No cóż, jest brzydki i niepotrzebny. Więc wyrzuciłem go. Matce aż serce zamarło. Ojciec wybiegł na dwór, żeby szukać dziecka.

Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć normalnie nie uwierzysz! Była sobie starsza pani, taka typowa babcia nazwijmy ją panią Zofią Nowak. Jakoś tak naszło ją, żeby zrobić coś dobrego. Zebrała wszystkie rzeczy, które plątały się po kątach jej mieszkania w Warszawie piękne bluzeczki, spódnice, sukienki, eleganckie kapelusze, wszystko, co od lat tylko zbierało kurz. Myśli sobie: Zaniosę to wszystko do kościoła, może ktoś bezdomny albo jakaś rodzina z Ukrainy będzie potrzebować. Spakowała te ubrania do starej torby na zakupy, postawiła ją koło komody w przedpokoju i poszła spać, bo jutro miała zawieźć to wszystko na parafię.
I wyobraź sobie, tej nocy miała niesamowity sen. Czuje, jakby dusza uniosła się nad ciałem. Nadal była w swoim mieszkaniu, wszystko jasne jak w letni dzień, tylko cudowne uczucie radości. Patrzy z góry, widzi siebie z tą torbą, a przed nią nagle stoi… mała dziewczynka o imieniu Jagódka taka, wiesz, typowo polska dziewczynka, urocza jak z obrazu Chełmońskiego.
Co ma pani w tej torbie? pyta dziewczynka z uśmiechem.
A pani Zofia, też się uśmiecha i mówi:
Pozbierałam rzeczy, których już nie noszę. Zajmują tylko miejsce, a komuś mogą się przydać. Jutro zaniosę je do kościoła.
Jest pani bardzo dobra. Ale ta torba taka jakaś nieciekawa i ubrudzona. Proszę, wypierz ją przed oddaniem, dobrze?
No oczywiście, dobrze dziecko.
Pamięta pani! dziewczynka się śmieje i w sekundę znika.
Zosia się przebudza, a w głowie ciągle ten sen. Co to był za maluch? Może anioł? myśli. I tak ją to ruszyło, że od razu wyciąga wszystkie rzeczy z torby, idzie do łazienki i robi pranie. Nie zaszkodzi odświeżyć! tłumaczy sobie.
Wiem, może brzmi śmiesznie no i wiesz, pewnie ktoś by powiedział: E, babcia, zabobony!, ale ja Ci powiem, że sama się nad tym zastanawiałam, zanim wydarzyło się to, co zaraz Ci opowiem.
Otóż, trochę później, w tym samym bloku na Mokotowie urodził się synek państwa Kowalczyków drugie dziecko w rodzinie. Z tej okazji urządzili solidne przyjęcie wiadomo, Polacy lubią jak jest gwar i goście. Wszyscy gratulowali, zachwycali się maluszkiem, przynosili prezenty, ale… Rodzice byli mocno przesądni. Powtarzali ciągle: Nie chwalcie małego, nie mówcie, że ładny, bo będzie miał pecha! Goście więc zaczęli mówić w odwrotną stronę: Oj, jaki on nieładny, żeby nie zapeszyć, lepiej go nie chwalmy, taki zwyczaj.
Wszyscy jeden przez drugiego wzdychali, że Ojej, jaki on brzydki, machali ręką i szli do drugiego pokoju na kawę.
Starszy brat, Staś, słyszał to wszystko. Patrzył, jak ludzie dziwnie patrzą na nowo narodzonego braciszka i pomyślał sobie: Skoro taki zły i nikt go nie chce, to po co on w ogóle jest?
Gdy nikt nie widział, Staś złapał maleńkiego braciszka i wybiegł z nim na balkon. Rozejrzał się, jakby miał wyrzucić starą zabawkę za okno i rachu-ciachu dziecko fruuu!
Aż mi tchu zabrakło, jak się o tym dowiedziałam. Chłopak rzucił brata z balkonu, jakby to była szmaciana lalka. Przerażenie! Gdyby nie opieka z Góry, wszystko skończyłoby się tragedią.
Tymczasem, akurat pani Zofia, ta od snu, mieszkała jedno piętro niżej. Przed chwilą powiesiła wypraną torbę na suszarce za oknem, żeby ładnie wyschła.
I pomyśl tylko w tej samej chwili dosłownie prosto z nieba (a właściwie z góry) spadło maleństwo i wpadło wprost do tej torby!
Po chwili rodzice orientują się, że jest zbyt cicho. Wbiegają do pokoju Stasia na balkonie, a małego ani śladu. Pytają nerwowo Stasia, co się stało, a on jakby nigdy nic: Był brzydki, to po co go trzymać?
Serce matki prawie stanęło. Ojciec biegiem na dół i co widzi? Ich synek cały i zdrowy, wylądował miękko w tej torbie od pani Zofii.
Rodzice Kowalczykowie płakali z radości: Co za szczęście! Całowali synka, dziękowali sąsiadce, ściskali ją ale o Bogu nikt nie wspomniał. Tylko pani Zofia cichutko dziękowała w sercu. Wiedziała, że takie cuda nie zdarzają się bez powodu. Gdyby nie obudziła jej dziewczynka ze snu, kto wie, czy torba wisiałaby akurat w tym miejscu?
Czasem zastanawiam się: czemu ludzie zawsze mówią, że mieli szczęście a nie, że to była pomoc z nieba? Może każdy ma swoją własną odpowiedź. Ja wiem swoje. Przypadki? Ja w nie nie wierzę. Dlatego zawsze dziękuję Bogu za takie szczęśliwe zbiegi okoliczności. Bez Jego opieki nic wielkiego by się nie wydarzyło.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

10 + pięć =

No cóż, jest brzydki i niepotrzebny. Więc wyrzuciłem go. Matce aż serce zamarło. Ojciec wybiegł na dwór, żeby szukać dziecka.