Nigdy nie kochałem swojej żony i nie raz jej to mówiłem. Nie była to jej wina — żyliśmy całkiem znośnie.
Nazywam się Andrzej Kowalski i mieszkam w Toruniu, mieście pełnym historii i codziennych zawirowań. Nigdy nie kochałem swojej żony, Katarzyny, i wiele razy rzucałem jej w twarz tę gorzką prawdę. Nie zasłużyła na to — nigdy nie robiła scen, nie wyrzucała mi nic, zawsze była czuła, opiekuńcza, niemal święta. Moje serce jednak było zimne jak Wisła zimą. Miłości brakowało — i to mnie dręczyło.
Każdego ranka budziłem się z jedną myślą: odejść. Marzyłem o znalezieniu kobiety, która rozpali we mnie ogień, z którą naprawdę będę mógł żyć. Jednak los zadrwił ze mnie, przewracając wszystko do góry nogami tak, że do dziś nie mogę się pozbierać. Z Kasią było mi wygodnie jak w starym fotelu. Prowadziła dom bez zarzutu, wyglądała tak, że ludzie na ulicy się za nią oglądali, a przyjaciele klepali mnie po plecach: „Gdzie znalazłeś taką kobietę, szczęściarzu?” Sam nie rozumiałem, czym zasłużyłem na jej oddanie. Zwykły facet, niczym się niewyróżniający, a ona kochała mnie tak, jakbym był dla niej całym światem. Jak to możliwe?
Jej miłość mnie dusiła. Jeszcze gorsza była myśl, że jeśli odejdę, ktoś inny ją zdobędzie. Ktoś bardziej przystojny, bardziej zamożny — ktoś, kto dostrzeże to, czego ja nie widziałem. Gdy wyobrażałem sobie jej ramiona w objęciach innego, moje myśli zalewały gniew. Była moja — nawet jeśli nigdy jej nie kochałem. To uczucie własności było silniejsze ode mnie, silniejsze od zdrowego rozsądku. Ale czy można spędzić całe życie z kimś, do kogo serce milczy? Myślałem, że potrafię, ale się pomyliłem — we mnie rósł sztorm, którego nie mogłem powstrzymać.
„Jutro jej wszystko powiem” — postanowiłem przed snem. Rano przy śniadaniu zebrałem resztki odwagi. „Kasiu, usiądź, musimy porozmawiać” — zacząłem, patrząc w jej spokojne oczy. „Oczywiście, kochanie, co się stało?” — odpowiedziała z typową dla siebie łagodnością. „Wyobraź sobie, że się rozwodzimy. Odchodzę, żyjemy osobno…” Roześmiała się, jakbym żartował: „Co za dziwne fantazje? To jakieś żarty?” „Posłuchaj dalej, mówię poważnie” — przerwałem jej. „Dobrze, wyobraziłam sobie. I co dalej?” — zapytała wciąż z uśmiechem. „Powiedz szczerze: znajdziesz sobie kogoś innego, jeśli odejdę?” Zamarła. „Andrzej, co się z tobą dzieje? Dlaczego w ogóle o tym myślisz?” — w jej głosie pojawił się niepokój. „Bo nie kocham cię i nigdy cię nie kochałem” — wypaliłem jak cios.
Kasia pobladła. „Co? Żartujesz? Nic nie rozumiem”. „Chcę odejść, ale myśl, że będziesz z kimś innym, doprowadza mnie do szaleństwa” — mój głos drżał od napięcia. Zamilkła, a potem cicho, z jakąś smutną mądrością, powiedziała: „Lepszego od ciebie nie znajdę, nie martw się. Odejdź, zostanę sama”. „Obiecujesz?” — wyrwało mi się. „Oczywiście” — kiwnęła głową, patrząc mi w oczy. „Poczekaj, ale dokąd mam iść?” — zdezorientowałem się. „Nie masz gdzie?” — zdziwiła się. „Nie, przecież całe życie razem. Wygląda na to, że będę musiał zostać w pobliżu” — wymamrotałem, czując, jak grunt osuwa mi się spod nóg. „Nie martw się — odpowiedziała Kasia. — Po rozwodzie zamienimy mieszkanie na dwa mniejsze”. „Naprawdę? Nie spodziewałem się, że mi tak pomożesz. Dlaczego?” — zapytałem, oszołomiony. „Bo cię kocham. Kiedy się kocha, nie zatrzymuje się na siłę” — jej słowa brzmiały jak wyrok.
Minęło kilka miesięcy. Rozwiedliśmy się. Później dotarły do mnie plotki, że Kasia kłamała. Znalazła kogoś innego — wysokiego, pewnego siebie, z serdecznym uśmiechem. Mieszkanie po babci nawet nie przyszło jej na myśl, by dzielić. Zostałem z niczym — bez domu, bez rodziny, bez wiary w ludzi. Kłamstwo odsłoniło się jak cios w plecy, a ja wciąż słyszę jej słowa: „Zostanę sama”. Kłamstwo. Chłodne, wyrachowane kłamstwo, a ja uwierzyłem, jak głupiec.
Jak teraz ufać kobietom? Nie wiem. Moje życie z nią było wygodne, ale puste, a teraz nie mam nawet tego. Siedzę w wynajętym pokoju, patrząc w ścianę, i przewijam tamtą rozmowę. Jej spokój, jej słowa — wszystko było maską. Przyjaciele mówią: „Sam sobie winnyś, Andrzeju, czegoś się spodziewał?” I mają rację. Nie kochałem jej, ale chciałem zatrzymać przy sobie jak rzecz. A ona odeszła, zostawiając mnie w samotności, której tak się bałem. Może to moja kara — za chłód, za egoizm, za to, że nie doceniałem jej serca. Teraz jestem sam, a cisza wokół tnie mocniej niż jej odejście. Co sądzicie o tym, co zrobiłem? Sam nie wiem, kto tu jest większym głupcem — ja czy ona.



