Noc, kobieta, kot i lodówka

Noc, kobieta, kot i lodówka

Nie patrz na mnie tak!

Bożenka spojrzała na kota najgroźniej, jak tylko potrafiła. Podniosła nawet brew mama zawsze jej tego zabraniała. Łukowate, nieco zrośnięte nad nosem brwi Bożeny Marii były postrachem w dzieciństwie. Brwi miała po ojcu, a ona przecież chciała po mamie. U mamy były cieniutkie, wyregulowane linie, nic groźnego.

Oczywiście, Bożenka już dawno zaprowadziła na twarzy taki porządek, na jaki miała ochotę, i lat też jej już nie brakowało. Kot znakomicie o tym wszystkim wiedział. Na Bożenkę nie zrobiło więc wrażenia jej marszczenie; siedział na parapecie, zerkając na właścicielkę w osłupieniu pomieszanym z wyższością. Czasami mignęło mu zielone, trochę przerażające i tajemnicze oko, kiedy światło nocnej lampki z przedpokoju wlewało się do kuchni. Drzwi, które Bożenka lekko uchyliła (żeby czuć, że wciąż ma drogę ewakuacji z tej sennej scenerii), czasem cicho trzepotały od przeciągu. Ale nie zamykały się do końca, odgradzając Bożenkę od rzeczywistości. Denerwowało ją to trochę. Wolałaby, żeby się zamknęły na dobre wtedy miałaby pełne prawo otworzyć tę drugą drzwi drzwi lodówki.

Bożenka przesunęła się po zimnych płytkach przy ścianie, gdzie kucała już ponad godzinę, i hipnotyzowała lodówkę spojrzeniem.

Doskonale wiedziała, co się kryje na błyszczących półkach od ostatniej parówki po najmniejszą oliwkę. To ona robiła zakupy w rodzinie, a to zawsze było powodem żartów.

Bożenka, po co nam te kapary? śmiał się mąż, obracając słoiczek w rękach. Kto je będzie jadł w naszym domu?

Są dobre, no!

No to wymyśl, jak je zjeść, żeby się nie zmęczyć.

I Bożena wymyślała. Tworzyła dziwaczne potrawy, bo z przepisami nigdy jej nie po drodze. Domownicy patrzyli podejrzliwie, potem zjadali wszystko do ostatniego okruszka. Chcieli dokładki.

Cała rodzina poza Bożenką.

Ona nie potrafiła jeść tego, co sama przygotowała. Po prostu nie umiała!

Gotowanie pochłaniało ją zupełnie dawało chwile natchnienia i szczęścia, ale zaraz gdy potrawa nabierała formy, następowało coś niewyjaśnionego… Przychodziła stara babcia, taka obca, szepcząca zaklęcia i wyszczerzająca okaleczony uśmiech, po czym Bożenka zostawała głodna i nie mogła nawet spojrzeć na swoje dzieło.

Po tym jej smutki łagodziły tylko rzeczy niewymagające przygotowania. Najważniejsze było, aby miała do nich natychmiastowy dostęp: ulubiona kiełbaska, ser z oczkiem, bułeczki, cukierki, wafelki i ciastka podkradane potajemnie nawet własnemu synkowi. To przecież dziecięce ciastka zdrowa alternatywa, a sumienie ją mniej wtedy gryzło. Próbowała siebie przekonać, że w ten sposób dba o zdrowie.

A zdrowia jej brakowało.

Nie była gruba. Absolutnie nie. Wszystko, co zjadła, spalała w żarze codziennego krzątania miała trójkę dzieci, męża, kota i dom, który nie tolerował jej braku uwagi. Do tego praca, którą szanowała, a czasem nawet lubiła, zwłaszcza kiedy pozwalała jej się realizować w trosce o bliskich.

W ogóle skarżenie się na zdrowie nie leżało w jej naturze. Jeszcze w dzieciństwie nauczyła się jednej prostej prawdy, którą powtarzała jej mama:

Samo przejdzie!

Tak właśnie mówiła mama, gdy Bożenka skarżyła się na samopoczucie.

Bożenko, co Ty wymyślasz!? Przecież nie masz gorączki! Aha, zmierzyłaś… Dobrze, mądrala! Wypij herbatę z malinami i połóż się. Samo przejdzie!

Ten magiczny zwrot towarzyszył jej dzieciństwo, i wierzyła w niego głęboko że wszystko samo się zaleczy i nie trzeba wielkich starań o zdrowie.

Może dlatego, nawet mając już wiedzę medyczną, i świadomość, że to mamine porady nie do końca działają, po porodzie pierwszego dziecka zupełnie zlekceważyła sygnały organizmu. Zabrakło jej czasu! Przejdzie samo!

Po drugim synu było trudniej. Ledwo budziła się do krzyku dziecka, ale i wtedy nie narzekała mężowi. Jaka to matka, która nie umie się zająć dzieckiem?!

Krzysztof, mąż Bożeny, zrozumiał wszystko bez słów.

Bożeczko, pozwól ja się zajmę małym! wyprowadzał starszego z pokoju. Daj nam z synkiem spokój! Ty się wyśpij, odpocznij.

Bożenka zapadała się w sen na długie godziny. Ale budziła się nie wypoczęta, jakby z ciężarem winy wobec męża i dzieci.

Co ze mnie za kobieta, kiedy nie mam pożytku?

Gdyby Bożenka kiedyś pomyślała, skąd w niej tyle niepewności, wszystko nabrałoby sensu. Dziecko wychowywane pod sztandarem ty jesteś trochę nie taka, nie może być pewne siebie i szczęśliwe…

Niestety, taki napis wbiły jej do głowy mama i babcia.

Bożenko, siedź prosto! Co Ty taka zgarbiona, jak klucz wiolinowy?! Wyprostuj się, dziecko! denerwowała się babcia, Lidia Janina.

Mamo, myślisz, że nie wiem?! Ale ona mnie nie słucha! Wszystkie dzieci jak dzieci, a Bożenka ma swój świat! Spójrz na nią! Ukrywam jedzenie, bo inaczej wszystko zje! Tak można?! I kary nic nie dają! Próbowałam bez skutku!

Pięcioletnia Bożenka, ważąca nie więcej niż kociak, prostowała się, łzy kapały do zupy, nie dotykała już widelca i bała się podnieść oczy.

No, miały rację! Była inna…

Dlaczego w jej rodzinie tak czczono szczupłość, Bożenka pojęła późno. Będąc nastoletnią, pulchną i zakompleksioną dziewczyną, przypadkowo natknęła się w szafie na stare albumy. Z tych zdjęć patrzyła na nią jasnooka dziewczyna, odrobinę do niej podobna. Nawet ślady po pryszczach były. I Bożenka miała szczuplejszą talię.

Więc dlaczego mama miała do niej o wszystko żal?!

Odpowiedź była jedna:

Twoja wina! Spójrz w lustro! Kto Cię zechce? Ja dopiero siebie wzięłam w garść dzięki babci. Cała rodzina była na diecie. Nawet ojcu nie gotowałam, żeby mnie nie kusiło…

Mamo, kiedy dziadek zostawił babcię?

Co to za pytania?! I skąd Ci to przyszło?! To nie miało znaczenia! Moi rodzice nie pasowali do siebie, dlatego się rozeszli. Tak czasem bywa.

A jak można nie rozumieć człowieka po tylu latach razem?

Bożena! Ile razy mam powtarzać! Nie będę odpowiadać! Idź coś pożytecznego zrób!

Po co, była jasna sprawa. Zakładała stare adidasy i szła na szkolny stadion. Ale nie biegała, póki chłopcy grali w piłkę siadywała pod lipą, rozmyślając o życiu. Dopiero, gdy zapadał zmrok, biegała kilka leniwych kółek, wyzywając siebie za lenistwo.

Te rozmyślania nie poszły na marne. Skoro i tak nikt jej nie pokocha, trzeba zostać kimś pożytecznym. Wiedziała już: jak coś umiesz, nikt nie patrzy na wygląd. Liczy się, żeby to coś konkretna umiejętność było Twoją wyłącznością.

Mamo, zostanę lekarką.

Skąd taka fanaberia? Bożena, z Twoimi możliwościami…

Co nie tak z moimi możliwościami? Przecież uczę się dobrze.

No może masz rację. Lekarz to porządny zawód.

Oczywiście! Bożena ledwo ukrywała triumf, bo wiedziała, że mama szybko może zmienić zdanie.

I została lekarzem. I to dobrym. Prywatnego życia prawie nie miała mogła więc poświęcić się nauce.

Mama obserwowała jej starania z pewnym westchnieniem, ale sama miała własne zmartwienia. Babcia schorowana, trzeba było się nią opiekować, więc Bożenkę zostawiono w spokoju.

Na chwilę.

Sama męża nie znajdzie! Sama książki pod pachą i już! Trzeba jej pomóc.

Babcia wzięła sprawy w swoje ręce. Nagle pojawiła się swata kobiecina niska, czarnowłosa, nadpotliwa i dziwnie ruchliwa. Szybko znalazła kandydata.

Wasza córka to perła! Pracowita, ładna! Poradzi sobie!

Bożenka nie mogła uwierzyć własnym uszom. Ładna? Ona? Trochę schudła, skóra lepsza, ale wciąż problemy… Nie wypadała spośród koleżanek, ale pięknością się nie czuła.

Ale kawaler szybko się znalazł.

Na pierwszym spotkaniu zaniemówiła. Niski, trochę niezdarny, gubił ręce, unikał wzroku. Ale była z wychowania grzeczna nie okazywała dezaprobaty, wiedząc, ile trudu rodzina włożyła w jej „uszczęśliwienie”.

Na zorganizowaną przez mamę herbatkę przyszła spóźniona przez zajęcia na uczelni. Wpadła do kawiarni, rozgląda się, kandydata nie ma. Szykuje się już do wyjścia, aż kelner ją zaczepia:

Przepraszam, pani Bożena? Zostawiono dla pani liścik.

Chłopak, który czekał, nerwowo rozbił szklankę, zostawił wiadomość i sobie poszedł.

Liścik był krótki: „Nie szukaj mnie.”

Bożenka parsknęła:

No i nie mam zamiaru.

Zeszło jej z serca. Teraz miał argument przeciw narzucaniu jej kandydata została „rzucona”, jeszcze zanim zaczęła spotkanie.

Kelner wyraźnie przeczytał liścik i popatrzył na nią uważnie.

A co pani robi dziś wieczorem?

Bożenka nie wiedziała czemu, ale zapytała:

A jak pan ma na imię?

Krzysztof.

Pan mnie lituje?

Skąd! Krzysztof spojrzał poważnie.

Jeśli nie W takim razie spotkajmy się dziś wieczorem przy wejściu do parku, koło Medycznego Uniwersytetu.

Znam, dziękuję! uśmiechnął się szczerze.

Pierwszą randkę Bożenka zapamiętała do końca życia każdy szczegół, każde zdanie. Było z nim lekko, jakby znali się od dziecka. Okazało się, że oboje kochają jazz i nie znoszą twarogu. Marzyli o tym samym o kocie i żadnym psie, bo i tak nie mieliby czasu. Dom, kariera, coś dla ludzi, nie dla pieniędzy. Połączył ich los, nareszcie połączył dwie zagubione połówki.

Randkowali ponad rok.

Mama łapała się za głowę:

Nie jest dla Ciebie!

Dlaczego, mamo?

Bo

Bo kelner?

Tak!

Przecież on studiuje, dorabia w kawiarni. Co złego w pracy? Praca to praca.

Ma chorą matkę i pięcioletnią siostrę na karku. Po co Ci taki ciężar?

Mamo, czy to nie dowód, że jest dobrym człowiekiem? Dba o własnych, będzie i o mnie dbał, jeśli coś się stanie.

Bożenko! Co to za gadki! Myśl o sobie!

Myślę, uwierz mi.

Ślubu musieli jednak odłożyć.

Bożeno, nie wiem co zrobię, jak mamy zabraknie…

Jak to co? Wychowasz Irkę!

Dasz radę?

A masz wyjście?

Pomagała Krzysztofowi przy mamie, ale wszystko na nic. Gdy zostało mało czasu, poszli do urzędu stanu cywilnego, zgłosili ślub po cichu, wzięli tylko Irkę za świadka.

To teraz jesteście rodziną? spytała poważnie dziewczynka.

Tak.

A ja?

Też nasza rodzina.

To dobrze powiedziała z powagą, większą, niż sądzili.

Teściowa Bożenki doceniła ten gest.

Dziękuję Ci, dziecko, i za Irkę, i za Krzysztofa… Przepraszam, że kładę na Ciebie taki ciężar. Tak chciałam tu zostać jeszcze lata…

Myśli pani nie o tym! Będziemy zdrowieć? Czy narzekać?

Dzięki, Bożenko. Nawet jak wszystko wiesz, potrafisz pocieszyć Zdrowiejemy!

Mama Krzysztofa odeszła miesiąc po ślubie. Bożenka zorganizowała pogrzeb i uspokoiła małą Irkę.

Mamie już nie boli?

Nie, Irenko, już nie…

I nie trzeba jej robić zastrzyków?

Już nie trzeba…

Bożenka sama chętnie by się popłakała, bo teściowa była dla niej tak ważna.

Mama Bożenki, usłyszawszy o ślubie po fakcie, obraziła się:

Po to Cię wychowałam?! Żebyś mnie wykluczyła?! Nawet bez wesela!

Mamo, przecież nie było innej możliwości!

Nic nie chcę wiedzieć! Moja jedyna córka i niczego nie powiedziała! Więcej nie rozmawiam.

Próbowała się tłumaczyć, ale nic nie pomagało. Pozostała więc cisza. Odwiedzała mamę, pomagała jej przy zdrowiu, ale rozmowy były oficjalne, zimne. Marzenie o matczynej serdeczności było coraz dalej.

Wreszcie, Bożenka nie wytrzymała.

Mamo, masz inne dzieci?

Głupstwa! Nie mam.

Więc nie rozumiem, czemu chcesz mnie jeszcze stracić? Nigdy nie pytałam, ale… Dlaczego tak mnie nie kochasz?

Reakcja matki ją zaskoczyła. Surowa, zawsze tak poważna, nagle wybuchła łzami.

Mamusiu, proszę, nie płacz Bożena rzuciła się do apteczki. Gdzie masz melisę?

Po raz pierwszy mama pokazała, że jej uczucia są prawdziwe.

Kocham Cię, Bożenko, oczywiście. Ale mnie nie nauczono wyrażać uczuć. Babcia mówiła, że dziecka nie wolno rozpuszczać. Że trzeba mówić wprost, bez ozdobników. Inaczej nie poradzi sobie z okrucieństwem świata. Nie mogłam być kwoką Ale Ty wyrosłaś na dobrego człowieka nawet bez mojej pomocy. A mnie teraz boli, że odeszłaś tak daleko. Czasem boję się, że Cię zawołam, a Ty nie usłyszysz…

Bożenka uspokajała mamę, ale słowa wrastały w jej myśli. Bała się popełnić ten sam błąd z własnymi dziećmi. Chociaż Irenka i synowie garnęli się do niej, zwierzali nawet bardziej niż Krzysztof, i tak wiecznie miała obawę czy na pewno daje im wszystko

Krzysztof próbował z nią o tym rozmawiać, ale Bożenka wierzyła, że to tylko jej sprawa.

Tak więc, Bożenka często w nocy kucała przy lodówce i rozmawiała z własnym cieniem oraz kotem. To było lepsze do myślenia. Towarzystwo w postaci kota i wielkiej białej lodówki, pełnej rozmaitych smakołyków, z których kiedyś musiała rezygnować tu ją uspokajało.

Analizowała swoje życie, relacje z matką, z babcią, i dochodziła do wniosków niezbyt wesołych.

Gdyby nie milczała przez tyle lat, może wszystko byłoby inaczej. Może nie byłaby grzeczna dziewczynka tak bardzo, może miałaby więcej pewności siebie

Jedno ją cieszyło, drugie zasmucało.

Drzwi od kuchni uchyliły się: Krzysztof wchodzi, udaje, że nie widzi kota i żony, otwiera lodówkę, wyciąga ser, pomidora i natkę. Siada obok, obejmuje Bożenkę i podaje kanapkę.

Gryź!

Krzyś, ja zaraz nie wejdę w żadną spódnicę, jeśli będę jadła w nocy.

Gryź! Krzysztof daje przykład i puszcza oko do kota. Chcesz?

Kot nie protestuje, zeskakuje z parapetu, odbiera kawałek sera i kładzie się Bożence na kolanach.

A i tak Cię kocham mówi Krzysztof z uśmiechem, patrząc jak Bożenka chrupie kanapkę. Nawet jakbyś ważyła tonę. Wiesz o tym. Bożenko, mogę zapytać? Co się dzieje?

Bożenka przełknęła kęs, wtuliła się w znajomą szyję, pogłaskała kota.

Wszystko jest dobrze wreszcie powiedziała. Ale bez tony, Krzysiunie. Czterdzieści sześć kilogramów na mój wiek to nie jest źle.

Jeszcze jak! Piękniejszej kobiety nie znam

Mów mi to częściej!

A przestaniesz wtedy chodzić nocą do lodówki?

Krzysztof!

No a co? Chodź już spać, kobieto!

Bożenka z radością pozwala, by mąż pomógł jej wstać. Przytula się do niego, wdzięczna za zrozumienie, choć nie wyjaśniła jeszcze wszystkiego. Obiecuje sobie to zrobić opowiedzieć o tym, co tak ją trapiło.

Bożenka?

No?

My czekamy na kolejnego malucha?

Skąd wiedziałeś? patrzy zdziwiona.

Dziewczyno, znam Cię nie od dziś! I te Twoje noce już znam. Jaki masz termin?

Trzy tygodnie.

Hurra! obejmuje ją, Bożenka przygładza mu usta dłonią.

Cicho, bo dzieci się obudzą!

Kot odprowadzi swych ludzi do drzwi sypialni, potem wróci do kuchni i znów zwinie się w kłębek na parapecie, nasłuchując ciszy.

Z czasem cisza coraz częściej będzie gościem kuchni w nocy. Bo pojawią się nowe troski i obowiązki, a kot będzie spał w dziecięcym pokoju, przy nowiutkim łóżeczku pachnącym mlekiem i snem. I choć czasem zatęskni za nocnymi rozmowami z Bożenką przy lodówce, uzna, że lepiej spać pod kołderką nowego domownika niż na twardym parapecie…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć + 5 =

Noc, kobieta, kot i lodówka