Nieproszeni goście w mieszkaniu — gdy po powrocie z urlopu Katia i Maks wracają do swojego warszawsk…

Obcy w mieszkaniu

Jagoda pierwsza przekręciła klucz w zamku i zastygła w progu. Z mieszkania dobiegał gwar telewizora, rozmowy w kuchni i obcy zapach. Za jej plecami Wiaczesław niemal wypuścił z rąk walizkę.

Cicho szepnęła kobieta, wyciągając rękę. Ktoś tu jest.

Na ich ulubionej, kremowej kanapie rozparły się dwie obce osoby. Mężczyzna w dresie zmieniał programy pilotem, obok siedziała pulchna kobieta z robótką ręczną w dłoniach. Na stoliku piętrzyły się kubki, talerzyki z okruchami, jakieś lekarstwa.

Przepraszam, kim państwo są? Jagoda ledwo panowała nad głosem.

Nieznajomi obejrzeli się bez cienia zażenowania.

A, już wróciliście kobieta nawet nie odłożyła drutów. My jesteśmy krewni Krysi. Dała nam klucze, powiedziała, że właścicieli nie ma.

Wiaczesław pobladł.

Jaka Krysia?

Wasza mama odezwał się mężczyzna, wreszcie wstając. Jesteśmy z Białegostoku, przyjechaliśmy z Bartkiem na badania. Mama nas tu ulokowała, mówiła, że nie będziecie mieć nic przeciwko.

Jagoda powoli przeszła do kuchni. Przy kuchence stał nastolatek, nie więcej niż piętnaście lat, smażył kiełbaski. Lodówka napchana obcymi zakupami, stos brudnych naczyń spiętrzony na stole.

A ty kto jesteś? wyjąkała.

Bartek odwrócił się chłopak. A nie można zjeść? Babcia Krysia pozwoliła.

Kobieta wróciła do przedpokoju, gdzie Wiaczesław już wyciągał telefon.

Mamo, co się dzieje? jego głos był cichy, ale rozżalony.

Z słuchawki rozbrzmiał energiczny głos teściowej:

Wiaczuś, już wróciliście? Jak tam wyjazd? Słuchaj, dałam klucze Stasi, ona z Jankiem do Warszawy przyjechali, Bartka do lekarzy wiodą. Pomyślałam, że mieszkanie stoi puste, szkoda, żeby się marnowało! Oni tylko na tydzień.

Mamo, a pytałaś nas o zgodę?

Po co pytać? Przecież was nie było. Tylko im powiedz, że ja pilnuję mieszkania i mają po sobie sprzątać.

Jagoda wyciągnęła dłoń po telefon:

Krystyno, serio? Wpuściła pani obcych do naszego mieszkania?

Jakich obcych? Przecież to moja siostra cioteczna Stasia! W dzieciństwie spałyśmy w jednym łóżku.

To dla mnie bez znaczenia z kim pani spała Jagoda podniosła głos. To nasze mieszkanie!

Jagódka, nie gorączkuj się. To rodzina. Cisi są, nic nie zniszczą. Bartka trzeba leczyć. Pomóc im trzeba. Chyba nie jesteś taka skąpa?

Mąż odzyskał telefon:

Mamo, za godzinę przyjeżdżasz i zabierasz wszystkich.

Wiaczuś, przecież mieli być do czwartku! Bartkowi badania lekarz kazał. Mieli hotel, to im pomogłam oszczędzić.

Godzina, mamo. Albo dzwonię na policję.

Odłączył się. Jagoda osunęła się na puf w przedpokoju, zakrywając twarz dłońmi. Walizki nie rozpakowane, z salonu dobiegał telewizor, z kuchni skwierczały kiełbaski. Jeszcze niedawno, w pociągu, wyobrażali sobie powrót do własnego domu. A teraz była tu jak nieproszony gość.

Już się zbieramy kobieta z salonu stanęła w przejściu, speszona. Krysia mówiła, że się nie obrazicie. Chcieliśmy zadzwonić, ale nie mieliśmy numeru. Mama zaproponowała, to skorzystaliśmy. Mieliśmy tu pobyć tydzień na badaniach.

Wiaczesław patrzył przez okno, milcząc. Jagoda widziała, jak spięte ma plecy zawsze tak trzymał się, gdy złościł się na matkę, ale nie potrafił jej tego powiedzieć.

Gdzie jest nasz kot? Jagodzie nagle ścisnęło się serce.

Jaki kot?

Rudy, Rysiek. Zostawiliśmy klucze dla niego.

Nie wiem Stasia rozłożyła ręce. Nie widzieliśmy żadnego kota.

Jagoda pobiegła do sypialni. Rysiek znalazł się pod łóżkiem, skulony w najdalszym kącie. Oczy miał ogromne, sierść nastroszoną. Na próbę wyjęcia przestraszył się, syknął i przytulił uszy.

Rysiu, to ja, spokojnie położyła się na podłodze.

Kot patrzył podejrzliwie. W pokoju unosiła się obca woń. Na stoliku jakieś tabletki, pościel zaścielona inaczej niż zwykle, na podłodze przypadkowe kapcie.

Wiaczesław dosiadł się do niej:

Przepraszam.

Nie masz za co. Przecież nie wiedziałeś.

Za mamę. Za to, jaka jest.

Ona myśli, że ma rację.

Zawsze tak robi mężczyzna szeptał z irytacją. Pamiętasz, jak wprowadziliśmy się, przychodziła bez ostrzeżenia? Myślałem, że zrozumiała. Jednak nie.

Z korytarza dobiegły odgłosy. Przyszła teściowa. Jagoda otrzepała włosy i wyszła.

Krystyna stała rozgniewana:

Wiaczuś, oszalałeś?

Mamo, usiądź w kuchni mąż wskazał na krzesło.

Jakie usiądź… Stasia, Janek, zbieramy się, wyrzucają nas! Pojedziemy do mnie.

Mamo, usiądź, proszę.

Krystyna napotkała wzrok syna i ucichła. Całą trójką weszli do kuchni, gdzie Bartek dopijał herbatę.

Mamo Wiaczesław przycupnął naprzeciwko niej wyjaśnij mi, jak wpadłaś na to, żeby bez pytania wpuścić tu ludzi?

Pomagałam! Stasia płakała, Bartka bolało, jechali do Warszawy, a nie mieli gdzie spać. To pomyślałam o waszym pustym mieszkaniu.

To nie twoje mieszkanie.

Jak nie moje? Przecież mam klucze.

Klucze do karmienia kota, nie do wynajmowania mieszkania.

Wiaczuś, przecież to rodzina! Całe życie ze Stasią razem, Janek pracowity. Bartek, biedny chłopiec… A ty ich na ulicę?

Jagoda nalała wodę, trzęsły się jej ręce.

Krystyno, nie zapytała nas pani.

Po co pytać? Nie było was.

Właśnie dlatego trzeba było pytać Wiaczesław uniósł głos. Telefony mamy, kontakt działa. Wystarczyło zapytać. Mogliśmy ustalić.

I co byście powiedzieli? Może się zgodzili, może nie…

Przynajmniej byśmy wiedzieli. To się nazywa szacunek.

Krystyna wstała:

Zawsze to samo. Pomagam, a potem mi się wypomina. Stasia, pakuj się, jedziemy do mnie.

Ale u ciebie kawalerka, nawet łóżek nie wystarczy zauważył Wiaczesław.

Damy radę. Lepiej niż u niewdzięcznych.

Jagoda odstawiła szklankę.

Krystyno, proszę się zatrzymać. Dobrze pani wie, że to było nie w porządku. Inaczej by pani do nas zadzwoniła.

Teściowa oniemiała.

Wie pani, że nie zgodzilibyśmy się. Dlatego postawiła nas pani przed faktem. Że już gotowe, już zajęte, już nie mamy wyjścia. Liczyła pani, że wytrzymamy?

Chciałam dobrze.

Nie. Chciała pani po swojemu. To nie to samo.

Po raz pierwszy Krystyna wyglądała na zagubioną.

Stasia płakała Bartka potwornie bolało. Żal mi się zrobiło.

Rozumiem powiedział Wiaczesław ale nie powinnaś rozporządzać nieswoim. Wyobraź sobie, że ja wpuściłem do twojego mieszkania moich kolegów, bez pytania. Jak byś się poczuła?

Byłabym zła.

No właśnie.

Zapadła cisza. Z salonu dolatywało sapanie walizek, łkanie Stasi, ciche szmery Janka. Bartek stał w drzwiach, spuścił głowę.

Przepraszam wymamrotał nastolatek. Myślałem, że można. Babcia powiedziała.

Jagoda spojrzała na niego z rezygnacją zwykły chłopiec, przestraszony, zagubiony. To nie jego wina, że dorośli nie potrafią się dogadać.

Nie ty jesteś winny szepnęła. Idź, pomóż rodzicom.

Krystyna otarła oczy chustką:

Naprawdę myślałam, że dobrze robię. Nie przyszło mi do głowy pytać. Zawsze dla was wszystko robiłam, myślałam, że wy dla mnie też.

Nie jesteśmy już dziećmi, mamo. Mamy własne życie.

Rozumiem. Odebrać wam klucze?

Tak kiwnęła Jagoda. Przykro nam, ale zaufanie zostało nadwyrężone.

Rozumiem.

Rodzina Stasi szybko się spakowała. Przepraszali długo i niezręcznie. Krystyna odwiozła ich do siebie, obiecała jakoś ich upchnąć. Wiaczesław zamknął drzwi i oparł się o nie plecami.

Przestępowali przez mieszkanie, w którym wszystko nosiło ślady obcych niepoustawiana pościel, brudne kubki, przesunięte krzesła, obca żywność w lodówce. Rysiek ciągle tkwił pod łóżkiem, nieufny.

Myślisz, że zrozumiała? spytała Jagoda, otwierając okno w kuchni.

Nie wiem. Chcę wierzyć.

A jeśli nie?

Nie pozwolę, by tak nas potraktowano ponownie.

Objęła męża. Stali w zamieszaniu, które było ich własnym domem.

Najgorsze? odsunęła się Jagoda. Kot. Właśnie po to zostawiliśmy klucze. On siedział głodny, wystraszony cały ten cyrk.

Ciekawe, czy go karmili?

Chyba nie. Miska pusta, woda brudna. Zapomnieli o nim całkiem.

Wiaczesław ukląkł przy łóżku:

Rysiek, wybacz, stary. Już nigdy nie damy mamie kluczy.

Kot nieufnie wystawił pysk, wreszcie wyszedł i otarł się o nogi pana. Jagoda przyniosła mu jedzenie. Rysiek rzucił się na nie, jakby nie jadł od tygodnia.

Wzięli się za porządki. Wyrzucili obcą żywność z lodówki, sprzątnęli naczynia, zmienili pościel. Rysiek objadł się i zasnął na parapecie, zwinięty w kłębek. Mieszkanie powoli znów stawało się ich domem.

Wieczorem zadzwoniła Krystyna. Głos miała cichy, skruszony:

Wiaczuś, tak myślałam Miałeś rację. Wybacz mi proszę.

Dzięki, mamo.

Jagoda bardzo się gniewa?

Mąż spojrzał na żonę. Pokiwała głową:

Gniewa się. Ale jej przejdzie.

Po rozmowie długo siedzieli w kuchni, pili herbatę w ciszy. Za oknem zapadał zmierzch. Mieszkanie było wreszcie spokojne, posprzątane, znowu ich. Wakacje skończyły się nagle i boleśnie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa + jeden =

Nieproszeni goście w mieszkaniu — gdy po powrocie z urlopu Katia i Maks wracają do swojego warszawsk…