, przypominali sobie wszelkie zalecenia z youtubowych porad, jak przetrwać zamach terrorystyczny. Próbowali tłuc szyby butelkami, kalecząc sobie końcówki paznokci w walce z drzwiami przegubowymi nic nie działało.
Wtem pojawiły się pierwsze banknoty.
Mam, sto złotych, reszty nie trzeba, tylko nas odwieźcie do Gdańska, błagam!
Konduktorka ani drgnęła. Pojazd płynął przez noc kolejne prośby, zaklęcia o sumienie, lamenty, aż autobus stanął przy wielkim jeziorze, gdzie nikt nie jeździ nawet na rowerze.
Gdzie my, do cholery, jesteśmy? kłócili się już bez sił.
Utopią nas! płakał chłopak z meszkiem pod nosem.
Franek, ogarniesz kierownicę? Może ich ogłuszymy i ucieczka? próbował jeszcze kolega dramatycznie, ale Franek tylko smętnie kręcił głową.
W tej chwili wysunęły się drzwi, pani Zofia ruszyła ku kabinie kierowcy, w świetle księżyca majaczył jej cień z czymś długim w dłoni.
To koniec Najpierw nas zastrzelą, potem utopią kwilił przegrany elektryk, a reszta patrzyła na siebie jak na ostatniej spowiedzi.
Wewnątrz rozbłysły światła, pani Zofia wkroczyła z impetem, trzymając dwa mopy i wiadro.
Najpierw umyjcie ściany, potem dam wam szmaty do siedzeń, na końcu podłogi i wracamy. Jakieś pytania?
Synchronizowane potrząsanie głowami jak u dobrze wyszkolonych papug.
Noc dłużyła się niemiłosiernie. Chłopaki podzielili się zadaniami dwóch nosiło wodę, jeden wymieniał szmaty, dwóch taszczyło kubły brudnej wody do jakiegoś niewyjaśnionego, ogromnego zbiornika, co już wyglądał, jakby autobus nie po raz pierwszy przyjeżdżał na nocny sanepid.
Skończyli o poranku. Autobus lśnił tak, jakby przed chwilą wyjechał z salonu i zaraz miał odebrać medal na zlocie pojazdów zabytkowych. Chłopcy, już nieco dojrzalsi niż jeszcze parę godzin temu, pracowali w milczeniu i zgodzie, której nie powstydziłby się nawet święty Wojciech.
Kiedy było wreszcie gotowe, pani Zofia dziurawiła im bilety, autobus potoczył się w stronę porannego Trójmiasta. Nocnych rozrabiaków wysadzono kolejno na przystankach jak grzyby po deszczu, a pojazd ruszył dalej przywitać nowy dzień i nowych pasażerów, którzy pewnie jeszcze nie wiedzieli, jakie czekają ich nocne przygody.



