Niespodziewane płomienie: jak prawie doszło do pożaru w Dniu 8 Marca

**Niespodzianka z przytupem: jak Kazik prawie spalił dom na Dzień Kobiet**

Spokój w mieszkaniu Anety rozwiał się, zanim jeszcze przekroczyła próg. W klatce schodowej unosił się dym, po schodach spływała mydlana woda, a powietrze było tak gęste, że aż szeptało: „Nie wchodź… Odejdź”. Ale Aneta, kobieta zahartowana, dyrektorka dużej firmy, nie należała do tych, którzy się wycofują.

Pchnęła drzwi, rzuciła na półkę bukiet z korporacyjnego bankietu, zrzuciła buty, jakby zrzucała ciężar całego dnia, i wsunęła stopy w kapcie. Chociaż, sądząc po kałużach wody, lepsze byłyby kalosze. W środku coś warczało, chlupało, dymiło. W kącie zaś wył kot.

— Kazik?! Co się tu, do cholery, dzieje?! — warknęła, przedzierając się przez opary i zapach spalonego tłuszczu.

Mąż wynurzył się z głębi mieszkania. W samej bieliźnie, bosy, twarz w zadrapach i sadzy, z sinikiem pod okiem i głową zawiniętą w ręcznik jak beduin na pustyni. Wyglądał, jakby nie przygotowywał się do święta, a walczył z miotaczami ognia pod Monte Cassino.

— Anetko… Myślałem, że wrócisz później… bankiet, przecież zwykle zostajesz do końca…

Aneta, nawet nie zdziwiona, usiadła na pufie, zamknęła oczy i powiedziała stanowczo:

— Mów. Wszystko. I bez „kochanie” i „nie martw się”. Martwiłam się, gdy w latach dziewięćdziesiątych najeżdżali na mnie bandyci. Martwiłam się, gdy biznes wisiał na włosku. Od tamtej pory nie wpadam w panikę. A teraz — tłumacz, co ty tu narobiłeś.

Kazik przełknął ślinę.
— Chciałem zrobić niespodziankę. Święto. Zasługujesz… Sprzątałem, prałem, piekłem cielęcinę, myłem podłogi…

— Cielęcinę? — doprecyzowała Aneta.

— Nie cielęcinę… Pralkę. Zaczęła przeciekać. Nie od razu. Najpierw włożyłem mięso do piekarnika, potem poszedłem do łazienki, a tam — kot.

— Kot żyje?

— No… oczywiście! — obruszył się Kazik. — Tylko trochę mokry. I wkurzony. Przysięgam, kiedy włączałem pralkę — go tam nie było. Wślizgnął się jakoś później…

— Wślizgnął?! Do ZAMKNIĘTEJ pralki?!

— Może się przecisnął…

Aneta zasłoniła twarz dłońmi.
— Dobra, kontynuuj. Ale najpierw pokaż kota. Muszę się upewnić, że przynajmniej on przeżył.

— Eee… Jest w salonie. Tam… przywiązany. Dla jego bezpieczeństwa. I żeby wyschnął.

— Łapy na miejscu?

— Wszystkie cztery. Tylko… unieruchomione. Tymczasowo.

— I co dalej?

— Poszedłem prać, czuję — śmierdzi. Myślę: coś się pali. Otwieram piekarnik, a mięso węgiel. Polałem oliwą — buchnęło płomieniem. Oparzyłem brwi. Kot zaczął wrzeszczeć. Biegnę do pralki, a ta się nie otwiera. A kot za szybą — oczy jak u diabła. I drze się! A ja — między piekłem w kuchni a piekłem w łazience. Wziąłem łom. Rozbiłem. Kot wyskoczył i zaczęło się…

— Jezu… — wyszeptała Aneta.

— Potłukł dwie wazy, nasrał na dywan, zdarł zasłony, porysował tapetę, strzelił szampanem, sąsiedzi grozili, że wezwą policję i wiedźmę. Złapałem go i przywiązałem. Suszę. A tobie, Anetko, chciałem zrobić niespodziankę…

Aneta wstała. Przeszła do salonu. Widok mógłby przyprawić o zawał wrażliwszą kobietę, ale nie ją. Kot — przywiązany do kaloryfera, z pyskiem owiniętym szalikiem, dym w powietrzu, kałuże, potłuczone szkło. Jak po bitwie. Kazik kręcił się za nią, tłumacząc:

— No bo nie chciał siedzieć! Bałem się, że nie wyschnie. A żeby nie piszczał — usta zakryłem. Ale wszystko w porządku!

Aneta uwolniła kota, otarła go ręcznikiem z głowy Kazika, przytuliła.

— Draniu jeden, Kaziu. Mógł się udusić. Chociaż po pralce teraz nic go nie ruszy.

Usiadła z kotem na kanapie, spojrzała na męża:

— No i?

— Co „no i”? — zmarkotniał. — Mam się powiesić teraz czy później?

— Życząć mi, głupku. Dziś Dzień Kobiet.

Kazik zapłonął, wybiegł z pokoju i wrócił po chwili z poważną miną, klęknął przed żoną, wyciągnął ręce za plecami.

— Anetko, światło moich oczu. Trzydzieści lat ze mną, a wciąż mnie zachwycasz. Jesteś silna, piękna, cierpliwa i kochana. Z okazji Dnia Kobiet!

Podał jej pudełko z pierścionkiem i pognieciony, obdarty bukiet.

— Kwiaty były ładne… dopóki kot… no wiesz…

Aneta westchnęła, powąchała róże.
— Nawet pachną. I, o dziwo, nie spalenizną. Kazik, koniec z eksperymentami. Po prostu kwiaty. Przytulenie. I nie podpalanie mieszkania. Dobrze?

— Chciałem czegoś wyjątkowego. W pracy dostajesz arcydzieła, a ja… chciałem od serca. Z duszą. I z przytupem. No i wyszło…

— Wyszło — uśmiechnęła się Aneta. — Z duszą, z przytupem, i nawet z groźbą interwencji straży. Chodźmy. Ratować dom. Przepraszać sąsiadów. Bo faktycznie wiedźmę wezwą. Choć pewnie i ona ma swojego Kazika. Równie… pomysłowego. Ciekawe, co teraz kombinuje.

Kot w tej chwili ziewnął, owinął ogonem nogę Anety i, jakby na znak solidarności, demonstracyjnie prychnął w stronę Kazika. Święto się udało. Na całe życie.

*Z dziennika pewnego męża: Czasem najmilsze niespodzianki rodzą się z chaosu, ale lepiej, gdy ten chaos nie grozi eksmisją. Kochajmy, ale z głową.*

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 + 3 =

Niespodziewane płomienie: jak prawie doszło do pożaru w Dniu 8 Marca