Dziś wieczorem długo nie mogłam zasnąć, bo coś mnie gryzło w środku. Może to ta potrzeba zrobienia czegoś dobrego dla innych? Jakoś zebrałam się na odwagę: przeszukałam wszystkie szafy, pawlacze i komody, wybierając rzeczy, z którymi wypadałoby się wreszcie pożegnać. Znalazły się tam śliczne bluzki, spódnice, sukienki, kapelusze wszystko, co tylko gromadziło się przez lata i tylko zajmowało miejsce. Stwierdziłam, że zaniosę te rzeczy do kościoła przy placu Wolności może jakaś rodzina uchodźców z Ukrainy albo bezdomni będą mogli z tego skorzystać.
Skrzętnie spakowałam wszystko do dużej, płóciennej torby i odstawiłam ją do kąta, mówiąc sobie: Jutro wyniosę. Padłam do łóżka.
Noc przyniosła dziwny, jakby natchniony sen.
Poczułam, jakby moja dusza unosiła się gdzieś nad mną patrzyłam z góry na własny pokój, rozświetlony jasnym światłem. Stałam tam z torbą, gotową by pomóc. Nagle zjawia się mała dziewczynka, o imieniu Dorota (tak nigdy nie miały na imię żadne dzieci w mojej rodzinie, to typowe polskie imię). Podchodzi do mnie, z zaciekawieniem zerka na torbę:
Co tam pani niesie?
Spakowałam kilka niepotrzebnych rzeczy szczerze się uśmiechnęłam. Chcę podzielić się tym, co mam, z tymi, którym brakuje nawet tego.
Ale ta torba nie jest zbyt czysta Może ją wyprać, zanim pani ją odda? Ucieszyłoby to tych, którzy będą ją mieć.
Uśmiechnęłam się i przytaknęłam zaskoczona:
Masz rację, dobrze Dorotko.
Proszę nie zapominać powiedziała jeszcze raz z uśmiechem i zniknęła.
Obudziłam się z bijącym sercem. Czy to był anioł czy tylko gra wyobraźni? Nie wiem. Ale, nie zastanawiając się długo, wyjęłam rzeczy z torby i od razu je wyprałam. Nawet siłą śmiechu pomyślałam, że przecież jestem już starą kobietą i bardziej przejmuję się snem niż twardą logiką. Ale coś w środku szeptało mi: rób tak, bo to właściwe.
Następnego dnia usłyszałam niesamowitą historię z mojego bloku.
Na drugim piętrze mieszkała rodzina, której właśnie urodził się synek drugi z kolei. Zrobili chrzciny, zaprosili krewnych. Tłum zszedł się do mieszkania, wszyscy z uśmiechami, życzeniami, prezentami. Polacy są przesądni: rodzice chłopca zaklinali, żeby nikt synka nie chwalił, bo zapeszą. Więc goście, zgodnie z przesądem, mruczeli: Co za brzydal, niech Pan Bóg chroni, taki brzydki, nie patrzeć i z lekkim dystansem przechodzili do drugiego pokoju.
Starszy brat, Wojtek, słyszał to wszystko z kąta. Przyswoił ten fałszywy przekaz. Po cichu wszedł do pokoju, zobaczył niemowlaka i W jego małej głowie pojawiła się przesadnie okrutna myśl: Skoro taki zły, to po co w ogóle jest? Nim ktokolwiek się zorientował, Wojtek chwycił brata, pobiegł na balkon, spojrzał przez barierkę i rzucił go, jak kiedyś swoje misie…
Mnie aż odebrało dech, kiedy to później usłyszałam. Gdyby nie cud, ta historia skończyłaby się tragedią.
Ale właśnie wtedy jakby Bóg czuwał wydarzyło się coś nieprawdopodobnego. W tym czasie, kiedy mały spadał z balkonu, moja wyprana torba ta, która powiewała na sznurku za oknem dokładnie piętro niżej zamortyzowała upadek!
Rodzice zauważyli ciszę, nagle zorientowali się, że niemowlaka nie ma. Wpadli w panikę, wybiegli, tata pobiegł na podwórko i znalazł synka całego i zdrowego, zdezorientowanego, leżącego w mojej pachnącej torbie. Matka płakała, ojciec tulił małego, dziękowali mi na wszystkie sposoby. Ale nikt, oprócz mnie, nie wspomniał o Bogu. Nawet nie zamierzałam się upominać. Sama tylko szeptem podziękowałam Najwyższemu, bo wiem, że taki cud nie dzieje się sam z siebie.
Myślę o tym wiele razy. Może się dla innych wydaje, że to tylko przypadek, fart, szczęściarz z tego chłopca Ale ja nie wierzę w coś takiego jak przypadek. Modlę się za wszystko, co się wydarzyło. Może to starych ludzi nazywają przesądnymi, ale dla mnie to był prawdziwy cud. Dziękuję za niego Panu Bogu. Bo który cud dzieje się bez Jego udziału?


