No i jesteś beznadziejna!

Dość już, Maksymie. Nie mogę tak dalej żyć i tak, składam pozew o rozwód.

Słowa wypadły z ust Elżbiety jakby to był zwykły poranek. Same zaskoczyła się lekkością, z jaką je wypowiedziała. Lata goryczy, bezsennych nocy, kiedy czekała na niego aż do świtu, szukając wymówek wszystko to skondensowało się w dwa krótkie zdania.

Maksym odwrócił głowę. Na twarzy pojawiło się coś, co przypominało zdziwienie.

Naprawdę? Za co dokładnie?

Za wszystko. Elżbieta uśmiechnęła się. Za zapach cudzych perfum na jego koszulach. Za wiadomości, które przypadkiem przejrzała. Za to, jak patrzy na nią, jakby była meblem, którego już dawno trzeba wyrzucić, ale ręce nie dochodzą. Za koleżankę z pracy. Za sąsiadkę z piętra wyżej. Za kelnerkę w kawiarni, do której chodzili na rocznicę.

Za wszystko wzruszyła ramionami. Mam dość.

Procedura rozwodowa rozciągnęła się na kilka miesięcy i była tak wyczerpująca, że Elżbieta czasem zapominała jeść. Sąd, dokumenty, niekończące się posiedzenia wszystko zamieniło się w lepki koszmar, z którego nie dało się wyrwać. Przychodziła na rozprawy w starej sukni, którą nosiła jeszcze przed ciążą. Materiał napinał się na biodrach, suwak w plecach nie zamykał się do końca, więc przykrywała to kardiganem jedynym przyzwoitym, bez kłaczków i wyciągniętych rękawów.

Maksym siedział naprzeciw w nowym garniturze. Marynarka leżała idealnie, krawat ostatni krzyk mody, z ekstrawaganckim wzorem. Elżbieta patrzyła na ten krawat i próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz kupiła sobie coś nowego. Przedwczoraj ledwo znalazła pieniądze na zimowe buty dla Artura prawie nowe, kosztowały pięćdziesiąt złotych, sprzedawca mieszkał na sąsiedniej dzielnicy. Jadąc po nie w przepełnionym autobusie, myślała, że syn potrzebuje jeszcze spodni, które rozciągną się na lato, kurtki i czapki.

Wtedy prawnik położył na stole wydruki.

Zgodnie z wyciągiem z banku głos adwokata był spokojny i rzeczowy w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy pozwany wydał w restauracjach i lokalach rozrywkowych sumę równą rocznemu budżetowi rodziny.

Elżbieta patrzyła na liczby i nie potrafiła złożyć ich w logiczny obraz. Restauracje. Lokale rozrywkowe. Oddzielną pozycją kwiaciarnia, a ona wiedziała, że on nie kupował jej bukietów. Jubiler kolczyki, wisiorek, pierścionek. Biżuteria z całą pewnością nie dla niej.

W tym czasie liczyła, czy stać ją na jednego banana dla Artura. Nie kiść bananów to już luksus. Kroiła jabłka w cienkie plasterki, by rozciągnąć je na kilka dni. Gotowała kaszę na wodzie, bo mleko drogo stało, i piła pustą herbatę, przekonując siebie, że tak jest lepiej dla sylwetki.

Maksym odkaszlnął, poprawił swój krawat.

To moje prywatne pieniądze. Zarobiłem je sam.

Po posiedzeniu Maksym dogonił ją na parkingu, chwycił za łokieć i odwrócił w swoją stronę.

Myślisz, że coś wywalczysz? jego głos płynął jak trucizna. Wezmę Artura. Słyszałaś? Wezmę.

Elżbieta patrzyła na niego milcząco. Na człowieka, z którym przeżyła pięć lat, którego dała syna, dla którego poszła w urlop macierzyński, straciła pracę, kwalifikacje, samą siebie.

Jesteś beznadziejna kontynuował triumfalnie. Nic nie umiesz. Co mu możesz dać? Biedę? Wychowam z niego faceta, a nie rozpadlaka. I alimenty będziesz mi płacić, nie odwrotnie!

Beznadziejna. To słowo już wcześniej go wypowiadał.

Jesteś beznadziejna, nie rozumiesz prostych spraw.
Jesteś beznadziejna, znowu zapomniałaś.
Jesteś beznadziejna, co mam wziąć?

I Elżbieta przyjmowała to, bo kochała, bo rodzina, bo tak trzeba.

Były mąż nie odpuszczał. Domagał się, by Elżbieta oddała mu syna, żeby nie zepsuł mu wpływem, żeby nie wydawała alimentów na nieznane cele.

Podczas kolejnego telefonu Elżbieta nie wytrzymała.

Dobrze powiedziała. Zabierz go.

Po drugiej stronie rozległa cisza.

Co?
Powiedziałam dobrze. Przywiozę Artura jutro.

I przywiozła.

Artur stał w korytarzu mieszkania Maksymiego mały, z plecakiem w kształcie dinozaura i torbą, w której Elżbieta wrzuciła jego ulubioną piżamę, książkę o kosmosie i pluszowego zajączka z odciętym uchem. Maksym patrzył na syna, jakby wyłonił się z powietrza.

No proszę Elżbieta położyła torbę na podłodze. Wychowuj.
Mamo? drżał głos Artura.

Elżbieta usiadła przed nim, objęła go mocno, wciągając nos w jego czubek, wciągając zapach dziecięcego szamponu i słońca.

Będziesz trochę z tatą, dobra? To przygoda. A ja będę tęsknić i dzwonić codziennie.

Wyszła, nie odwracając się. Zeszła po schodach, opierając dłonie o ścianę i przyciskała twarz do zimnego betonu. Boże, co ona robi? Ale była już tak zmęczona telefonami Maksymiego, jego głosem i drobnymi pretensjami.

Leno, to ja… zadzwonił Maksym po godzinie. Kiedy Artur pójdzie do przedszkola? Jutro czy później?

Do przedszkola? Elżbieta zmarszczyła brwi. Maksym, on codziennie od ósmej rano chodzi do przedszkola. Nie wiedziałeś?

Skąd ja… Dobra, zajmę się tym.

Nie udało mu się. Odwieźć syna do pani Walentyny Piotrowskiej tego samego wieczoru na kilka godzin, aż ogarnę sprawy i zniknął.

Czwartego dnia zadzwoniła była teściowa, a na wyświetlaczu pojawił się jej numer. Przed rozmową uśmiechnęła się ponuro.

Straciłaś sumienie? głos Walentyny Piotrowskiej brzmiał rozdrażniony. Oddałaś dziecko i poszłaś na imprezę? A ja mam się nim opiekować, co? Mam już sześćdziesiąt lat, przy okazji! Mam nadciśnienie!

Nie oddałam go tobie odpowiedziała Elżbieta spokojnie, prawie łagodnie. Przywiozłam go do taty. Ten, którego pamiętasz, chciał wyhodować z niego prawdziwego mężczyznę. Obiecywał, groził sądem.

On pracuje! Nie ma czasu!

A ja? Mam też pracę. Każdy dzień. I radzę sobie sama.

Ale on…

Walentyno Piotrowsko przerwała Elżbieta, oddałam dziecko Maksymowi na jego własną prośbę. Niech je wychowuje, jak obiecał. Nie mogę wam już pomóc.

Po chwili znowu cisza, a potem krótkie sygnały.

Walentyna Piotrowska oddzwoniła po dwóch dniach. Jej głos był inny: zmęczony, przygasły.

Przyjedź, zabierz Artura. Nie mogę już dłużej.

Elżbieta przyjechała wieczorem. Artur rzucił się na nią od progu, chwycił się za nogi i przytulił się do jej brzucha.

Mamusiu, mamusiu

Powtarzał to jak zaklęcie, a Elżbieta gładziła go po głowie.

Dość przygód, mały. Jedziemy do domu.

Walentyna stała w drzwiach, ręce złożone na piersi. W jej spojrzeniu migotała frustracja, nie żal, po prostu irytacja, że plan się nie powiódł. A zięć nie okazał się tak beznadziejny, jak wszyscy myśleli.

Maksym zniknął. Nie dzwonił, nie pisał, nie stawiał się na progu z kolejnych żądań. Po prostu wyparował. Jego rodzice też nie odwiedzali wnuka. Przyjechali raz po kilku latach. Do tego czasu Arturowi było siedem, uczęszczał do drugiej klasy, pływał i uwielbiał składać klocki LEGO.

Chłopiec otworzył drzwi i spojrzał na nieznajomych.

Kogo szukacie? zapytał.

Arturku! wykrzyknęła Walentyna, machając rękami. To my, babcia i dziadek!

Artur zmarszczył brwi, odwrócił się:

Mamo, są tu jacyś ludzie.

Rozmowa była krótka i nieprzyjemna. Walentyna narzekała, że wnuk nie rozpoznał jej, nie przywitał się, nie rzucił się w objęcia. Dziadek Nikolai kiwając głową, mówił coś o nowoczesnym wychowaniu. Odeszli, zostawiając po sobie komentarz, że chłopiec jest okropny i nieuprzejmy, a jego matka równie beznadziejna. Elżbieta zamknęła za nimi drzwi i roześmiała się. Na co oni liczyli?

Czas leciał szybko. Arturowi było jedenaście. Dorósł, przypominał już dziadka Elżbiety odziedziczył jej uparty podbródek i cięty, żartobliwy wzrok. Nie pytał o ojca. Może kiedyś zapyta, a Elżbieta odpowie szczerze, bez ozdobników, ale i bez goryczy. Na razie radzą sobie we dwójkę.

Przeszłość przypomniała się nieoczekiwanie, kiedy na kuchnię zapukała przyjaciółka Kasia, ocierając łzy po policzkach.

Grozi mi odebrać Sierka szlochała Kasia. Mówi, że wynajmie adwokata, zbiera jakieś papiery Nie wiem, co robić!

Elżbieta nalała jej herbaty, podsunęła cukiernik.

Kasiu uśmiechnęła się lekko chcesz radę?
Chcę. Cokolwiek. Daję sobie radę, ale wariuję.
Oddaj mu dziecko samodzielnie.

Kasia zamrugała z kubkiem w ręku.

Co?
Zbierz rzeczy, przyjedź z Sierkiem do taty. Powiedz: Wychowuj go. I wyjedź. Trzy dni pokazała trzy palce może krócej. A twój problem rozwiąże się raz na zawsze.
Naprawdę?
Absolutnie. Sprawdziłam na własnej skórze.

Kasia patrzyła na nią z niedowierzaniem, ale w oczach pojawiła się iskierka nadziei.

A potem?
Potem? Elżbieta wypiła herbatę i usiadła wygodnie. Potem żyjesz normalnie. Bez tych, których potrzebujesz tylko jako rodzina w mediach społecznościowych.

Pomyślała o Maksymie i jego rodzicach. To już przeszłość. Ale lekcję Elżbieta wyciągnęła na piątkę.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewięć − cztery =

No i jesteś beznadziejna!