Noc, kobieta, kot i lodówka

Nie patrz na mnie takim wzrokiem!

Gosia zmierzyła kota najbardziej surowym spojrzeniem, na jakie było ją stać. Nawet brew uniosła, co jej mama od zawsze jej zabraniała Bo wyglądasz wtedy na złego smarkacza! Te krzaczaste brwi, kiedyś zrośnięte nad nosem, Gosia odziedziczyła po ojcu. Ona z kolei zawsze marzyła, żeby mieć delikatne, cieniutkie łuki, jakie miała jej mama wyregulowane do perfekcji, niegroźne i raczej śmieszne niż straszne.

Teraz, kiedy swoje brwi już dawno ujarzmiła, a do najmłodszych lat daleko, kot o tym doskonale wiedział. W ogóle nie zamierzał się przejmować jej groźną miną. Siedział na parapecie, patrzył na swoją panią z mieszaniną zdziwienia i delikatnej pogardy, a zielonkawe kocie oczy czasem lśniące niepokojąco w świetle lampki w przedpokoju zdradzały, że nie zamierza zmieniać pozycji. Drzwi były lekko uchylone taka iluzja, że jeszcze można się wycofać i raz po raz klapały cicho od przeciągu. Ale całkiem się zamknąć nie chciały, zupełnie jakby nie chciały odciąć Gosi od rzeczywistości. Za to Gosia zła była na drzwi chciała, żeby się wreszcie zatrzasnęły i dały jej pełne prawo do otwarcia… tego drugiego wejścia: lodówki.

Gosia usadowiła się wygodniej pod ścianą, siedziała tam już ponad godzinę, i znów wpatrywała się intensywnie w lodówkę. Hipnotyzowała ją, jakby powiedział Michał, jej mąż.

Wiedziała dobrze co do plasterka kiełbasy co leży na półkach, które przecież ona sama ostatnio dokładnie wyszorowała. Przecież to Gosia zawsze robiła zakupy w ich domu, co było powodem rodzinnych żartów.

Gosiu, po co nam kapary? Kto to zje w tym domu? śmiał się Michał, kręcąc w dłoniach słoiczek. Po co to było kupować?

Bo są smaczne przecież.

No dobra. To wymyśl coś z tymi kaparami, by tylko się nie narobić.

I Gosia wymyślała. Zawsze coś nietypowego wystawiła na stół, bo z przepisami nie zawsze jej było po drodze. Najpierw rodzinka przyglądała się podejrzliwie, a potem wszystko znikało w mgnieniu oka. Zawsze wszyscy się najadali wszyscy, oprócz niej.

Ona po prostu nie potrafiła jeść potraw, które sama przygotowała. Nigdy! Gotowanie ją cieszyło, było jak oddech i moment szczęścia. Ale gdy tylko wyczarowała kolejny kulinarne arcydzieło, od razu wszystko traciło smak. Wtedy przychodziła do niej jakaś wyobrażona babcia, której nigdy nie widziała, i która swoim zgrzytliwym głosem mruczała pod nosem, pouczając i śmiejąc się złośliwie, zostawiając Gosię z pustym żołądkiem, bo nie mogła nawet patrzeć na to, co własnoręcznie przygotowała.

Gosia tym się zadręczała i ratowała czymś smacznym, najlepiej czymś, co nie wymaga gotowania wędlina, ser, bułeczki, czasem słodycze albo wafle Nawet podkradała synkowi dziecinne herbatniki bo przecież dziecięce słodycze są zdrowsze, i wtedy sumienie ją nie dręczyło. W ten sposób tłumaczyła sobie, że dba o siebie.

A zdrowia to jej trochę brakowało.

Gruba nie była. Nic z tych rzeczy! Wszystko zżerało jej szybkie życie: trójka dzieci, mąż, dom, kot. Wszyscy stale czegoś od niej chcieli. Do tego praca którą szanowała, czasem nawet lubiła, o ile pozwalała jej zadbać o rodzinę.

Zresztą Gosia nigdy nie lubiła się uskarżać. Zapamiętała jeszcze z dzieciństwa jedną maminą sentencję:

Przejdzie samo!

Tak zawsze mawiała jej mama, gdy Gosia zaczynała narzekać na cokolwiek.

Gosieńko, co ty wymyślasz? Przecież nie masz gorączki! Mierzyłaś? No! To super! Napij się herbaty z malinami i do łóżka! Przejdzie samo…

Ta magiczna formułka towarzyszyła jej przez całe dzieciństwo. Ona jej wierzyła, więc uznała, że po co się przejmować zdrowiem? Przejdzie samo!

Może dlatego, mimo wykształcenia medycznego i pełnej świadomości, że taka filozofia to bzdura, po urodzeniu pierwszego dziecka nawet nie zwróciła uwagi na sygnały z organizmu. No bo kto ma na to czas! Samo przejdzie!

Z drugim synem było ciężej. Gosia budziła się z trudem na płacz dziecka, ale i wtedy mężowi nie wspominała, że brak jej sił. Jaką ona by była matką, gdyby nie zajęła się maluchem?

Michał wszystko zresztą prędko wyłapał.

Gośka, daj spokój, zajmę się maluchem! przejmował synka i wyganiał ją do sypialni. Odpocznij trochę.

Gosia wybudzała się po kilku godzinach, jeszcze bardziej zmęczona. Nie wypoczęta, a wręcz rozbita. I dręczyły ją wyrzuty sumienia.

Co ze mnie za kobieta, skoro nie daję rady?

Gdyby chociaż raz przyszło jej do głowy, skąd ta cała podejrzliwość do siebie Może wtedy zrozumiałaby, że żaden dobry człowiek nie czuje się nie dość dobry, jeśli od dziecka nie wpajano mu, że jest trochę nie taki.

Niestety właśnie takie słowa słyszała latami i od mamy, i od babci.

Gosiu, siedź prosto! Co ty się garbisz jak znak zapytania? Wyprostuj się, kochanie! wzdychała babcia, pani Jadwiga, machając zadbanymi rękami.

Mamo, myślisz, że nie wiem? Ale jej tłumaczyć to jak grochem o ścianę! Wszystkie dzieci jak dzieci, tylko Gosia zawsze na opak! Wszystko podjada! Ja już nawet muszę chować jedzenie! Tak można? Próbowałam kar, ale nic, wyobrażasz sobie?

Mała Gosia, ważąca mniej niż kot, siadła grzecznie, pochlipując do talerza, i bała się odważyć podnieść wzrok.

Pewnie miały rację… Przecież była inna…

Dlaczego w ich domu wszystko kręciło się wokół szczupłości, Gosia zrozumiała dużo później. Jako nastolatka, trochę pulchniejsza i zakompleksiona, znalazła stare rodzinne zdjęcia mamy. I wtedy jej świat runął patrzyła ze zdjęć młoda kobieta z twarzą okrąglejszą niż jej własna, pewnie od tych samych pryszczy, które Gosia bezskutecznie próbowała zakryć korektorem.

To za co mama się tak czepiała? Czemu każda kromka była problemem?

Ale odpowiedzi nie dostała wyraźnie.

Kiedyś zrozumiesz! Po prostu popatrz w lustro! Kto cię weźmie za żonę? Ja musiałam się ogarnąć dopiero dzięki babci. Wszyscy na diecie siedzieliśmy!

A kiedy dziadek odszedł od babci?

Co to za pytania? Myślisz, że to przez to? W naszych rodzinach były poważniejsze sprawy. No, tak już bywa…

Gosia nie dociekała, tylko robiła, co umiałam najlepiej. Stare trampki na nogi i na boisko. Ale nie biegała tam jak inni, tylko siadała na ławce pod wielką lipą i rozmyślała. Kiedy boisko pustoszało i zapadał zmrok, robiła kilka rundek, marudząc na siebie.

Cofając się przed biegiem w rozmyślania, na coś się te przemyślenia przydały Stwierdziła, że skoro nie jest ładna i nikt jej nie zechce, niech przynajmniej będzie z niej jakiś pożytek. W końcu jeśli jesteś kimś, nikt nie patrzy na wygląd, tylko pyta, co możesz. Fajnie mieć coś, czego inni nie mają. Wtedy pytań nie będzie.

Mamo, pójdę na medycynę.

Skąd taki pomysł? Twoje oceny?

Moje oceny są dobre! Poza tym to nie uroda, tylko umiejętności.

No jak chcesz… Lekarz zawód jak zawód.

Tak, Gosia została lekarką. Do życia osobistego nie przywiązywała wtedy wagi, więc miała czas na naukę i praktykę. Mama jej starań nie komentowała, bo kłopotów własnych nie brakowało babcia chorowała, więc córkę trochę zostawiła w spokoju.

Ale nie całkiem.

Sama to chłopa sobie nie znajdzie! Cały czas się tylko uczy! Trzeba się tym problemem zająć.

I tak w domu Gosi zjawiła się swatka niska, ciemnowłosa, ruchliwa kobieta. Gosia, słysząc o sobie, że jest prawdziwą pięknością, mądrą i uroczą, miała ochotę parsknąć śmiechem.

Urocza? Ja? A gdzie!

Ale narzeczony się znalazł. Gdy Gosia go zobaczyła ciężko było nie wybuchnąć śmiechem: usztywniony, niezgrabny, peszył się okrutnie. Cóż, nie wypadało się obrażać, wiedziała, ile mama się napracowała.

Poznanie poszło gładko, randka była umówiona Ale kiedy Gosia spóźniła się do kawiarni, chłopaka już nie było. Zostawił krótką karteczkę: Nie szukaj mnie.

Gosia parsknęła:

Nawet nie zamierzałam!

Poczuła się lekka jak piórko. W końcu miała argument, dzięki któremu mama nie mogła jej narzucać swoich planów matrymonialnych. Nikt jej nie chciał! I bardzo dobrze.

I tu podszedł do niej kelner.

Proszę Pani, Pani Gosia? uśmiechał się pogodnie.

Tak, to ja.

Pani czekał tu chłopak, ale strasznie się denerwował, szklankę rozbił Wyszedł, zostawiając tę karteczkę.

Gosi wpadła do głowy dzika myśl i zapytała kelnera:

A Ty jak masz na imię?

Michał.

Michał, powiedz szczerze żal Ci mnie?

Nie. Skąd w ogóle taki pomysł?

Jeśli nie, spotkajmy się dziś wieczorem pod skwerem przy uczelni medycznej.

Znam miejsce! Dzięki!

I tak to spotkanie pamięta doskonale. Wydawało się jej, że zna Michała od zawsze. Okazało się, że oboje kochają jazz, a nie cierpią twarogu, że oboje marzą o kocie, ale psa nigdy by nie chcieli bo nie mieliby czasu na spacery. Żadne z nich nie marzyło o pałacach, tylko o domu pełnym bliskości i pracy, która ma znaczenie także dla innych, nie tylko dla portfela.

Spotykali się ponad rok.

A mama Gosi za głowę się łapała:

On do ciebie nie pasuje!

Czemu?

Bo to kelner!

Mamo, przecież wiesz, że Michał studiuje. W kawiarni tylko dorabia. Poza tym, co w tym złego?

Ma chorą matkę i młodszą siostrzyczkę po co ci taka odpowiedzialność?

A nie jest to dowód, że jest odpowiedzialny? Że umie się zatroszczyć o swoich ludzi?

Gośka! Ucz się szanować siebie!

Cały czas się tego uczę A co do ślubu, Michał już zaproponował, żebyśmy się pobrali.

Ślub odłożyli matka Michała bardzo chorowała. Gosia wspierała go, pomagała, wspólnie musieli się wszystkiego nauczyć. W końcu pobrali się po cichu świadkiem była tylko pięcioletnia siostrzyczka, Zosia.

To wy teraz jesteście rodziną? zapytała poważnie Zosia.

Tak.

A ja też?

Ty też nasza rodzina.

I to było tak powiedziane, że Gosia poczuła łzy w oczach.

Teściowa Gosi to wszystko doceniła:

Dziękuję Ci za Zosię i za Michała Przepraszam, że zostaniesz z takim ciężarem.

Gosia głaskała szczuplutką dłoń starszej pani:

Nie o tym myślmy. Leczmy się, a nie zamartwiajmy.

Teściowa odeszła miesiąc po ich ślubie. Gosia zajęła się Zosią najlepiej, jak umiała.

Gosiu, mama już nie cierpi?

Nie, Zosiu. Już nigdy

Gosi też wtedy serce się łamało bo polubiła teściową bardzo, bardzo.

A jej własna mama? Po tym, gdy dowiedziała się, że Gosia wyszła za mąż i nawet nie zaprosiła jej na ślub, obraziła się.

Po to cię wychowywałam?! Bez wesela, bez niczego, nawet powiadomić nie raczyłaś!

Gosia próbowała się tłumaczyć, ale rozmawiały później już tylko oficjalnie, jak obce osoby. W końcu Gosia pękła:

Mamo, masz jeszcze jakieś dzieci?

Co za pytanie? Oczywiście, że nie.

To czemu chcesz stracić i mnie?

Matka pierwszy raz w życiu się przełamała. Popłakała się, zadrżała cała i wyznała, trochę zdławionym głosem:

Kocham Cię, Gośka Tyle, że nie nauczyli mnie wyrażać uczuć. Mama mówiła, żeby z dziećmi być szorstką i szczerym, bo świat nie będzie miły.

Pierwszy raz usłyszała coś takiego i poczuła ulgę, ale i żal że mogło być inaczej.

Dzięki temu Gosia wiedziała, czego się boi najbardziej. Boi się, że powtórzy błędy mamy. Że nie da dzieciom tyle czułości, ile każdemu z nich potrzeba.

I tak czasem Gosia godzinami w środku nocy siedziała pod lodówką, kot obok, i rozważała sens swego macierzyństwa i sposób, w jaki traktowali ją mama i babcia.

Dokonała wtedy wiele trudnych odkryć. Gdyby wcześniej mówiła o tym, co czuje, może dziś byłaby pewniejsza siebie i spokojniejsza

Czasami, kiedy w głowie miałą już całkiem zamęt, do kuchni wchodził Michał nie patrzył ani na nią, ani na kota, tylko sięgał po ser, pomidory i szczypiorek, kładł się obok i podawał jej kanapkę.

Jedz.

Michał, jeszcze trochę takich nocnych uczt i nie wejdę w żadną spódnicę!

Jedz, mówiłem! sam brał kęs i puszczał oczko do kota. Ty chcesz?

Kot, jak zwykle, przyjął poczęstunek i rozsiadł się Gosi na kolanach.

I tak cię kocham Michał patrzył na żonę z miłością. Nawet jeśli będziesz ważyć tonę, to naprawdę mnie to nie rusza.

Gosia przytuliła się do znajomej dziurki w ramieniu męża i pogłaskała kota.

Tak naprawdę wszystko jest w porządku. Po prostu nie chcę ważyć tony, Michał. 46 to fajny rozmiar na mój wiek.

Nigdy nie widziałem piękniejszej kobiety

Mów mi to częściej, dobrze?

A przestaniesz wtedy nocami chodzić do lodówki?

Michał!

No co? Chodź, idziemy spać!

I Gosia z radością chwyci za rękę męża, da się podnieść, obejmie go i podziękuje z całego serca, nawet jeśli bez słów, za to, że ją rozumie bardziej niż ktokolwiek. Poprzysięgnie sobie, że kiedyś mu wszystko opowie.

Gosia?

Hm?

Czekamy na kolejnego malucha?

Skąd wiesz? aż wytrzeszczyła oczy.

Kochana, ja cię nie od dziś znam! A te nocne przysiady pod lodówką już kiedyś widziałem. Ile to już?

Trzy tygodnie.

Hurra! Michał ją wyściska, a ona zakryje mu usta dłonią.

Cicho, obudzisz maluchy!

Kot pójdzie za nimi do drzwi sypialni, raz jeszcze zerknie na kuchnię i wróci na parapet, gdzie się zwinie w kłębek.

Już niedługo nocna cisza stanie się w kuchni czymś zupełnie zwyczajnym bo Gosia będzie miała jeszcze więcej na głowie, a kot, choć będzie czasem tęsknił za ich nocnymi posiedzeniami, i tak uzna, że dużo lepiej śpi się w dziecięcym pokoju, pod nowiutkim łóżeczkiem, pachnącym mlekiem i niemowlakiem, niż na zimnym parapecie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × cztery =

Noc, kobieta, kot i lodówka