W OBCYM NIE RĘKA NIE TKAŁAM
Pamiętam, jak wiele lat temu, jeszcze w podstawówce, Zuzanna gardziła Amelią, choć jednocześnie jej zazdrościła. Gardziła, bo rodzice Amelii byli znani w miasteczku z nadużywania alkoholu. Nie mieli stałej pracy, żyli od pierwszego do pierwszego, ledwo wiążąc koniec z końcem. Amelia była zawsze cicha, niedożywiona, ubrana w znoszone sukienki, a w jej oczach często gościł cień smutku. Ojciec nie raz podnosił na nią rękę. Czasem pił za mało, czasem za dużo, a powodem do złości potrafił być byle drobiazg. Matka nie broniła córki sama drżała przed mężem. Jedynym promykiem w świecie Amelii była babcia. Co miesiąc z niewielkiej emerytury wręczała ukochanej wnuczce wypłatę za dobre zachowanie. Nawet jeśli Amelia coś przeskrobała, babcia udawała, że nie widzi, i i tak wręczała jej te pięć złotych. Dla Amelii był to najpiękniejszy dzień miesiąca biegła wtedy do pobliskiego sklepu, by kupić lody (po jednej porcji dla siebie i babci), do tego kawałek chałwy i kilka cukierków.
Za każdym razem chciała rozłożyć przyjemność na cały miesiąc, ale po dwóch dniach łakocie znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wtedy babcia wyjmowała swoją porcję lodów z zamrażarki i mówiła:
Zjedz, kochanie, mnie dziś coś gardło boli.
Dziwne myślała Amelia babci gardło zawsze boli tego dnia, gdy kończą się słodycze
I chociaż się tego nie przyznawała, zawsze czekała w ukryciu na babciną porcję lodów.
Rodzina Zuzanny była zupełnym przeciwieństwem. W ich domu nigdy niczego nie brakowało rodzice dobrze zarabiali, dbali o jedyną córkę, spełniali każdą jej zachciankę. Zuzanna nosiła się modnie, dziewczyny z klasy pożyczały od niej ubrania na szkolne zabawy. Nigdy nie była głodna czy źle ubrana. Mogła sobie pozwolić na wszystko, czego zapragnęła.
Tym bardziej zazdrościła Amelii niezwykłej urody, ciepła bijącego z jej duszy i tej naturalnej łatwości nawiązywania relacji z ludźmi. Zuzanna uważała jednak za ujmę zwracać się do Amelii przy spotkaniu obrzucała ją wzrokiem lodowatym jak zimowa Wisła. Raz nawet przy wszystkich powiedziała do Amelii:
Jesteś nędzna!
Amelia, zalana łzami, wróciła do domu i wyżaliła się babci. Ta posadziła ją przy sobie, pogłaskała po głowie i powiedziała:
Nie płacz, Amelko. Jutro powiedz jej: Masz rację jestem u Boga.
Od razu poczuła się lepiej.
Zuzanna też była ładna, jej uroda jednak miała w sobie coś chłodnego i nieprzystępnego.
W ich klasie był jeszcze Bartosz ulubieniec wszystkich dziewcząt. Wieczny dwójkowicz, dusza towarzystwa, wiecznie uśmiechnięty, cięty na żarty. Nauczyciele nieraz obkładali jego dziennik czerwonymi ocenami, wyrzucali za drzwi z powodu psot, ale i tak do końca darzyli go sympatią za pogodę ducha i nieszkodliwe wybryki.
W liceum Bartosz zaczął odprowadzać Zuzannę ze szkoły do domu, a rano czekał na nią przed wejściem, by razem wejść do klasy. Koledzy żartowali:
O, narzeczeni!
Nawet nauczyciele zauważyli, że pomiędzy Bartoszem a Zuzanną rodzi się uczucie.
Potem zabrzmiał ostatni dzwonek, przyszedł czas studniówki i rozstania z murami szkoły. Dziewczęta i chłopcy rozbiegli się w różne strony świata.
Zuzanna i Bartosz wzięli ślub dość pośpiesznie, bo nie sposób było ukryć, że młoda panna już oczekuje dziecka. Nawet nikomu nie udało się ukryć tego pod warstwami koronkowej sukni. Po pięciu miesiącach urodziła się im żądna życia córka, Zofia.
Amelia, po maturze, musiała iść do pracy babcia odeszła na tamten świat, a rodzice oczekiwali od niej wsparcia finansowego. Choć kandydatów do jej ręki nie brakowało, nie spotkała nikogo, przy kim serce by mocniej zabiło. Nie spieszyła się z zamążpójściem, a alkoholowych rodziców wstydziła się bardzo.
Lata mijały, życie płynęło swoim nurtem. Minęła dekada.
Przed gabinetem odwykowym czekały dwie pary Amelia z mamą oraz Bartosz z Zuzanną. Amelia od razu poznała Bartosza wydoroślał, stał się mężczyzną, z którego mogła być dumna żona. Ale na widok Zuzanny chciało się płakać. Była wychudzona, z poszarzałą twarzą, drżącymi rękami i pustym wzrokiem. Miała wtedy zaledwie dwadzieścia osiem lat, a wyglądała na kobietę po sześćdziesiątce.
Bartosz spojrzał na Amelię z zakłopotaniem:
Cześć, koleżanko ze szkolnej ławy czuć było, że nie chciałby tu nikogo spotkać, a już najmniej Amelii.
Cześć, Bartosz. Widzę, że masz ciężko. Jak długo to trwa? zorientowała się od razu Amelia.
Długo szybko odpowiedział Bartosz, speszony.
Kobieta, która pije, to tragedia dla rodziny. Znam to aż za dobrze z domu Ojciec wypił życie, mama do dziś walczy westchnęła Amelia, współczując i jemu, i sobie.
Po wizycie u lekarza wymienili się numerami telefonów tak, na wszelki wypadek, bo trudno samemu nieść własny krzyż. Bartosz zaczął więc zaglądać do Amelii po porady. U ciebie tego więcej, może nauczysz mnie chociaż walczyć
Amelia, mając własne, choć przykre doświadczenie, chętnie dzieliła się wskazówkami jak rozmawiać z osobą pijącą, jak zachowywać rozsądek i jakie leki i terapie działają A wiedziała dobrze, że więcej mężczyzn tonie w kieliszku niż w Wiśle
Wyszedł na jaw jeszcze jeden szczegół: Bartosz od dawna sam wychowuje Zofię; Zuzanna mieszkała z rodzicami. Dla dobra Zosi odciął ją od kontaktu z matką, która była coraz bardziej nieprzewidywalna. Ostatnią kroplą było, gdy Bartosz wrócił z pracy i zobaczył: Zuzanna nieprzytomna leży na podłodze, a trzyletnia Zosia stoi boso na parapecie okna na piątym piętrze Długo żył tą codzienną gehenną. W cudzej duszy nie da się zanurzyć jak w łyżce wody wszystkiego nie przewidzisz Najgorsze, że Zuzanna nie zamierzała się leczyć; twierdziła, że panuje nad wszystkim i w każdej chwili może przestać. Jej ścieżka prowadziła tylko w jedną stronę ku przepaści. Małżeństwo się rozpadło.
Mijały kolejne dni. Pewnego dnia Bartosz zaprosił Amelię do restauracji. Tam, w ciepłym świetle, wyznał, że jeszcze w szkolnych czasach był w niej zakochany, ale bał się odrzucenia potem przyszła nieoczekiwana ciąża Zuzanny, obowiązki, życie popędziło naprzód Spotkanie w poczekalni kliniki uważał za zrządzenie losu. Po rozmowie z Amelią poczuł się, jakby mógł jeszcze raz uwierzyć w miłość.
Zaproponował Amelii wspólne życie. Ona, prawdę mówiąc, też od dawna darzyła go uczuciem. Ale kiedyś nie wyobrażała sobie odebrać Zuzannie miejsca. Teraz jednak wszystko się zmieniło Bartosz był wolny, gotów na nową miłość, a ona nie musiała już się wahać. Oddali sobie serca.
Pobrali się cicho i skromnie. Amelia wprowadziła się do Bartosza. Zosia na początku patrzyła na nową ciocię z niepewnością wiedziała, że tata będzie musiał teraz dzielić serce na dwie osoby. Amelia jednak obdarzyła ją taką czułością i warmią, że Zosia w końcu zapragnęła nazywać ją mamą. Po dwóch latach w ich domu pojawiła się siostrzyczka Małgosia.
Pewnego zimowego wieczoru w mieszkaniu Amelii i Bartosza zadźwięczał dzwonek. Amelia otwarła drzwi. Na progu stała Zuzanna. Poznała ją tylko po głosie, tak zmienił ją nałóg. Czuć było od niej zapach alkoholu. Szarpana rozpaczą i złością powiedziała przez zęby:
Ty wężu, ukradłaś mi męża i córkę! Zawsze cię nienawidziłam!
Twarz Amelii pozostała spokojna i łagodna. Stała dumna, zadbana, szczęśliwa.
Obojętnie, Zuzanno. Nigdy w życiu nie tknęłam cudzego szczęścia. Sama odeszłaś, nie chcąc niczego zrozumieć. Żal mi ciebie, naprawdę
I spokojnie zamknęła drzwi przed natrętną przeszłościąZuzanna zacisnęła pięści, ale nie potrafiła dłużej patrzeć Amelii w oczy. Cofnęła się kilka kroków, chwiejnie trzymając się barierki. W ciemności klatki schodowej jej sylwetka wydawała się jeszcze bardziej zagubiona i zmęczona życiem.
Możesz mi wybaczyć? wyszeptała nagle z zupełnie inną nutą w głosie. Chociaż siebie nigdy nie zdołam.
Amelia milczała przez chwilę. Szukała w sobie odpowiedzi i odnalazła spokój, który zostawiła jej babcia. Ujęła Zuzannę za rękę przez krótki moment, delikatnie, jak kiedyś babcie głaszczą wnuczki po włosach. Było w tym geście coś uzdrawiającego i czułego.
Już ci wybaczyłam odparła cicho. Dawno temu. Tylko ty musisz wybaczyć sobie.
Zuzanna po raz pierwszy od lat rozpłakała się naprawdę. Miała w oczach strach i wdzięczność jakby ten zimowy wieczór mógł stać się pierwszym, który obudzi w niej nadzieję, choćby ostatnią iskierkę. Wyszła bez słowa, ale nie zamknęła już drzwi mocnym trzaśnięciem zostawiła je uchylone, jakby nie chciała całkiem odcinać się od światła.
Następnego dnia Amelia zaczęła szukać dla Zuzanny miejsca na terapii. Wiedziała, że cudzych demonów nie przegoni się samą dobrocią, ale można pokazać lepszą drogę. Czasem wystarczy, by ktoś trzymał za rękę na zakręcie.
Wieczorami, gdy dom cichł, Amelia siadała przy łóżku Zosi i czytała jej bajki z tym samym ciepłem, z którym babcia kiedyś czytała jej. Gdzieś na dnie serca czuła wdzięczność za to, co przeszła: każda łza, każde upokorzenie, każda chwila zwątpienia zamieniały się teraz w siłę, by kochać tych, którzy kiedyś nie umieli kochać siebie.
Odkąd zazdrość odeszła w cień, ich życie wypełniło się światłem, którego nie była w stanie przyćmić żadna przeszłość. A kiedy Zosia zapytała, czy w niebie babcia widzi, jak układają razem chałwę na talerzyku, Amelia głaskała ją po głowie i szeptała:
Myślę, że babcia się cieszy. Bo w obcym nigdy nie dotykaj złego ale sercem zawsze możesz dotknąć czyjegoś smutku i rozjaśnić go, nawet jeśli musisz zacząć od własnych blizn.
I to światło zostało z nimi na zawsze.



