Przebywając w szpitalu, Elżbieta dowiedziała się, że teściowa przeprowadziła się do nich
Młodzi rodzice natychmiast zostali odsunięci przez nowo upieczoną babcię od własnego syna.
Już w domu Elżbieta zauważyła, że kupiona przez nią wanienka do kąpieli i paczka pieluch zostały wyniesione na balkon.
– Jak dobrze, że będziecie mieli synka. Od dawna marzyłam, żeby nazwać syna Karpem! Może chociaż wy tak nazwiecie mi wnuka! – radośnie paplała przez telefon teściowa Elżbiety.
– Wiesławo, my już wybraliśmy mu imię. Będziemy nazywać go Michał. Michał Kowalski brzmi świetnie, – próbowała wyjaśnić zaskoczona proponowanym imieniem Elżbieta.
– Znowu mnie nie słuchasz! Jaki Michał? Sami Michałowie wszędzie. Dla wnuka wymyśliłam takie mocne i piękne imię, a ty nosem kręcisz? Wszystko z tobą jasne. Egoistka jesteś, – zdenerwowała się teściowa i rzuciła słuchawką.
„Swoich synów nazwała głównie Janem i Aleksandrem! A dla wnuka nic lepszego niż Karpa nie znalazło się”, – z rozdrażnieniem rozmyślała Elżbieta.
Kiedy opowiedziała mężowi o rozmowie z jego matką, Jan jedynie się roześmiał:
„A pamiętasz swój proroczy sen? Jaką to rybę tam zobaczyłaś?”
***
Elżbieta i Jan byli małżeństwem już ponad dziesięć lat, ale nadal nie mieli dzieci.
Na początku zajęci byli swoimi karierami i kupnem mieszkania, potem podróżowali.
Gdy zbliżali się do trzydziestki i zaczęli myśleć o dziecku, okazało się, że to nie takie proste.
Zaczęły się długie wizyty u lekarzy, badania i leczenie. Wydawało się, że wszystko powinno być dobrze, ale ciąża wciąż nie nadchodziła.
Świętując dwunastą rocznicę małżeństwa, z żalem zaakceptowali fakt, że chyba pozostaną bezdzietni. Jan, szybko ocierając napływającą łzę, powiedział:
„Nie dane nam być rodzicami. Ale kocham cię i chcę z tobą zestarzeć się, mimo wszystko”.
Dokładnie miesiąc później Elżbieta miała niezwykle jasny i dziwny sen. Śniło jej się, że wchodzi do łazienki i widzi w wannie pełnej wody ogromnego karpia.
„Jan, Jan! Spójrz, kto u nas tu zamieszkał! Jak to się stało? Przecież nigdy nie chodziłeś na ryby!” – zawołała do męża… i się obudziła.
Był już ranek. Śpiesznie szykując się do pracy, Elżbieta podzieliła się z Janem swoim żywym snem. Ten jedynie się uśmiechnął:
„Może naprawdę zacznę wędkować? Skoro już śnią ci się ryby!”
W pracy podczas przerwy na herbatę Elżbieta opowiedziała kilku koleżankom o swoim niezwykłym śnie.
Ewa Wróblewska tajemniczo się uśmiechnęła i mrugając do Elżbiety, powiedziała:
– Haha, Elka! Znajdziesz sobie rybkę na całe życie.
– Co masz na myśli?
– To sen zwiastujący ciążę. Jeszcze sobie przypomnisz moje słowa!
Elżbieta tylko westchnęła. Ostatni miesiąc już na nic nie liczyła. Ale kiedy sprawdziła terminy, zdała sobie sprawę, że minął piąty dzień opóźnienia.
Następnego ranka z zaskoczeniem patrzyła na test z dwiema wyraźnymi kreskami.
Ciąża przebiegała dość pomyślnie, a przyszłą mamę męczyły tylko łagodne nudności przez pierwsze trzy miesiące.
Później zaczęła ją dręczyć jedynie teściowa.
***
Wiesława była energiczną kobietą, od dawna oczekującą wnuków. Gdy tylko dowiedziała się, że jej synowa jest w ciąży, natychmiast zaczęła intensywnie uczyć Elżbietę.
– Potrzeba ci co najmniej pięćdziesięciu pieluch. Flanelowych i lekkich. Mam nadzieję, że żelazko masz w porządku? Musisz je prać i prasować w najwyższej temperaturze z obu stron!
– Właściwie, to nie zamierzałam używać pieluch. Teraz można po prostu kupić pajacyki i body z pieluszkami.
– O czym ty mówisz? Urodzisz chłopca! Żadnych plastikowych pieluch! To jak w szklarni! Tylko z gazy! Nauczę cię wszystkiego, bo jeszcze wnuczkowi zdrowie popsujesz od samego początku!
– Dobrze, ale chciałabym przynajmniej wybrać kolor i wzór tych pieluch, – ustąpiła Elżbieta. – Nie lubię zbyt jaskrawych z obrazkami.
– Wybierzemy, nie martw się, – stwierdziła szybko teściowa.
Dokładnie tydzień później Wiesława z uśmiechem postawiła przed zaskoczoną Elżbietą spory pakunek pieluch:
„Pomyślałam, po co masz chodzić po sklepach, łapać bakterie! Ja sobie sama poradzę, myślisz, że nie dam rady? Zobacz, jaka jakość flaneli!”
Elżbieta z rozczarowaniem rozwijała jedną pieluchę za drugą: wszystkie w jaskrawych kolorach z wielkimi kaczątkami, misiach i błyszczącymi autkami.
„No trudno, skoro już kupiła, to kupiła. Nie będę się z nią o to kłóciła”.
Już będąc w szpitalu, synowa dowiedziała się, że teściowa przeprowadziła się do nich na „tydzień lub dwa, żeby pomóc z noworodkiem”.
Elżbieta, zbyt zmęczona po trudnych porodach, nie miała siły się sprzeciwić.
„Pomoc naprawdę przyda się na początku”, – uznała.
„Oj, jak to dziwnie trzymasz! Daj, szybko daj tutaj, pokażę ci, jak trzymać prawidłowo”, – tak przywitała teściowa Elżbietę po wypisie.
Młodzi rodzice zostali natychmiast odsunięci przez nowo upieczoną babcię od własnego syna.
Już w domu Elżbieta zauważyła, że kupiona przez nią wanienka do kąpieli i paczka pieluch zostały wyniesione na balkon.
– Nauczę was prawidłowo kąpać dziecko! Na dno wanienki trzeba położyć folię, a nie te wasze dziwne wynalazki stawiać! Jeszcze mojemu Karpusiowi wszystkie kończyny powywichacie.
– On się nazywa Michał, – przypomniał Jan.
– Tak, tak, dla was jest Michał, a dla mnie to Karpusia! Chodź, kąp kąp, Karpuś! Tylko musimy dobrze nagrzać łazienkę, bo jeszcze się przeziębi! – krzątała się teściowa, wlewając gorącą wodę.
Gdy łazienka była przygotowana, Wiesława, trzymając dziecko i wykrzykując do syna, żeby nie trzymał długo otwartych drzwi, poszła kąpać małego.
Chłopczyk płakał, a babcia szybko namydlała go dziecięcym mydełkiem. Po kąpieli ciasno zawinęła go w dwie pieluchy jednocześnie.
– Przecież w domu mamy ciepło, – próbowała protestować Elżbieta.
– Wam może ciepło. A on jest mały, będzie mu zimno. Nie zdejmuj czepka ani nie odwijaj go, niech tak śpi!
Noc dla Elżbiety i jej męża była niespokojna. Dziecko nie mogło spać na mokrych pieluchach z gazy i ciągle budziło ich płaczem.
Trzeba było wstawać, rozwijać, zmieniać i ponownie zawijać. Te wstawania i ciągłe zamieszanie nie pozwalały spać ani rodzicom, ani niemowlakowi.
Rano w koszu na pranie gromadziła się góra pieluch, a Elżbieta i Jan mogli rywalizować, kto ma ciemniejsze kręgi pod oczami.
U małego Michała od babcinych zaleceń związywania na cieplej pojawiła się potówka.
– To nie potówka! – stanowczo oznajmiała Wiesława, oglądając wysypkę. – Zjadłaś coś, o tutaj mojego dobrego wysypało!
– Przecież już prawie nic nie jem, zostałam tylko na kaszy z kurczakiem! – oburzyła się Elżbieta.
– Może twoje mleko mu nie odpowiada! Lepiej bym go na mieszance karmiła, – upierała się teściowa.
– No nie! Będę karmiła sama, – nie poddawała się Elżbieta.
Teściowa, pogardliwie cmokając językiem, poszła. Od tej pory codziennie rano, ledwo słysząc płacz niemowlaka, Wiesława wpadała do sypialni młodych rodziców i zabierała syna Elżbiecie:
„Mama nie wie, jak cię uspokoić! Chodź, babcia ponosi swojego Karpusię. Mam tutaj smoczek!”
Dziecko wypluwało podanego smoczka, ale babcia, mimo protestów Elżbiety, nieustannie próbowała przyzwyczaić go do niego.
Pierwsze ważenie pokazało, że niemowlak traci na wadze.
„To wszystko dlatego, że teściowa zawsze go odbiera ode mnie od piersi. Twierdzi, że lepiej się nim zajmie, niż on będzie moją rzekomo karmią pustą pierś męczyć!” – uświadomiła sobie Elżbieta i zaczęła bronić swojego macierzyństwa.
Następnego ranka, jak zwykle, teściowa otworzyła drzwi do sypialni Elżbiety i Jana ze słowami:
– Idź lepiej przygotuj jedzenie i zrób pranie, a ja się zajmę wnuczkiem! Co on z twojej pustej piersi ma?
– Nie, dziękuję! On jeszcze je, – zdecydowanie odpowiedziała Elżbieta, tuląc syna do siebie.
– Byłoby, co jeść! – przez zęby cedziła teściowa, patrząc niezadowolonym wzrokiem. – Daj mi go!
– Czekaj, sam znajdzie, – spokojnie odpowiedziała Elżbieta. – Jak się naje, wtedy można nosić.
Jak tylko Elżbieta kategorycznie zabroniła teściowej odbierać jej syna, ten od razu zaczął przybierać na wadze.
Wiesława jedynie wzdychała z irytacją i narzekała, że Elżbieta jedynie torturuje chłopca.
„Dość już z nas babcinych rad”, – zdecydowała Elżbieta i poprosiła męża, by powiedział matce, że już doskonale radzą sobie jako rodzice i czas, aby wróciła do siebie.
Po rozmowie z synem, Wiesława była zraniona:
– A ja chciałam jeszcze u was kilka miesięcy zamieszkać! Jak sobie Karpuś beze mnie poradzi?
– Będziemy do ciebie przychodzić w odwiedziny, – uspokajał ją Jan.
Rzeczywiście, niemal co weekend przychodzili do Wiesławy. Ta z progu wyłapywała wnuka z rąk synowej i radośnie całowała w usta.
„Odpocznijcie tam sobie, a my z wnuczkiem porozmawiamy!” – z irytacją machnęła na synową i syna. Gdy nadchodził czas pożegnania, tuliła wnuka do siebie i mówiła:
– Wy jedźcie, a wnuk u mnie zostanie. Dobrze mu ze mną!
– A czym go będziecie karmić? – zapytała kiedyś w żartach Elżbieta.
– Znajdę mu najlepsze mleko! – z radością oświadczyła teściowa. – Nie to, co twoje granatowopępkowe!
– No dobrze, mamo, musimy już iść, – wtrącił się Jan, przewidując, że rozmowa jego żony z teściową nie skończy się niczym dobrym.
Wychodząc na ulicę, Elżbieta powiedziała do męża:
– Wydaje mi się, że nie nasyciła się tobą i twoim bratem?
– Cóż, większość czasu spędzaliśmy u babci i dziadka, – przyznał Jan.
– To widać. Ale urodziliśmy syna nie dla niej. Będzie musiała się pogodzić z tym, że jest babcią, a nie matką.



