Nieoczekiwanie zamężna
Kinga pędziła przez centrum handlowe z torbami wypełnionymi po brzegi, omijając ludzi na schodach ruchomych, wściekła na nieporadnego chłopaka Darka, który nie miał nawet samochodu, żeby ją odebrać i zawieźć do domu z zakupami. Musiała zamówić taksówkę przez aplikację. I oczywiście, jak na złość, auto przydzielono błyskawicznie. Więc w szpilkach, z zawalonymi torbami, biegła przez całe centrum na parking.
Wściekała się. Nie dość, że nikt nie mógł jej podwieźć, to jeszcze drogie skórzane buty obtarły jej nogę.
— Panno, ostrożnie! — oburzyła się kobieta na schodach ruchomych, którą Kinga zahaczyła przypadkiem torbą po głowie.
— Trzeba patrzeć pod nogi, a nie w chmury! — rzuciła przez ramię spóźniona klientka, nawet się nie oglądając.
— Chamka! — wypluła obrażona starsza pani, ale Kinga miała gdzieś jej zdanie.
Biegła dalej w stronę parkingu. Dopiero gdy wyszła na zewnątrz, przyszło jej do głowy sprawdzić numer przypisanego samochodu. Ale było już za późno — kierowca odrzucił zlecenie, a cena skoczyła niemal dwukrotnie. Wściekła Kinga anulowała zamówienie, wrzuciła telefon do kieszeni. Rozejrzała się. Niedaleko stała wolna ławka. Cisnęła na nią wszystkie torby i sama opadła obok, ściągając przy okazji ten głupi, niewygodny but.
— Boże! Wszystko dziś przeciwko mnie! — zaklęła, z furią odtrącając jedną z siatek. Ta smutno opadła na ławkę, gubiąc paragon.
Kinga oparła się o oparcie i zamknęła oczy. Ostatnio miała wrażenie, że życie specjalnie jej dokucza…
***
Kinga zawsze była tą, która marzyła o więcej i nie zniżała się do byle czego. Jeśli telefon, to najnowszy model. Jeśli manicure albo farbowanie włosów, to tylko w najlepszym salonie u topowej stylistki. Jeśli buty, to najwyższej jakości. Podobne zasady stosowała wobec swoich adoratorów. Tyle że z nimi jakoś nie wychodziło. Zamiast przystojnych, bogatych i inteligentnych trafiali się wyłącznie „nierentowni” — starzy, grubi, łysi, głupi, biedni, leniwi. Kinga długo przebierała. Ale w końcu się poddała.
— Dotrzesz do tego, że nikt cię nie będzie chciał — mawiała czasem jej matka. — Mężczyzna liczy się nie przez twarz i portfel, a przez czyny.
— I co, mam się nocami zachwycać jego czynami? Poza tym, żeby piękne rzeczy robić, trzeba mieć kasę — ripostowała dwudziestopięcioletnia Kinga.
Matka nie miała odpowiedzi. Tylko westchnęła. Kinga była zbyt cięta językiem. Na wszystko miała gotową replikę, jakby ukończyła kursy sarkazmu, choć w rzeczywistości pracowała jako zwykła recepcjonistka w restauracji. To tam trzy lata temu wszystko się zaczęło. A właściwie przybrało absurdalne rozmiary. Patrzyła na elegantki w futrach, które bogaci kawalerowie przyprowadzali na kolacje. I pomyślała: „A czemu ja nie? Też zasługuję na takie życie!”
Tylko że życie miało wobec Kingi własne plany. Bogaci adoratorzy jakoś na nią nie patrzyli. Coś, czego sama nie widziała, zdradzało w niej prowincjuszkę z przeciętnym wykształceniem i zwykłego pochodzenia. A Kinga marzyła o mężczyźnie z pozycją, dobrą pracą, drogim autem i garniturami szytymi na miarę.
Czas płynął, faceci się zmieniali, ale wymarzony ideał się nie pojawiał. W końcu Kinga uległa, gdy zaczął się nią interesować Darek – bankowy urzędnik, cztery lata starszy, z przeciętną pensją. Wygląd miał nijaki – jasne włosy, szare oczy, wzrost 175 cm, nie sportowa, ale i nie rozlazła sylwetka. Za to miał przestronne dwupokojowe mieszkanie kupione na kredyt. Samochodu nie posiadał. Uważał, że w mieście z metrem, tramwajami i autobusami auto to zbędny luksus.
Był niezwykle dobry, ale uparty. Długo zabiegał o Kingę, nosił kwiaty do pracy, zapraszał na randki. Po trzech miesiącach, pod wpływem namów matki, dziewczyna w końcu się zgodziła.
— Dobry chłop, cię o ziemię nie upuści, kocha, dba – czego ty jeszcze chcesz? Lepiej wróbel w garści niż gołąb na dachu – mówiła córce matka.
Kinga, zgrzytając zębami, przystała na ten związek. Ale w sumie żyło jej się z Darkiem całkiem nieźle. Mężczyzna okazał się troskliwy i oddany. Spłacał jej zachcianki, zabierał na wakacje za granicę – wprawdzie nie w pięciogwiazdkowe hotele i ekonomiczną klasą. Gotował kolacje, przynosił kawę do łóżka, regularnie wysyłał na wspólne zakupy z koleżankami. I był zdecydowany oświadczyć się dziewczynie.
Minął niemal rok. Kinga się przyzwyczaiła. Ale nie przestała marzyć. Narzekała przed przyjaciółkami, że Darek nie spełnia jej oczekiwań, nie krępując się wcale. Chociaż… nie miała przecież prawdziwych powodów do narzekań…
***
— Dlaczego wszyscy przeciwko mnie? Ja na przykład jestem całkiem za tak miłym towarzystwem — usłyszała nagle tuż przy uchu.
Kinga podskoczyła, otworzyła oczy i odwróciła głowę. Za ławką stał Krzysztof. Kiedyś, dawno temu, na studiach próbował się do niej zalecać, ale dziewczyna ostentacyjnie go odtrąciła na oczach koleżanek.
Przez chwilę nawet go nie poznała. Zamiast koślawego, pryszczatego studenta przed nią stał przystojny brunet z modną fryzurą, niewielką brodą, szerokimi ramionami i w skórzanej kurtce.
— Hej, ależ niespodzianka — wykrztusiła Kinga. — Ty… zmieniłeś się. Dawno się nie widzieliśmy.
— No, dawno — skinął Krzysztof. — Ale ja cię od razu poznałem. Co się stało? Siedzisz sama, bez buta, z górą zakupów i miną jak na pogrzebie.
Kinga niepewnie wzruszyła ramionami i opowiedziała o swoich perypetiach. Oczywiście pomijając wątek Darka.
— Słuchaj, to może cię podwiozę? — zaproponował Krzysztof. — Auto stoi niedaleko.
Kinga podążyła za jego wzrokiem i ujrzała lśniącego, ogromnego czarnego terenowego suva. Od razu skinęła głową i sztucznie potarła obolałą nogę. W minutę później Krzysztof z galanterią pomógł jej wsiąść, podtrzymującKinga spojrzała w lustro w swojej starej kawalerce, ocierając łzy, i po raz pierwszy pomyślała, że może jednak ta zwyczajna, ciepła miłość Darka była czymś znacznie cenniejszym niż wszystkie te błyszczące pozory.



