Nieznacznie stykając się rękawami

Lekki dotyk rękawów

Zbliżający się Sylwester sprawiał, że Klementyna czuła się podekscytowana. To już jej czterdziesty trzeci Sylwester, a ona co roku z niecierpliwością oczekuje tej magicznej nocy, pachnącej mandarynkami, niczym mała dziewczynka.

Klementyna mieszkała sama w przytulnym mieszkaniu w Warszawie, od pół roku po ślubie wyprowadziła się z rodzicami. Z mężem Romkiem przeprowadziła się nad Bałtyk, do Sopotu, gdzie rodzice jego ojca prowadzili hotel, a młodej parze podarowano ten sam biznes. Klementyna cieszyła się z sukcesu córki.

– W Sylwestra dzieją się rzeczy, które w innym dniu nie mogłyby się zdarzyć opowiadała koleżance i współpracowniczce Lidii.

– Och, Klementyno, jakaś romantyczna duszo, choć już nie masz siedemnaście lat, wciąż żyjesz w chmurach i czekasz na coś wyjątkowego zachichotała Lidia.

– No cóż, Lidio, co by inaczej? Romantyzm nigdy nie odchodzi odpowiedziała Klementyna.

Jedenaście lat temu została sama jej mąż Roman zginął w wypadku samochodowym. Wychowała jedyną córkę Zuzę i przestała marzyć o kolejnym szczęściu, choć uważała, że już kiedyś była szczęśliwa. Z Romkiem kochali się szczerze.

– Klementyno, nie powinnaś żyć samotnie, jesteś piękna i dobra, powinnaś kogoś uszczęśliwić namawiała Lidia.

– Nie wiem, Lidio, wszyscy mężczyźni przypominają mi Romana, nie wydaje mi się, że znajdę kogoś takiego jak on przyznała Klementyna.

Do Sylwestra pozostały nieco ponad dwa miesiące, kiedy Klementyna niespodziewanie spotkała wysokiego, szczupłego blondyna o niebieskich oczach, który przedstawił się Janem. Zderzyli się przy kasie w małej kawiarni podczas przerwy obiadowej; nie tak, że się zderzyli, a że lekko się dotknęli. Nagle poczuła niespodziewaną falę ciepła w sercu, która przeszła od głowy po stopy, a jej policzki zagrzały.

To wszystko dlatego, że Jan spojrzał na nią tak łagodnie, że Klementyna zatraciła się w jego spojrzeniu.

– Boże, kiedy ostatni raz tak coś się ze mną stało? przemyślała, po czym myśl zniknęła.

Klementyna usiadła z tacą przy stoliku. Jan podszedł i uśmiechnął się:

– Czy mogę się do ciebie dosiąść? zapytał.

– Nie, odpowiedziała, myśląc, że jego uśmiech jest czarujący.

– Jan, a ty? zapytała.

– Klementyna odezwała się, a jej policzki znów zbrukły.

Jan także był trochę spięty, ale wkrótce ich nerwy się uspokoiły. Rozmawiali o różnych sprawach, jakby znali się od lat, znaleźli wiele wspólnych tematów i od razu poczuli, że trąbią na tej samej fali. Tak minęło półtora miesiąca.

Często jedli razem obiad, wieczorami spacerowali. Lidia nie rozpoznawała już swojej przyjaciółki. Klementyna nie uważała się za piękną, ale wiedziała, że ma w sobie coś wyjątkowego urok, wdzięk i niepowtarzalny czar. To prawda zarówno kobiety, jak i mężczyźni lubili z nią rozmawiać. Zazdrościły jej długie, jasne włosy, które opadały nieco poniżej ramion. Krótkie fryzury nie przypadły jej do gustu; uważała, że jeśli Bóg dał jej tak wspaniałe kosmyki, należy je nosić z dumą.

Jej tajemnicą była ciepła, lekko przewrócona lekko podoczepiona uśmiechnięta twarz. Serce nie biło już tak mocno od dawna, dopóki nie spotkała Jana. W młodości po skończeniu liceum poślubiła Romana, pracowała księgową w dużym zakładzie przemysłowym, gdzie rodzice ją zatrudnili. Tam poznała przyszłego męża i żyli w zgodzie. Była szczęśliwa, aż do tego tragicznego dnia, gdy dowiedziała się o śmierci Romana.

Jan często zapraszał Klementynę na spacery, a ona chętnie zgadzała się. Zimą kochała mróz i śnieg nawet gdy pokrywały drzewa i mróz nie pozwalał długo przebywać na dworze, nie powstrzymywało to dwojga zakochanych od spotkania.

– Lidio z entuzjazmem mówiła przy kawie w pracy jestem taka szczęśliwa. Jan jest właśnie takim mężczyzną, o jakim marzyłam. Czasem nie wierzę, że Bóg zlitował się nade mną i znów podarował mi szczęście.

– A ja cię wspierałam, bo sama jestem szczęśliwa z Szymonem i chciałam, żeby i ty rozkwitłaś odpowiedziała Lidia, nie mogąc powstrzymać się od zachwytu.

Nagle Jan zniknął, nie dzwoniąc i nie wyjaśniając przyczyny. Klementyna czuła się zagubiona, Lidia też martwiła się o przyjaciółkę.

– Klementyno, nie przejmuj się tak. Zdarza się kto wie, co się mogło wydarzyć w naszym szalonym życiu próbowała ją uspokoić Lidia.

– Lidio, a telefon? Nie mogę go po prostu zadzwonić i powiedzieć kilka słów. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Czekałam na niego tyle lat, a nagle lekki dotyk rękawów i nic? mówiła, ledwo powstrzymując łzy.

– Łzy nic nie zmienią. Dzwoniłaś już do Jana? zapytała Lidia.

– Dzwoniłam setki razy, ale nie odbiera. Czy naprawdę mógł mnie po prostu zostawić? Nie wiem, co myśleć, co robić

– Musisz wierzyć i czekać. Twój Jan wróci, jestem pewna. Ile już minęło? zapytała Lidia.

– Dwa dni, dziś trzeci.

– To jeszcze nie koniec, nie martw się. Przygotuj się do sylwestrowej imprezy, bo zawsze byłaś naszą organizatorką. Jan już się zjawi.

Mijał tydzień, Jan nie pojawiał się. Klementyna starała się zajmować razem z Lidią szukały oryginalnych nagród na konkursy sylwestrowe, a wieczorami płakała w poduszkę.

W sylwestrową noc koledzy i koleżanki bawili się do upadłego, szampan lał się strumieniami, muzyka rozbrzmiewała wszędzie, a wszyscy tańczyli z nadzieją na nowy rok. Stoły uginały się od przystawek. Klementyna udawała, że również się cieszy, choć w rzeczywistości patrzyła na telefon, czekając na połączenie.

Po dziesiątej w nocy wróciła do domu. Przed nią były długie wakacje sylwestrowe, a ona nie wiedziała, czym się zająć. Córka Zuzia dzwoniła, zapraszając ją do swojego domu, ale Klementyna nie miała ochoty wyjeżdżać.

– Zuzia, przyjedź na Sylwestra do nas mówiła matka nie siedź sama w domu, bo jak przywitasz Nowy Rok, tak go przeżyjesz wiesz, o co chodzi.

– Tak, mamo, przyjadę obiecała.

31 grudnia, tuż przed siódmą godziną, Klementyna szykowała się do rodziców, gdy usłyszała dzwonek do drzwi.

– Kto to może być? pomyślała, otwierając.

Za progiem stał nie kto inny, jak Dziadek Mróz.

– Witaj, kochana Klementyno rzekł głosem pełnym ciepła przyniosłem ci prezent sylwestrowy wyciągnął z worka małą czerwoną paczuszkę i otworzył ją, ukazując złoty pierścionek.

– Co to? Od kogo? zapytała nieco przestraszona.

– Czy wyjdziesz za Jana, młodego mężczyznę? odezwał się Dziadek Mróz, a zza drzwi wyłonił się Jan, trzymając bukiet róż i pierścionek w dłoni.

– Tak, tak! wykrzyknęła Klementyna, śmiejąc się ze szczęścia.

– Weź więc od Jana ten pierścionek w dniu waszych zaręczyn, 31 grudnia, tuż przed Sylwestrem, w mojej obecności powiedział Dziadek Mróz.

Klementyna wyciągnęła rękę, Jan założył pierścionek na jej palec, podarował kwiaty i mocno ją pocałował.

– Błogosławię was, dzieci moje rzekł poważnie Dziadek Mróz. Moja misja tutaj zakończona, Szczęśliwego Nowego Roku, odchodzę.

– Przepraszam, kochana, bardzo tęskniłem powiedział Jan.

– Co to wszystko znaczy? Dlaczego zniknąłeś? Nie wiedziałam, co myśleć Dlaczego nie dzwoniłeś?

– Wytłumaczę wszystko. Na waszym zakładzie byłem na delegacji, wyjechałem na rok. Nie rozmawialiśmy o tym. Tego wieczoru dostałem telefon siostra i matka mieli wypadek. Siostra zginęła, a matka trafiła na oddział intensywnej terapii. Nie mogłem do ciebie zadzwonić, nie wiem dlaczego, i odleciałem pierwszym lotem. Zostawiłem telefon w samolocie. Matka walczyła o życie, potem czekały dwie operacje. Nie znałem twojego numeru Na szczęście matka wróciła do zdrowia, choć była zdruzgotana po śmierci siostry.

– Boże, Janie, myślałam, że mnie zostawiłeś westchnęła Klementyna, przytulając go.

– Matka poczuła się lepiej, zostawiłem ją ojcu i przyjechałem do ciebie. Nie mogłem przegapić spotkania sylwestrowego z tobą, więc przyjechałem.

Oboje byli szczęśliwi, a Klementyna nie wiedziała, co robić.

– A ja miałam iść do rodziców, czekają na sylwestrowe przyjęcie, a w domu nic nie przygotowałam powiedziała nieco zagubiona.

– Mam szampana podniósł torbę z winem, mandarynkami i cukierkami możemy razem pojechać do twoich rodziców, a przy okazji poproszę ich o twoją rękę rzekł Jan radośnie.

Ojciec otworzył drzwi mieszkania i zobaczył córkę z nieznajomym mężczyzną.

– Proszę wejść przywitał się, patrząc na Jana. Panie Borowiec podał mu rękę.

– Dobry wieczór, jestem Jan odpowiedział gość.

Wszyscy weszli do salonu, gdzie stał już pięknie nakryty stół, a choinka migotała lampkami.

– Mamo, tato to Jan, mój ukochany, mój narzeczony i przyszły mąż pokazała pierścionek.

Rodzice byli zaskoczeni.

– Bardzo miło, przywitała się matka witamy Cię, Janie, w naszej rodzinie. Ale skąd się wziął? Nie słyszałam o tobie

– To sylwestrowy prezent odparł Jan, a wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Klementyna opowiedziała, jak Jan zaproponował jej zaręczyny przy Dziadku Mrozie.

– Mamy szczęście z zięciem, sprytnym i pomysłowym zaśmiał się pan Borowiec. Za was, kochani, za wasze szczęście wznieść kieliszek z szampanem i reszta gości. Za szczęście w nowym roku.

Przy dźwięku rozbijających się kieliszków i radosnym śmiechu przywitali Nowy Rok. Klementyna zrozumiała, że najważniejsze w życiu nie jest czekanie na cud, lecz otwartość na miłość i gotowość do podjęcia ryzyka, bo szczęście przychodzi wtedy, gdy odważnie otwieramy serce.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiemnaście − 10 =

Nieznacznie stykając się rękawami