Nigdy nie kochałem swojej żony i nie raz jej to mówiłem. To nie była jej wina — żyliśmy w miarę dobrze.
Nazywam się Andrzej Wilk i mieszkam w Płocku, gdzie Mazowsze zachowuje swoje wojenne blizny i szare dni. Nigdy nie kochałem swojej żony, Zofii, i nie raz rzucałem jej to w twarz jak gorzką prawdę. Nie zasłużyła na to — nigdy nie robiła scen, nie oskarżała, zawsze była czuła, troskliwa, prawie święta. Ale moje serce pozostawało zimne jak lód na Wiśle zimą. Nie było miłości — i to mnie wewnętrznie gryzło.
Każdego ranka budziłem się z jednym myślą: odejść. Marzyłem o znalezieniu kobiety, która rozpali we mnie płomień, przy której odetchnę pełną piersią. Ale los zadrwił ze mnie i wszystko obrócił do góry nogami, tak że do tej pory nie mogę się otrząsnąć. Z Zosią było mi wygodnie jak w starym fotelu. Prowadziła dom bezbłędnie, wyglądała tak, że przechodnie się odwracali, a znajomi poklepywali mnie po plecach: „Gdzieś ty taką znalazł, szczęściarzu?” Sam nie rozumiałem, czym zasłużyłem na jej oddanie. Zwykły facet, niczym się nie wyróżniający, a ona kochała mnie tak, jakbym był jej całym światem. Jak to możliwe?
Jej miłość mnie dusiła. Jeszcze gorsza była myśl: jeśli odejdę, przygarnie ją ktoś inny. Ktoś bardziej udany, przystojniejszy, bogatszy — ktoś, kto doceni to, czego ja nie dostrzegłem. Kiedy wyobrażałem ją sobie w ramionach innego, traciłem rozum ze złości. Była moja — nawet jeśli jej nigdy nie kochałem. To poczucie własności było silniejsze ode mnie, silniejsze od zdrowego rozsądku. Ale czy można całe życie spędzić z kimś, do kogo serce milczy? Myślałem, że dam radę, ale się myliłem — wewnętrznie dojrzewała burza, której nie mogłem powstrzymać.
„Jutro jej wszystko powiem” — zdecydowałem, kładąc się spać. Rano zebrałem resztki odwagi przy śniadaniu. „Zosiu, usiądź, musimy porozmawiać” — zacząłem, patrząc w jej spokojne oczy. „Oczywiście, kochanie, co się stało?” — zapytała z tą charakterystyczną łagodnością. „Wyobraź sobie, że się rozwodzimy. Odchodzę, żyjemy osobno…” Roześmiała się, jakbym żartował: „Co za dziwne fantazje? To jakaś gra?” „Słuchaj dalej, mówię poważnie” — przerwałem. „Dobrze, wyobraziłam sobie. I co dalej?” — zapytała, wciąż z uśmiechem. „Powiedz szczerze: znajdziesz sobie kogoś, jeśli odejdę?” Zamarła. „Andrzeju, co się z tobą dzieje? Czemu w ogóle o tym myślisz?” — w jej głosie pojawiło się zaniepokojenie. „Bo nie kocham cię i nigdy nie kochałem” — wypaliłem, jakby to był cios.
Zofia zbledła. „Co? Żartujesz? Nic nie rozumiem”. „Chcę odejść, ale myśl, że będziesz z kimś innym, doprowadza mnie do szaleństwa” — mój głos drżał z napięcia. Zofia milczała, a potem cicho, z jakąś smutną mądrością powiedziała: „Lepiej niż ciebie i tak nie znajdę, nie martw się. Odchodź, zostanę sama”. „Obiecujesz?” — wymsknęło mi się. „Oczywiście” — skinęła głową, patrząc mi w oczy. „Poczekaj, ale dokąd mam iść?” — poczułem się zagubiony. „Nie masz gdzie pójść?” — zdumiała się. „Nie, całe życie byliśmy razem. Wygląda na to, że będę musiał zostać w pobliżu” — wymamrotałem, czując, jak ziemia usuwa się spod nóg. „Nie martw się — odpowiedziała Zofia. — Po rozwodzie wymienimy mieszkanie na dwa mniejsze”. „Naprawdę? Nie spodziewałem się, że mi tak pomożesz. Dlaczego?” — zapytałem, oszołomiony. „Bo cię kocham. Kiedy kochasz, nie zatrzymujesz na siłę” — jej słowa zabrzmiały jak wyrok.
Minęło kilka miesięcy. Rozwiedliśmy się. A potem dotarły do mnie plotki: Zofia kłamała. Znalazła kogoś innego — wysokiego, pewnego siebie, z dobrym uśmiechem. Nie zamierzała dzielić mieszkania, które odziedziczyła po babci. Zostałem z niczym — bez domu, bez rodziny, bez wiary w ludzi. Kłamstwo wyszło na jaw jak cios w plecy, i wciąż słyszę jej głos: „Zostanę sama”. Kłamstwo. Zimne, wyrachowane kłamstwo, a ja uwierzyłem jak głupiec.
Jak teraz ufać kobietom? Nie wiem. Moje życie z nią było wygodne, lecz puste, a teraz nie mam nawet tego. Siedząc w wynajętym pokoju, wpatruję się w ścianę i odtwarzam tamtą rozmowę. Jej spokój, jej słowa — wszystko było maską. Znajomi mówią: „Sam jesteś sobie winien, Andrzej, czego się spodziewałeś?” I mają rację. Nie kochałem jej, ale chciałem trzymać przy sobie jak rzecz. A ona odeszła, zostawiając mnie w samotności, której tak się bałem. Może to moja kara — za chłód, za egoizm, za to, że nie ceniłem jej serca. Teraz jestem sam, a cisza wokół rani bardziej niż jej odejście. Co sądzisz o moim postępowaniu? Sam nie wiem, kto tu jest większym głupcem — ja czy ona.”



