Nieunikniony wybór

Wybór był nieunikniony

Barbara drgnęła na ostry okrzyk:

— Hej, darmozjadzie! — Wiktor zamachnął się ciężką torbą nad szczeniakiem, po czym zwrócił się do niej: — Zwariowałaś? Karmić bezpańskie psy moim jedzeniem?

Pewnego wiosennego dnia Barbara poczuła nagły smutek i tęsknotę za miłością.

Stała przed lustrem, zamyślona, wpatrując się w swoje odbicie. — Jak szybko płynie czas — westchnęła. — Jeszcze wczoraj byłam młoda jak stokrotka, a teraz… cóż, raczej dojrzała aster. Piękna, ale już z nutą jesieni. Zima nadejdzie, a potem… czas wziąć życie we własne ręce!

Trzydzieści siedem lat — wiek, gdy mądrość już jest, a uroda jeszcze nie zbladła. Najwyższy czas na odważne kroki! Ale gdzie szukać tej miłości? W pracy — same kobiety, przypadkowe znajomości na ulicy to nie dla niej, a internet budził tylko nieufność.

Ale mówią przecież: kto szuka, ten znajdzie.

I tak szczęście się do niej uśmiechnęło: w ich dziale kadr pojawił się nowy pracownik — Piotr Marek. Wysoki, nieco postawny, z dobrodusznym uśmiechem i w poważnych okularach. Mniej więcej w jej wieku. Barbara od razu zauważyła jego spokój i pewność siebie.

Konkurencja, oczywiście, była niemała. Samo to, że Kasia, młodsza specjalistka od kadr, była taka: młoda jak łania, z długimi nogami, pełnymi ustami i rzęsami, które zdawały się móc wznieść wiatr jednym mrugnięciem.

Barbara początkowo zwątpiła. Jak ona, skromna i domowa, ma konkurować z taką pięknością? Pewnie Piotr nawet nie spojrzy w jej stronę, padając u stóp Kasi, oślepiony jej młodością i śmiałym wdziękiem.

Ale się myliła. Kasia kręciła się wokół Piotra jak paw, pokazując raz dekolt, raz nogi, lecz on pozostawał niewzruszony:

— Kasia, masz do mnie pytanie? Zaraję i pomogę.

Patrzył jej prosto w oczy, ignorując jej sztuczki.

A kiedy Barbara pewnego dnia przyniosła do pracy swój słynny szarlotkę, Piotr nagle ożywił się:

— Barbaro, toż to czary! Taki placek piekła moja babcia. Jakbym wrócił do dzieciństwa.

Komplement był dziwny. Barbara nie chciała przypominać dorosłemu mężczyźnie jego babci. Potrzebowała mężczyzny, nie chłopca tęskniącego za przeszłością. Lecz po namyśle uznała, że to dobre rozpoczęcie. Lepiej taki komplement niż żaden.

Poza tym zrozumiała: Piotr lubi domowe jedzenie. A gotować umiała i lubiła, choć czasem cierpiała z tego powodu — kiedyś nosiła rozmiar 42, teraz pewnie przeszła na 46. Dlatego zaczęła przynosić do pracy swoje kulinarne dzieła: i koledzy zadowoleni, i ona sama mniej zje.

I tak, przez ciasta i bigos, Barbara znalazła drogę do serca Piotra. Prosta, banalna, ale skuteczna — przez żołądek. Wkrótce ich relacja rozkwitła: kwiaty, komplementy, długie rozmowy.

— Dziwne, Piotrze — wyznała kiedyś Barbara. — Ledwie zaczęłam marzyć o miłości, a ty się pojawiłeś. Takie… prawdziwe. A ja, przyznam, myślałam, że nie mam szans. Zwłaszcza z tą Kasią, co przed tobą niemal tańczyła.

— Kasia? — zdziwił się Piotr. — Ach, co ty? Tylko rzęsy, paznokcie i nogi. Myślą, że faceci od nich szaleją. Nie, dziękuję, nie dla mnie. Kobieta powinna być prawdziwa: dobra, ciepła, gospodarna. Jak ty, Basia.

— Oto moje szczęście! — radowała się w duchu Barbara. — Może długo błądziło, ale mnie znalazło!

Wydawało się, że Piotr nie ma wad. Lecz, niestety, idealnych ludzi nie ma…

Ich związek trwał już pół roku i zmierzał ku ślubowi. Pewnie doszłoby do niego, gdyby nie ten ponury listopadowy wieczór.

Pogoda tego dnia wpadła w szał: raz lało, raz sypało mokrym śniegiem, a wiatr zmieniał kierunek, jakby igrał z ludźmi. Barbara i Piotr, pod rękę, spieszyli do domu, chowając się pod parasolem.

— Patrz, kotek! — nagle zawołała Barbara, zatrzymując się.

Pod latarnią, drżąc z zimna, siedział mały czarny kotek. Mokry, brudny, żałosny.

— Daj spokój, Basia, idziemy! Zmarzłem i jestem głodny — Piotr pociągnął ją za rękaw.

— Zaraz, tylko chwilę — Barbara pochyliła się nad kotkiem. — Chodź tu, malutki.

— Basia, na poważnie? — zirytował się Piotr. — Masz niemal narzeczonego przemokniętego i głodnego, a ty się bawisz z bezpańskimi kotami!

— Zabierzmy go — powiedziała stanowczo, chowając kotka pod płaszcz. — Nie marudź, Piotrze, jemu jest gorzej niż nam.

— Wariatka kocia — burknął i ruszył przed siebie.

Barbara z kotkiem podążyła za nim.

— Nie bój się, on dobry, tylko narzeka — szepnęła do kotka.

Lecz w domu dobroć Piotra gdzieś wyparowała.

— Nakarm go, skoro już przyniosłaś, i wyrzuć! — oświadczył.

— Jak to — wyrzucić? Na dwór? Przecież śnieg, deszcz, zimno! On malutki, bezbronny! — oburzyła się.

— Basia, nie bądź naiwna. Na ulicy takich kotów pełno. Wszystkich będziesz zbierać? Zrobiłaś dobry uczynek — dość. Wyrzuć go, ja też jestem głodny!

— Nie, Piotrze, nie wyrzucę go. Jak tego nie rozumiesz?

Lecz Piotr nie chciał zrozumieć.

— Nie znoszę kotów! — odciął się. — Zwierzaki w domu to zbędny kłopot. Powinny być pożyteczne: mięso, mleko, wełna. A twoje koty — tylko kłopot. Nie chcę tego w moim domu!

Barbara jakby ujrzała innego człowieka. Zimnego, samolubnego, wyrachowanego.

— Po pierwsze, to mój dom — powiedziała twardo. — I ja zwierzęta kocham. Po drugie, powiedz, Piotrze: to i żonę wybrałeś po zasadzie „pożytku”?

— A co w tym złego? — zająknął się. — Chcę, żeby żona nie tylko paznokcie malowała, ale i dom prowadziła. To normalne!

— Aha — cicho powiedziała Barbara. — Więc ja jestem dla ciebie… pożyteczna. Gospodarna. A Kasia to egoistka, więc się nie nadaje. Tobie chodzi o to, żeby wszystko kręciło się wokół ciebie. Wyjdź, Piotrze.

— Czyli kolacji nie zobaczę? — prychnął. — No to patrz, Basia, zost**Poprzedni fragment kończył się słowami:**
*”— No to patrz, Basia, zostaniesz starą panną z gromadą kotów.”*

**Kontynuacja jednym zdaniem:**
Barbara westchnęła ciężko, ale gdy kotek wtulił się w jej szyję, zrozumiała, że niektóre wybory nie są trudne — tylko konieczne, by ochronić to, co naprawdę cenne.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 + cztery =

Nieunikniony wybór