Przebywając w szpitalu położniczym, Monika dowiedziała się, że teściowa przeprowadziła się do nich
Młodzi rodzice zostali natychmiast odsunięci przez świeżo upieczoną babcię od własnego syna.
Już w domu Monika zauważyła, że kupiona przez nią wanienka do kąpieli i paczka pieluch trafiły na balkon.
– Jak dobrze, że będziecie mieli synka. Już dawno chciałam nazwać syna Leszkiem! Może chociaż wy tak nazwiecie mi wnuka! – cieszyła się teściowa Moniki, gawędząc przez telefon.
– Pani Krystyna, już wymyśliliśmy imię. Będzie miał na imię Kamil. Kamil Nowakowski brzmi świetnie – próbowała wyjaśnić zaskoczona Monika.
– Znowu mnie nie chcesz słuchać! Jaki Kamil? Kamili jest na pęczki. Wymyśliłam wnukowi takie mocne i piękne imię, a ty kręcisz nosem? Wszystko mam z tobą jasne. Egoistka z ciebie – zdenerwowała się teściowa i się rozłączyła.
„Swoich synów, przede wszystkim, nazwała Wojciechem i Piotrem! A dla wnuka nic lepszego niż Leszek się nie znalazło”, myślała ze złością Monika.
Kiedy opowiedziała mężowi o rozmowie z jego matką, Wojtek tylko się roześmiał:
„A pamiętasz o tej rybie, która ci się przyśniła?”
***
Monika i Wojtek byli małżeństwem już ponad dziesięć lat, ale nadal nie mieli dzieci.
Najpierw byli zajęci swoimi karierami i kupnem mieszkania, później podróżowali.
Kiedy pod trzydziestkę zaczęli myśleć o dziecku, okazało się to nie takie proste.
Zaczęły się długie wizyty u lekarzy, badania i leczenie. Wydawało się, że wszystko powinno być w porządku, ale ciąża się nie pojawiała.
Świętując dwunastą rocznicę ślubu, ze smutkiem przyznali, że prawdopodobnie zostaną bezdzietni. Wojtek, pośpiesznie ocierając łzę, powiedział:
„Nie pisane nam być rodzicami. Ale kocham cię i chcę z tobą się zestarzeć, bez względu na wszystko”.
Dokładnie miesiąc później Monika miała niezwykle jasny i dziwny sen. Śniło jej się, że wchodzi do łazienki i widzi w pełnej wody wannie ogromnego karpia.
„Wojtek, Wojtek! Zobacz, kto się u nas zalągł! Jak to się stało? Przecież nigdy na ryby nie chodziłeś!” – krzyczała Monika do męża… i obudziła się.
Był już ranek. Szybko zbierając się do pracy, Monika opowiedziała Wojtkowi o swoim żywym śnie. Ten tylko się uśmiechnął:
„Może warto byłoby zacząć interesować się wędkarstwem? Skoro już ci się ryby śnią!”
W pracy przy herbacie Monika opowiadała kilku koleżankom o swoim nietypowym śnie.
Zofia, uśmiechając się tajemniczo, mrugnęła do Moniki i powiedziała:
– Oho, Monika! Złapiesz sobie rybkę! Na całe życie.
– Co to znaczy?
– To sen o ciąży. Zobaczysz, moje słowa się spełnią!
Monika tylko westchnęła. W ostatnim miesiącu nie liczyła już na nic. Ale kiedy przeliczyła terminy, zrozumiała, że to piąty dzień spóźnienia.
Następnego ranka patrzyła oszołomiona na test z dwiema jasnymi kreskami.
Ciąża rozwijała się pomyślnie, a przyszła mama borykała się tylko z lekkimi porannymi mdłościami przez pierwsze trzy miesiące.
Potem zaczął jej dokuczać tylko teściowa.
***
Pani Krystyna była kobietą aktywną i od dawna oczekiwała wnuków. Jak tylko dowiedziała się o ciąży Moniki, od razu zaczęła ją instruować.
– Musisz mieć co najmniej pięćdziesiąt pieluch. Flanelowych i cienkich. Mam nadzieję, że prasujesz dobrze? Trzeba je wyprać i prasować z obu stron na najwyższej temperaturze!
– Właściwie, to nie planowałam pieluchować. Teraz można po prostu kupić kaftaniki i body z pieluchami.
– Co ty mówisz? Przecież będziesz mieć chłopca! Żadnych plastikowych pieluch! Jak w szklarni! Tylko z gazy! Nauczę cię wszystkiego, bo zniszczysz zdrowie mojemu wnuczkowi od maleńkości!
– Dobrze, ale chciałabym przynajmniej wybrać kolor i wzór tych pieluch, – poddała się Monika. – Nie lubię zbyt jaskrawych z nadrukami.
– Wybierzemy, nie martw się – zapewniała teściowa.
Równo tydzień później Pani Krystyna z uśmiechem postawiła przed zdziwioną Moniką duży worek pieluch:
„Pomyślałam, po co będziesz chodzić po sklepach, wszędzie te bakterie! Jakbym sobie bez ciebie nie poradziła? Zobacz, jaka trafiła mi się dobra flanela!”
Monika z rozczarowaniem rozwijała jedną pieluchę po drugiej: wszystkie w jaskrawych kolorach i z ogromnymi kaczkami, misami i samochodzikami.
„No trudno, skoro już kupiła, to kupiła. Nie będę się o to kłócić”.
Będąc już w szpitalu, Monika dowiedziała się, że teściowa przyjechała do nich „na tydzień czy dwa, żeby pomóc z noworodkiem”.
Zbyt zmęczona, by się sprzeciwiać po trudnym porodzie, Monika nie znalazła w sobie siły, by protestować.
„Pomoc na pewno się przyda”, – rozważała.
„Ojej, jak dziwnie go trzymasz! Daj mi, pokażę ci, jak go poprawnie trzymać”, – przywitała Monikę po powrocie do domu teściowa.
Młodzi rodzice zostali natychmiast odsunięci przez świeżo upieczoną babcię od własnego syna.
Już w domu Monika zauważyła, że kupiona przez nią wanienka do kąpieli i paczka pieluch trafiły na balkon.
– Nauczę was przynajmniej prawidłowo kąpać dziecko! Na dno wanienki trzeba położyć ręcznik, a nie te wasze dziwne wanienki! A to na pewno wywichnie mojego Leszka.
– On ma na imię Kamil, – przypomniał Wojtek.
– No dla was jest Kamil, ale dla mnie to Leszek! Chodź, Leszku, popływamy! Trzeba, żeby kąpiel była porządna. A jeszcze zabiorę wam do kąpieli – krzątała się teściowa, włączając najwyższą temperaturę wody.
Kiedy wanna była przygotowana, Pani Krystyna wzięła dziecko i ganiła syna, żeby nie trzymał długo drzwi łazienki otwartych, i poszła kąpać niemowlaka.
Chłopiec płakał, a babcia szybko myła go dziecięcym mydełkiem. Po kąpieli ciasno zapakowała go w dwie pieluchy naraz.
– Przecież mamy ciepło w domu, – próbowała protestować Monika.
– Wam ciepło. A on malutki, zmarznie. Czapki mu nie zdejmuj i nie rozwijaj, niech tak śpi!
Noc dla Moniki i jej męża była niespokojna. Dziecko nie mogło spać na mokrych gazowych pieluchach i ciągle ich budziło płaczem.
Trzeba było wstawać, rozpakowywać, zmieniać i pakować na nowo. Wszystkie te porwania ze snu i nieustanne zrywania nie pozwalały spać ani rodzicom, ani maluchowi.
Rano w koszu na pranie piętrzyły się góry pieluch, a Monika i Wojtek wyglądali, jakby mogli rywalizować, czyje podkrążone cienie pod oczami były ciemniejsze.
Mały Kamil, od przepisanego przez babcię ciepłego pakowania, nabawił się potówek.
– To nie potówki! – stanowczo stwierdzała Pani Krystyna, patrząc na wysypkę. – Coś zjadłaś, dlatego tak się dzieje!
– Przecież jem tylko kaszę gryczaną z kurczakiem! – zirytowała się Monika.
– Mleko ci może mu nie służy! Ja bym go lepiej karmiała mieszanką, – twierdziła teściowa.
– No na pewno nie! Będę karmić sama, – nie poddawała się Monika.
Teściowa, głośno cmokając językiem, oddaliła się. Ale od tego poranka codziennie wcześnie rano, jak tylko usłyszała kwilenie niemowlaka, Pani Krystyna wchodziła do sypialni młodych rodziców i zabierała syna Monice:
„Mama nie wie, jak cię uspokoić! Daj babcia ponosi Leszka. Mam nawet smoczek!”
Dziecko wypluwało proponowane, ale babcia, mimo protestów Moniki, uparcie próbowała przyzwyczaić go do smoczka.
Pierwsza wizyta kontrolna wskazała, że niemowlak traci na wadze.
„To wszystko, bo teściowa ciągle odbiera go ode mnie przy karmieniu. Mówi, że ona lepiej potrafi się z nim bawić niż moja niby pusta pierś!” – zrozumiała Monika i postanowiła bronić swojego macierzyństwa.
Następnego ranka teściowa nawykowo otworzyła drzwi do sypialni Moniki i Wojtka ze słowami:
– Idź lepiej coś ugotuj i wypierz, a ja po opiekuję się wnuczkiem! Co z tego, że on przy twojej pustej piersi wisi!
– Nie, dziękuję! Jeszcze je, – stanowczo odpowiedziała Monika, przytulając synka do siebie.
– Cóż tam ma do jedzenia! – sarkastycznie stwierdziła teściowa, rzucając niezadowolone spojrzenie. – Daj lepiej, to ja go poniosę!
– Znajdzie! – spokojnie odpowiedziała Monika. – Kiedy się naje, wtedy będziecie go nosić.
Jak tylko Monika kategorycznie zabroniła teściowej zabierać syna, zaczął natychmiast przybierać na wadze.
Pani Krystyna tylko z irytacją wzdychała i lamentowała, że Monika tylko męczy chłopca.
„Dość nam tego nadzoru babci”, – postanowiła Monika i poprosiła męża, aby powiedział matce, że świetnie radzą sobie z obowiązkami rodzicielskimi i najwyższy czas, żeby wróciła do domu.
Po rozmowie z synem Pani Krystyna obraziła się:
– A ja chciała jeszcze kilka miesięcy u was mieszkać! A co Leszek beze mnie?
– Będziemy was odwiedzać! – pocieszał ją Wojtek.
Rzeczywiście, prawie co weekend przyjeżdżali do Pani Krystyny. Ta już na progu odbierała wnuka z rąk Moniki i z radością całowała go w usta.
„Idźcie, odpocznijcie tam sami, a ja porozmawiam z wnuczkiem!” – z irytacją machała ręką od synowej i syna. Kiedy nadchodził czas pożegnania, przytulała wnuka do siebie i mówiła:
– Wy jedźcie, a wnuczek ze mną zostanie. Ze mną mu dobrze!
– A czym go będziesz karmić? – zapytała kiedyś żartobliwie Monika.
– Znajdę mu najlepsze mleczko! – zadowolona stwierdziła teściowa. – Nie to twoje cienkie!
– No dobra, mamo, musimy iść, – wtrącił się Wojtek w rozmowę, przewidując, że nic dobrego z rozmowy synowej z teściową nie wyniknie.
Wychodząc na zewnątrz, Monika powiedziała do męża:
– Rozumiem, że twoja mama i tata nie mieli okazji pełnić roli rodziców?
– Większość czasu spędzaliśmy u babci i dziadka, – przyznał Wojtek.
– Widać. Ale nie po to rodziliśmy syna. Będzie musiała postać się z faktem, że jest babcią, a nie matką.



