Nigdy Nie Zabrałam Cudzego Szczęścia: Historia Nastki i Marty – O Zazdrości, Utraconej Rodzinie i Dr…

W CUDZE NIE SIĘGAŁAM

Kiedy byłam młoda, uczęszczałam jeszcze do podstawówki w małym miasteczku na Mazowszu, to dobrze pamiętam swoje skomplikowane uczucia wobec jednej z koleżanek z klasy Zuzanny. Z jednej strony czułam do niej pogardę, bo jej rodzina była w naszej okolicy owiana złą sławą. Rodzice Zuzanny pili na umór, ledwo ciągnęli do pierwszego, a na porządku dziennym były awantury, bieda i niedojedzenie. Zuzanna chodziła w zawsze za dużych, zniszczonych ubraniach, wyciszona, często smutna i przygarbiona. Jej ojciec potrafił podnieść na nią rękę, czasem nawet za byle co raz, że nie pił, raz, że się upił, powód zawsze się znalazł. Matka była zbyt przerażona własnym losem, przez co Zuzanna nie mogła liczyć na jej obronę. Jedynie jej babcia, schorowana, ale ciepła staruszka, była dla Zuzi jasnym promykiem.

Babcia Zuzanny raz w miesiącu dawała ukochanej wnuczce część swojej skromnej emerytury. Wołała to wypłatą za dobre sprawowanie, chociaż obie dobrze wiedziały, że nawet gdyby Zuzia czasem coś przeskrobała, babcia nigdy by jej tego nie odmówiła. Dostawała pięć złotych, co wtedy wydawało się fortuną. To był dla Zuzanny dzień wielkiego szczęścia. Biegła do sklepu i kupowała lody dla siebie i babci, trochę chałwy i kilka cukierków. Za każdym razem postanawiała, że będzie rozdzielać sobie te smakołyki, żeby starczyły na cały miesiąc. Jednak najwyżej po dwóch dniach wszystko znikało jakby w oka mgnieniu. Wtedy babcia sięgała do lodówki i mówiła z łagodnym uśmiechem:
Weź, mój skarbie, zjedz lody. Coś mi gardło dziś dokucza.
Zuzanna była zadziwiona: Znów babcię boli gardło akurat wtedy, gdy kończą się słodycze.
W duszy jednak zawsze liczyła na babciną porcję lodów.

Moja rodzina była zupełnie inna. Mieszkaliśmy w przytulnym domu, rodzice mieli dobrą pracę w urzędzie i szkole. O nic mi nie brakowało, ubierano mnie modnie, miałam nawet rzeczy, które koleżanki chętnie ode mnie pożyczały. Nigdy nie znałam głodu, nie odczułam braku.

Ale, choć wstydziłam się to przyznać, zazdrościłam wtedy Zuzannie jej niezwykłej urody i czegoś nieokreślonego jakiegoś wewnętrznego, bijącego od niej ciepła i umiejętności zjednywania sobie ludzi. Sama nie zniżałam się nawet do rozmowy z Zuzanną. Na przerwach omijałam ją szerokim łukiem, a gdy spotykałam na korytarzu, patrzyłam na nią tak, że mogłaby się poczuć jak oblana lodowatą wodą. Kiedyś, przy wszystkich, powiedziałam z pogardą:
Jesteś żałosna!
Zuzia rozpłakana pobiegła do domu. Babcia wsadziła ją sobie na kolana i pogłaskała po włosach.
Nie płacz, córeńko. Jutro powiedz tej dziewczynie: Masz rację jestem w Bożych rękach.
I Zuzannie ulżyło.

Byłam ładna, ale mówiło się, że od mojej urody bije chłód. W naszej klasie obiektem westchnień wszystkich dziewczyn był jednak Janek. Wieczny dwojarz, zawsze miał poczucie humoru, nie przejmował się złymi ocenami i upomnieniami w dzienniczku. Za to jego optymizm i żartobliwość, nawet nauczyciele niejednokrotnie przymykali oko na wybryki. Janek pod koniec liceum zaczął odprowadzać mnie pod dom po lekcjach, rano czekał na mnie przy furtce szkoły. Koledzy wtedy śmiali się:
O, narzeczeni idą!
Nawet nauczycielki komentowały: Piękna para się szykuje.

Nadszedł ostatni dzwonek. Pożegnaliśmy szkołę każdy poszedł w swoją stronę. Ja z Jankiem pobraliśmy się dość szybko, bo nie sposób było ukryć, że spodziewaliśmy się dziecka. Nawet najbardziej strojna suknia ślubna nie zdołała tego zatuszować. Po pięciu miesiącach powitaliśmy na świecie naszą córkę Zosię.

Zuzanna, gdy skończyła szkołę, musiała iść do pracy. Jej ukochana babcia odeszła, a rodzice wyciągali ręce po wsparcie. Choć adoratorów jej nie brakowało, Zuzanna coraz bardziej zamykała się w sobie wstydziła się własnego pochodzenia. Przez kolejne dziesięć lat jej życie upływało w cieniu.

Minęło sporo czasu. Przypadkowe spotkanie miało miejsce w poczekalni u lekarza od uzależnień w Warszawie. Zuzanna z mamą, a ja z Jankiem. Zuzanna poznała mojego męża natychmiast. On zmężniał, stał się poważnym mężczyzną, którego każda by chciała. Ja byłam cieniem siebie. Wysuszona, z drżącymi dłońmi i pustką w oczach choć miałam tylko 28 lat. Janek spojrzał na Zuzannę wstydliwie:
Cześć, koleżanko z klasy… wyczułam, że nie chciał akurat mnie spotkać w tym miejscu.
Cześć, Janek. Widzę, że jest źle. Jak długo już?
Długo, Zuzanno odpowiedział cicho.
Kobieta, która pije… to klęska. Wiem coś o tym westchnęła i ona, i ja.

Po tamtej wizycie wymieniliśmy się numerami. Ot, na wszelki wypadek. Kiedy smutek jest podobny, łatwiej razem przetrwać. Janek zaczął coraz częściej odwiedzać Zuzannę po radę, jak żyć z osobą uzależnioną. Zuzanna rozumiała to doskonale, bo już dawno przepracowała w sobie temat picia w rodzinie. Sama wiedziała, że więcej mężczyzn tonie w kieliszku niż w morzu

Wyszło na jaw, że Janek mieszka z córką, a ja u rodziców. On chronił Zosię przed nieprzewidywalną matką. Ostatnim ciosem był dzień, gdy wrócił z pracy, a ja leżałam na podłodze pijana, a mała, trzyletnia Zosia stała na parapecie okna na piątym piętrze! Wtedy Janek zrozumiał, że więcej nie da rady. Próby leczenia kończyły się fiaskiem ja wciąż wmawiałam sobie, że wszystko kontroluję.

Małżeństwo rozpadło się.

Pewnego dnia Janek zaprosił Zuzannę do restauracji na Krakowskim Przedmieściu. Tam wyznał, że już w szkole ją kochał, lecz bał się odmowy. Potem ja byłam w ciąży, życie samo wszystko poplątało. Dziś wspominał, że spotkanie w klubie u lekarza uważa za zrządzenie losu. Przy Zuzannie poczuł się jakby znowu posmakował miodu życia.

Zaproponował Zuzannie małżeństwo. Ona była gotowa. On też jej się zawsze podobał, ale nie przyszłoby jej do głowy odbijać mi męża. Jednak los się odmienił, Janek był wolny i zakochany. Nic już nie stało na przeszkodzie.

Wzięli skromny ślub w urzędzie miasta. Zuzanna wprowadziła się do Janka. Zosia początkowo była niepewna nowa kobieta w domu, a tata dzieli czas i uczucia. Jednak Zuzanna tak otoczyła dziewczynkę czułością, że ta szybko zaczęła wołać do niej „mamo”. Po kilku latach Zosia doczekała się siostrzyczki Marysi.

I kiedyś, w środku zimy, usłyszeli dźwięk dzwonka. Zuzanna otworzyła drzwi. Przed progiem stałam ja, niemal nie do poznania, z twarzą poszarzałą, rozczochrana, z zapachem alkoholu na ubraniu.
Ty żmijo, odebrałaś mi męża i córkę! Przez ciebie całe życie cię nienawidziłam! wycedziłam z goryczą.
Zuzanna pozostała spokojna, wyprostowana, piękna i pewna siebie.
W cudze nigdy nie sięgałam. To ty sama odeszłaś, nie rozumiejąc niczego. Nie powiedziałam nigdy złego słowa na twój temat, Marzeno. Szczerze ci współczuję…
Zuzanna zatrzasnęła drzwi. A ja na zawsze odeszłam z jej życia, zostawiając za sobą cały ciężar przeszłości.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa + dziesięć =

Nigdy Nie Zabrałam Cudzego Szczęścia: Historia Nastki i Marty – O Zazdrości, Utraconej Rodzinie i Dr…