Niespodzianka od byłego
Krzysiek, poczekaj! krzyczała Dorota przez otwarte okno.
Ale chłopak jej nie słyszał.
Już siedział za kierownicą swojego passata i odpalał silnik. Dorota rzuciła się więc do drzwi, telefon ściskając w dłoni.
Biegnąc po schodach z czwartego piętra na parter, kilka razy próbowała do niego zadzwonić. Ale Krzysiek konsekwentnie ignorował jej połączenia.
Myślała tylko o jednym: Tylko zdążyć!
Widać zmiłowało się nad nią niebo, bo gdy Dorota niczym huragan wybiegła na dwór, Krzysiek wciąż jeszcze grzał silnik.
Widząc, że wybiegła bez kurtki, spojrzał na nią zaskoczony i uchylił szybę:
Co się stało? Wyglądasz jakbyś ducha zobaczyła!
U ciebie tam pod samochodem
Dorota była tak zdyszana, że nie potrafiła wydusić z siebie normalnego zdania. Padła więc na kolana i zaczęła wpełzać pod auto.
I ani trochę jej nie przeszkadzał syfiasty marcowy śnieg pod kolanami czy ohydne plamy na jeansach.
Gdy jednak wygramoliła się spod samochodu z wychudzonym, łysiejącym kotem w ramionach, Krzysiek stał obok z miną, która mówiła: typowy poniedziałek
Dorota, a ty co odpierniczasz? Co to za przedstawienie z rana? Ja się na robotę spóźniam, a ty tu szopkę odstawiasz.
Kot pod Twoim autem był, widziałam go przez okno. Bałam się, że jak ruszysz, to
Kto był pod autem? KOT?! parsknął śmiechem. I ty dla tego kota taki cyrk urządziłaś?
A co, koty nie chcą żyć? Dorota popatrzyła na swojego chłopaka jak na przybysza z innej planety.
No dobra, ale jakby chciał żyć, to by w nogi dawał, a nie pod autem spał. Silnik usłyszy i ucieknie, nie?
No nie do końca, Krzysiek Popatrz na niego. On nawet miauknąć już nie ma siły.
No dobra, uratowałaś kota, brawo ty. To teraz wracaj do domu, weź sobie żelka z miseczki, wrzuć relację na fejsa, a ja jadę, bo mnie kierownik zje.
Dorota patrzyła przez chwilę w ślad za odjeżdżającą skodą. W rękach kurczowo ściskała jeszcze osłabionego kota. I sama nie rozumiała, skąd u Krzyśka tyle znieczulicy. Wcześniej jakoś tego w nim nie widziała.
Zerknęła na kota. Biedak był słaniący się, oczy ledwie mu się otwierały ale patrzył na nią wdzięcznie? Tak, zdecydowanie to była wdzięczność.
Dorota zabrała kota do domu, przebrała się, zwinęła resztę pieniędzy z portfela i wezwała taksówkę.
Gdzie jedziemy? zapytał wesoło kierowca, gdy Dorota z kotem usiadła z tyłu.
Powtarzałam przez telefon: do weterynarza, najszybciej jak się da.
O weterynarza chodzi, no tak. Coś poważnego?
Musi dostać pomoc, natychmiast.
Rozumiem, więcej nie pytam. Ale znam świetną klinikę. Zaniosą go niemal z tamtego świata i na części złożą, jak trzeba.
Po piętnastu minutach Dorota siedziała już w poczekalni wśród tłumu innych zwierząt i ich właścicieli.
Co się stało pani zwierzakowi? zagadnęła babcia z mopsem na kolankach.
Jeszcze nie wiem odparła Dorota. Znaleziony pod autem, chyba całą noc przesiedział na mrozie.
Na mrozie?! O rany! To ja panią wpuszczę przed siebie, my tu tylko na przegląd, a pani kot szybciej pomocy potrzebuje.
Naprawdę? Jak miło
W końcu Dorota trafiła do gabinetu. Strasznie się denerwowała podczas tego badania.
Potem trzeba było czekać na wyniki badań krwi. Czas wlókł się niemiłosiernie.
Parę razy próbował się do niej dodzwonić Krzysiek, ale Dorota go zlewała zbyt bardzo była skupiona na kocie.
W końcu lekarz spojrzał na nią z powagą:
Rozumiem, że kot znaleziony na dworze?
Tak, pod autem, nie wiem ile tam siedział, może i całą noc
No, odmrożenia widzę. Ale to nie wszystko Chorób ma cały bukiet, leczenie będzie długie. I niestety kosztowne. Utrzyma pani takiego jegomościa? Jeśli nie, będzie trzeba znaleźć mu innych ludzi.
Dorota zdawała sobie sprawę, że leczenie kota kosztuje i wymaga czasu ale żeby AŻ TAK? Tego się nie spodziewała.
Znów spojrzała w kocie oczy. Kot nie żebrał, nie prosił tylko patrzył tymi swoimi ślepkami jakby mówił: Nie będę mieć żalu, jeśli postanowisz się wycofać.
Dam radę! odparła z determinacją. Zrobię wszystko, co trzeba. Choćby przez całe swoje życie.
Brawo uśmiechnął się lekarz. Musi pani zostawić kota na dwa tygodnie, potem rozpiszę leczenie i wytłumaczę co dalej.
Dziękuję Dorota ledwie powstrzymała łzy.
To raczej ja dziękuję. Takich ludzi jak pani ostatnio rzadko się spotyka.
Dorota wygłaskała kota, obiecała, że po niego wróci, a kot zebrał resztę sił i nawet zamiauczał na pożegnanie.
Do domu wróciła dopiero wieczorem. Była zmęczona jak po maratonie, marzyła tylko o tym, by paść na łóżko ale marzenia są po to, żeby ich nie realizować. W domu czekał już Krzysiek. I z miną, że zaraz kogoś pożre.
Dorota! Gdzieś ty się podziewała?! Dzwoniłem jak szalony, a Ty nie raczyłaś odebrać! Co to za zagrywki?
Sorry, miałam ciężki dzień rzuciła, zdejmując płaszcz i odstawiając buty Krzyśka, które po raz sto dwudziesty leżały porzucone przed wejściem.
Dziwne, przecież masz dzisiaj wolne Krzysiek wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu. Co cię tak wymęczyło?
Siedziałam cały dzień u weterynarza z kotem.
Jakim kotem?!?
Tym, którego rano wyciągnęłam spod twojego auta. Proszę cię, pogadajmy jutro, naprawdę padam na twarz.
Zaraz, zaraz! Chcesz mi powiedzieć, że cały DZIEŃ poświęciłaś jakiejś burej kupie z ulicy?
Krzysiek, nie ma tu znaczenia, czy jest ulicznypo prostu potrzebował pomocy. Chyba rozumiesz?
A ja tu, na ciebie i na obiad głoduję, o mnie to już nikt nie pomyśli?
Krzysiek, serio W zamrażarce są pierogi. Wiesz, jak gotować wodę, dasz radę.
Pierogi? To ja z kosza na śmieci bym miał jeść? No świetnie Ja pracuję cały dzień, a ty
Zmęczona Dorota i tak poszła ugotować mu kolację taką, jakie lubił, chociaż, szczerze mówiąc, nie zasłużył. Ale nie chciała mieć awantury.
Podziękowanie? Zapomnij.
Po dwóch tygodniach mogła w końcu odebrać kota z lecznicy. Kupiła mu już kuwetę, żwirek i resztę wyprawki tylko Krzyskowi jeszcze nie pokazała, żeby nie robić niepotrzebnych dymów.
Dorota w sumie nie wiedziała, jak powiedzieć facetowi, że teraz w ich mieszkaniu będzie mieszkał również kot. Ale logicznie rzecz biorąc mieszkanie jest jej. Krzysiek nawet nie zamierzał się oświadczać a już na pewno nie zamierzał kupować kawalerki.
Tymczasem już pierwszego wieczora, kiedy kot pojawił się w domu, Krzysiek zrobił istne przedstawienie.
Ty ty PRZYTARGAŁAŚ tego sierściucha z ulicy do domu?! Baby, ty masz coś z głową! Może jeszcze zaczniesz zbierać gołębie spod supermarketu?
Krzysiek, uspokój się. Uratowałam mu życie, biorę na siebie odpowiedzialność.
ILE ty już wpakowałaś w to kocie leczenie? Ile jeszcze planujesz przewalać?
To MOJE pieniądze ucięła Dorota. Ty się przede mną nie spowiadasz nawet z zakupów, które wpadają w twoje żołądki, a tłumaczysz się, że auto kosztuje i że masz problemy w pracy To nie o to teraz chodzi.
Masz dla niego imię?
Mam. Nazywa się Wojtuś.
Ty chyba rzeczywiście powinnaś pójść do psychiatry. Masakra.
Tej nocy Dorota spała osobno wygodnie, w swoim własnym pokoju. Leżała i rozmyślała czy naprawdę z Krzyśkiem coś ją jeszcze łączy?
Od roku byli razem, ale od niedawna było już coraz więcej zgrzytów. Krzysiek robił się coraz bardziej nieprzyjemny, apodyktyczny, a przy okazji zaczął pokazywać, jakie to ma zasady. Dorota postanowiła dać mu jeszcze jeden ostatni kredyt zaufania. Czy go wykorzysta? Niestety, nie.
Narzekał na kota dzień w dzień, powtarzał, że kot powinien wrócić na ulicę, a ona tylko coraz bardziej się upewniała, że facet, który jest okrutny wobec zwierząt, nie będzie dla niej dobrym partnerem.
Aż w końcu, pewnego wieczoru stwierdziła spokojnie:
Krzysiek, nie kocham cię. Ty mnie też nie kochasz. Nie męczmy się już dłużej, dobra?
Co to za teksty?
Jutro pakujesz manatki i wyprowadzasz się z mojego mieszkania. Potrzebuję wreszcie świętego spokoju.
Czyli sprowadziłaś tego kota, nie pytając mnie o zdanie, a ja jestem problemem? No nieźle
Jeśli nie możesz zaakceptować faktu, że Wojtuś zostaje, poszukaj sobie innej takiej, która nie ma kota. Albo lepiej kup sobie własne mieszkanie i tam rządź do woli.
Akcja miała się odbyć w dzień wolny Doroty idealnie.
Krzysiek jeszcze próbował się połasić, pomełdać i pokombinować, ale gdy tylko pojawiał się temat kota, dostawał szału. Dorota była już pewna: żadnego szczęścia z nim nie będzie.
Zbierał rzeczy do południa, marudząc i odwlekając moment wyjścia.
Dorota akurat piła herbatę w kuchni, gdy zadzwoniła jej szefowa:
Dorotko, kochana, wiem, prosiłaś dziś o wolne, ale awaria na firmie ratuj!
Pani Basiu, w sumie to strasznie kiepski moment weszła do przedpokoju i spojrzała na Krzyśka, który warczał, pakując swoje gacie do bagażu.
Do zabrania miał jeszcze komputer z monitorem, walizeczkę z narzędziami z balkonu.
Dorotko, tylko godzinka, błagam. Bez ciebie tu wszyscy się gubią. Wiesz, że nie dzwoniłabym bez powodu.
Dorota westchnęła głęboko, dopiła herbatę i poszła się ogarnąć. Krzyśkowi powiedziała, by klucz zostawił w skrzynce na listy. Ten przytaknął z taką miną, że aż ciarki jej przeszły po plecach.
W pracy się uwinęła. Po czterdziestu minutach zamówiła taksówkę.
Dzień dobry, jak się ma ten kotek?
Dorota aż się uśmiechnęła rozpoznała kierowcę: to ten sam, który wiózł ją do weterynarza.
Lepiej, dziękuję. Ale wróćmy teraz szybko do domu, bardzo mi zależy.
Służę pomocą taksówkarz szczerze się rozradował.
Pierwsze, co Dorota zrobiła w klatce schodowej, to zajrzała do skrzynki kluczy nie było. No i samochodu Krzyśka też. A więc co? Nie zebrał się jeszcze do wyjazdu?
Ale na czwartym piętrze spotkało ją zaskoczenie. Drzwi były zamknięte od wewnątrz! Wkłada klucz, wchodzi W mieszkaniu ani śladu rzeczy byłego, nie widać komputera, żadnego narzędzia, nic.
Prosiłam jak człowiek, żeby klucz zostawił! Trudno, trzeba zamki zmienić wymamrotała pod nosem.
Ale gdy weszła do sypialni, zamarła nie było tam Wojtusia. Brak transportera w kącie, brak miauczenia. Obiegła całą chatę, zdzwaniała się do Krzyśka:
Krzysiek! Czyś Ty całkiem zwariował? Po co zabrałeś mojego kota?!
Po co, po co Taki prezent, Dorotko! Jak przypełzniesz do mnie na klęczkach, to się zastanowię, czy ci go oddać!
Ty rozumiesz, co robisz? On potrzebuje specjalnego żarcia i opieki!
Długo jeszcze krzyczała w słuchawkę, ale Krzysiek już dawno ją rozłączył.
I gdzie ja go teraz znajdę? płakała Dorota, tuląc się do ściany. Dokąd mógł go zabrać?
Przed wspólnym zamieszkaniem Krzysiek wynajmował gdzieś stancję, ale nigdy jej nie pokazał. Twierdził, że zabierze ją kiedyś do rodzinnego miasta tyle że jakoś nie zabrali się dotąd.
Całą noc Dorota nie zmrużyła oka, a rano pognała do firmy Krzyśka. Tam dowiedziała się tylko tyle, że wziął sobie wolne na kilka dni.
Z grubsza wyjaśniła szefowi sytuację, obiecał, że jak tylko Krzysiek wróci pogada z nim osobiście.
Dorota wyczołgała się z biura i znowu spróbowała dodzwonić się do Krzyśka telefon wyłączony.
Może panią podwieźć?
Zaskoczona obejrzała się i zobaczyła znajomego taksówkarza wyglądającego zza drzwi samochodu.
Bardzo poproszę Dorota próbowała uśmiechnąć się przez łzy. Do domu.
W samochodzie zadrżał jej telefon. Numer nieznany.
Halo? Kto mówi?
Pani Dorota? usłyszała kobiecy głos.
Tak a kto pyta?
Wczoraj wieczorem przyjechał do nas Krzysiek, pani chłopak, zna mojego męża z pracy. Poprosił, czy może się zatrzymać kilka dni
A kot? Przywiózł kota?
Przywiózł. I dlatego dzwonię. Krzysiek od wczoraj coś pijany chodzi, opowiadał, że niby tym kotem panią sobie przywróci. Ale powiem szczerze, ten kot tylko by się tulił i miauczy, żal na niego patrzeć. Widać, tęskni za panią.
Błagam, nic mu nie dawać do jedzenia! Ma specjalną dietę!
Próbowałam, ale prawie nic nie chciał. Ale dzwonię, bo mąż w pracy, Krzyś wyszedł nie wiadomo gdzie, więc jak pani może, proszę przyjechać po kota. Ja zwierząt nie krzywdzę, nie chcę, żeby przez ludzkie jazdy kot się męczył.
Zaraz będę! Proszę podać adres!
Dorota wyjaśniła wszystko kierowcy, a ten tylko skinął głową i ruszył z przytupem. Po kilku wyjątkowo dynamicznych zakrętach (wbrew przepisom i grawitacji) dotarli pod właściwy blok.
Dorota wbiegła na trzecie piętro, zapukała, odebrała kota, podziękowała stokrotnie gospodyni i wybiegła z powrotem do samochodu.
Gdy wieżowiec zniknął za zakrętem, Dorota mogła wreszcie odetchnąć z ulgą.
Całą drogę płakała ze wzruszenia, że są na świecie dobrzy ludzie: starsza pani z kliniki, taksówkarz, kobieta, która zadzwoniła po nią Kiedy są tacy ludzie, dobro zawsze wygra.
Chce pani, żebym jeszcze został, jakby wrócił były? zaproponował taksówkarz.
Pewnie, że chcę! zgodziła się od razu.
Jeszcze tego samego dnia zadzwoniła po ślusarza, a Wojtuś od razu rozciągnął się mrucząc na kolanach u kierowcy zwanego już teraz po prostu: Panem Wiktorem.
Dorota była Wiktorowi OGROMNIE wdzięczna. Za wszystko. A historia zakończyła się tak jak powinna.
Nie trzeba mówić, że przyjaźń Wiktora i Doroty z biegiem czasu rozwinęła się w to cudowne uczucie, zwane miłością.
A Krzysiek? Tu aż się prosi, żeby napisać coś pikantnego.
Bo z mieszkania, gdzie się chwilowo zaszył, wyleciał następnego dnia z hukiem. Kolega, który go przyjął, nie wytrzymał, gdy zaczął wrzeszczeć na jego żonę. Nawet w gratisie podarował mu śliwę pod okiem.
A gdy Krzysiek pokazał się w pracy, szef wziął go na bok i kazał złożyć wypowiedzenie.
Ale dlaczego?! biedaczysko nie rozumiał.
Bo tak mruknął szef. Nie patrz tak na mnie, tylko pisz.
Nie zostało mu więc nic, tylko wrócić na swoją wieś, czy tam do swojego miasta.
Podsumowując zasłużył jak mało kto.
Bo tak się nie robi. I zwierzęta należy kochać. A jeśli już się nie potrafi, to chociaż Chociaż traktować je przyzwoicie.
No i pamiętajcie: nie ufajcie facetom, którzy nie lubią waszego kota.
Zasubskrybujcie kanał, żeby nie przegapić kolejnych historii.



