Nieoczekiwany gość przy śniadaniu, czyli jak jedyny mężczyzna w rodzinie Zawistowskich znalazł szczę…

Jedyny mężczyzna w rodzinie

Przy śniadaniu tego poranka starsza córka, Weronika, zerkając w ekran swojego telefonu, zapytała:
Tata, widziałeś dzisiejszą datę?
Nie, co w niej niby takiego niezwykłego?
Zamiast odpowiadać, odwróciła telefon: na ekranie widniał ciąg cyfr: 11.11.11, czyli 11 listopada 2011 roku.
To przecież twoja szczęśliwa liczba 11, a dziś od razu trzy pod rząd. Czeka cię szczęśliwy dzień!
Cóż, chciałoby się, żeby to było takie proste westchnął pan Władysław, z nutką śmiechu w głosie.
Tato wtrąciła młodsza córka, Jagódka, również nie odrywając wzroku od smartfona Dzisiaj Skorpionom wróżą miłe spotkanie i prezent na całe życie.

Świetnie. Pewnie się okaże, że gdzieś w Europie albo Ameryce zmarł nieznany nam krewny, z fortuną do podziału tylko dla nas, oczywiście milioner
Tata, raczej miliarder! podchwyciła żart Weronika. Przecież dla ciebie milion to grosze.
Racja, chyba bym się nie zadowolił takim drobiazgiem. Co zrobimy z całą tą kasą? Co wy na to, żeby najpierw kupić willę we Włoszech albo chociaż na Mazurach? Potem może jacht?
I helikopter, tato! dołączyła się do rozmarzonych córek Jagódka. Chciałabym swój własny!
Nie ma sprawy, dostaniesz swój helikopter. A ty, Weroniko, co byś chciała?
Marzę, żeby zagrać w filmie, najlepiej w Bollywood, z Salmanem Khanem
Och, co za drobnostka. Zadzwonię do Amitabha Bachchana, dogadamy się! Władysław uśmiechnął się pod nosem. Dziewczyny, koniec tego fantazjowania, śniadanie się kończy, zaraz wychodzimy.
Nawet pomarzyć nie można westchnęła Jagoda.
Marzyć trzeba! dokończył herbatę pan Władysław, wstał od stołu. Ale nie wolno zapominać o szkole…

Ten poranny dialog przypomniał mu się wieczorem, kiedy już zmęczony stał w supermarkecie przy kasie, pakując zakupy do siatek. Dzień wcale nie był szczęśliwy. Pracy przybyło, musiał zostać godzinę dłużej, był tak zmęczony, że ledwo trzymał się na nogach. Nie było żadnego miłego spotkania, nawet prezentu na całe życie też nie dostał.
„Szczęście przeleciało obok jak bocian nad Warszawą”, uśmiechnął się sam do siebie, wychodząc z marketu.

Przy jego wysłużonym, służącym rodzinie już ćwierć wieku polonezie kręcił się chłopiec. Wyglądał na bezdomnego. Cała jego sylwetka wołała o pomstę do nieba: zaniedbany, ubrany w byle jakie łachmany, na stopach dwie różne buty na lewej nogawce sportowy, wyblakły trampek, na prawej stare wojskowe trzewiki, zamiast sznurowadła przewleczony kawałek niebieskiego kabla. Na głowie miał wytartą, tłustą czapkę-uszatkę, jedno ucho przypalone.

Panie, jestem głodny… dałby… pan chleba… wychrypiało dziecko, gdy Władysław podszedł do auta.

Głos miał specyficzną, trudną do wychwycenia pauzę. Nie żałosny wygląd chłopca, nie ta dziwaczna jak na XXI wiek prośba, przypominająca cytat ze starego filmu, lecz właśnie ta niepewność poruszyła Władysława. Odżyły w nim wspomnienia z młodości harcerskie kursy teatralnych umiejętności, zajęcia z dykcji. Uczono ich tam rozpoznawać właśnie taką pauzę: widz, który ją wyczuje, wie, czy aktor naprawdę przeżywa, czy tylko gra. Miarą prawdy lub fałszu.

Chłopak zmyślał. Pauza rozbrzmiała w głowie Władysława jak sygnał ostrzegawczy: to wszystko gra, maskarada, przedstawienie. Dla kogo? Najwyraźniej właśnie dla niego. „Ciekawie się robi… No dobrze, koleżko, pobawmy się w tę twoją grę. Moje księżniczki będą wniebowzięte: kochają detektywistyczne zagadki.”

Od samego chleba człowiek nie nasyci. I talerz barszczu, potem ziemniaczki ze śledzikiem, do tego kompot ze śliwek i ciepłe serniczki. Co ty na to?
Chłopak się zawahał widać nie oczekiwał takiej oferty, ale szybko przybrał minę zuchwałą, spojrzał spode łba.
„Brawo pomyślał Władysław Coraz mniej gry, coraz więcej prawdy. Testujemy dalej.”
Co, nie odpowiadasz? Tak czy nie?
Tak wychrypiał ledwie słyszalnie dzieciak.
No to świetnie. Potrzymaj, proszę.

To był test. W takich sytuacjach Władysław zawsze stosował ten trik: prawdziwy bezdomny dostawszy torbę wypchaną jedzeniem natychmiast zrywał się do ucieczki. Tylko oni zapominali, jak głód i przemęczenie odbierają im siły łapał ich bez trudu, dla postrachu dawał po głowie:
Nie jesteś dzikim zwierzątkiem, jesteś człowiekiem…

Władysław z premedytacją długo szukał kluczy, pogrzebał w kieszeniach, wyjął telefon, odwrócił się tyłem do chłopca.
Weroniko, ziemniaki już się gotują? Sałatka zrobiona? Super. Odlej trochę barszczu do małego garnka, podgrzej. Będę za jakieś dwadzieścia minut. Do zobaczenia.
Fałszywy bezdomny nie uciekł: stał nadal z opuszczoną głową, kurczowo ściskając siatkę, stopą mazał po asfalcie.
„Dzięki, przyjacielu uśmiechnął się w duchu Władysław nie mam dziś siły na sprinty.”
Klucze się znalazły, zakupy wylądowały na tylnym siedzeniu.
Zapraszam, panie pasażerze otworzył przednie drzwi powóz podany, zaraz barszczyk i ziemniaczki na stole.

Chłopiec dziwnie westchnął i nieśmiało wsiadł do auta.
Przez pięć minut jechali w milczeniu. Władysław, z córkami, mieszkał na wsi, siedem kilometrów od powiatowego miasteczka, gdzie od lat pracował jako spawacz w pogotowiu awaryjnym. Wychowany w domu dziecka, nie miał bliskich, jego światem były córki. Kochał je bez granic, a one odwzajemniały to pełnym sercem. Słowo „mama” czy „tata” znali tylko z opowieści. Dla Władysława los bezdomnych dzieci był szczególnie bolesny. Pomagał, jak mógł, wolał lepszy los dla każdego z nich. Ile to już razy przywoził takich malców na tej drodze najpierw do własnego domu, potem do ich nowych rodzin. Gdyby nie te przeklęte przepisy, za którymi kryją się bezduszni urzędnicy, sam zaadoptowałby wszystkich… Ale nie, „warunki lokalowe nieodpowiednie, samotny ojciec, dwoje własnych dzieci…” Doprawdy, jakby w domu dziecka było im lepiej Przecież dla dziecka najważniejsza jest nie przestrzeń, a miłość, która w rodzinach jak jego była na porządku dziennym, a w sierocińcu niemal nieznana. Taki paradoks: wszyscy ci tzw. opiekunowie społeczni doskonale wiedzą, ile w domach pełnych dzieci jest bitych i zaniedbywanych, a jednak po swojemu trzymają się literki prawa. U Władysława, niby „nienormalnie”, dziecko byłoby kochane.

„Idioci” zaklął w myślach Władysław i spojrzał ukradkiem na chłopca, jakby bał się, że ten wywęszy zły trop.
Mały siedział skulony, głowę schowaną w ramionach pod czapką, czasem sapał, czasem westchnął. Pewnie i jego dręczył własny natłok myśli.

Dziwny chłopak, pomyślał Władysław. Inni byli śmielsi taka ulica. Ten raczej milczek, nie dom dziecka „swoich” rozpoznawał na kilometr. Pewnie uciekł z domu, na ulicy świeży, jeszcze nieoswojony.
„Za szybko go oskarżyłem o kłamstwo. Ma chłopak szok, stąd ta cała gra Spokojnie, zaraz go wykąpiemy, nakarmimy, przytulimy. Wyśpi się sam wszystko opowie. Będzie dobrze.”

Weronika z Jagodą już czekały na ganku, wybiegły, jak tylko auto się zatrzymało. Otworzyły drzwi, zabrały torby.
A to kto, tato? dostrzegły wreszcie chłopca.
A to? To wasza dzisiejsza wróżba: miłe spotkanie i prezent na całe życie uśmiechnął się Władysław.
Wow, tata! Jagódka podeszła blisko, zaglądając pod czapkę. Prezent jak malowany! Może pomyliłeś i przyniosłeś czyjś?
Chciałbym… Uczepił się nogi i krzyczał, że jest moim prezentem! Nie dało się opędzić.
A jak się nazywa prezent? spytała Weronika, rozpakowując torby.
Bez nazwy.
Bez ceny i etykiety?
Zupełnie.
Jasne, tata, wcisnęli ci towar z defektem Nie przejmuj się, przecież i tak byśmy wyrzucili.
Chłopak wyraźnie się spięł, wyglądało, jakby miał zaraz uciekać. Jagoda chyba to wyczuła, bo chwyciła go za ramię i lekko poklepała po czapce:
Halo, kto tam mieszka?
Chłopak milczał, chowając głowę jeszcze głębiej.
Brak zasięgu zaśmiała się Weronika. Chodźmy do domu, tam pewnie złapiemy.

Weronika rzuciła znaczące spojrzenie ojcu. Dobrze się rozumieli po latach wystarczył gest. Teraz Weronika dała znać: „Trzeba zastosować sprawdzoną szokową terapię tę naszą grę w dobrego i złego policjanta”. Władysław odwzajemnił ruchem: „Dajcie pięć minut, nie więcej!” i pokazał wyciągniętą dłoń.
Jasne, szefie uśmiechnęła się Weronika nawet w trzy się zmieścimy!
Jagódka, prowadzimy prezent do analizy.

W następnej chwili Jagoda niemal ściągnęła chłopca z siedzenia jak worek. Ten zaczął się szamotać, coś mamrotał przez zaciśnięte zęby.
Tato, coś mu tłucze w środku zaśmiała się Jagódka, mocno trzymając prezent.
Może śruba się poluzowała, albo kontakt odlutował podchwyciła Weronika. Przynieś szczypce i lutownicę, jak będziesz wychodził z garażu, tata. My tymczasem spróbujemy go rozmontować.
Dziewczyny i mały zniknęli w domu. Władysław zajął się rytuałem: polonez do garażu, żeby rano odpalił, gdzie trzeba przetrzeć, przepchać. Gdy skończył swoje codzienne prace, do garażu wpadła rozemocjonowana Jagoda:
Tata, on wszystko zmyśla!
Skąd to wiesz?
To oczywiste, Watsonie roześmiała się Jagoda. On nie pachnie ulicą, jest domowy do szpiku kości.
Wąchałaś go?
Wyobraź sobie, tak! Wiesz czym pachnie?
Eee serniczkami? Mydłem? Mlekiem?
Masz trzy próby, chybione! O, tym! podała dłoń aż posmarowaną czarnymi plamami.
Sadza?
Nic z tych rzeczy pokręciła głową, podsunęła rękę pod nos ojcu. Powąchaj!
Władysław powąchał i przyjrzał się bliżej.
Charakteryzacja?
Nagroda wędruje do ciebie, tato! Jagódka parsknęła śmiechem. Tak, charakteryzacja! Nie żałował, nasmarował się, żeby wszyscy myśleli: biedny, ubrudzony chłopak!
Byczek?
Powiedział, że nazywa się Byk. Pewnie ksywa z ulicy. Wujek Google mówił, że byk to samiec producent.
Byk będzie dobry, utuczymy, sprzedamy
Tata, koniec żartów Jagódka spoważniała. Jestem pewna, że podszedł specjalnie do ciebie: przebrał się, nasmarował i wyszedł na scenę. Normalnie TEATR JEDNEGO AKTORA!
Po co?
O to właśnie z Weroniką pytamy. Niczego nie mówi. Ale jeszcze chwilka i Weronika go przełamie.
Znowu straszycie go, że jesteśmy wampirami, co piją krew dzieci?
O nie, to już przeżytek. Teraz…
Nie zdążyła dokończyć, bo z kuchni padł krzyk Weroniki:
Mamy jeszcze resztkę kwasu siarkowego?
Jeszcze pół kanistra! odpowiedziała Jagoda, wdzięcząc się. Teraz rozpuszczamy i zlewamy do kanalizacji
Barbarzyńcy.
Barbarzyńczynie! poprawiła córka, znikając w domu.
Tato, myj ręce, wszystko gotowe! wybiegło zza kuchni, gdy Władysław wchodził.
Głód jak u wilczyc, aż chce się schrupać naszego Byka…
Mlecznego! Z apetytem pochrupałabym kości! przytaknęła Jagoda.
Co za psotnice! uśmiechnął się Władysław, idąc do łazienki. Biedaka pewnie już rozsmarowały po ścianie Trzymaj się, kolego, nadchodzę na ratunek.

Byk siedział na stołku na środku kuchni, dziewczyny kończyły nakrywać do stołu, szeptały, chichotały. Władysław pierwszy raz przyjrzał się chłopcu w pełnym świetle. Już można było określić wiek: może dziesięć lat. I naprawdę był rudy, jak u Gałczyńskiego rudy jak rydze w lesie. Miał pasiastą koszulkę, jakby marynarską, tylko czerwono-czarną, na piersi duży napis PRL, wyblakłe dżinsy z dziurami. Nogi bose, schowane pod stołkiem. Włosy mokre od mycia, wycierał je ręcznikiem.

Siadaj do stołu, Byku rzuciła Jagódka. Tęskniłeś za barszczem? A może dasz się namówić na trochę siana?
Albo lepiej paszę! Weronika się uśmiechnęła.
Dziewczyny, koniec żartów ojciec spojrzał poważnie zajmijcie się jedzeniem.
Okej odpowiedziały zgodnie.

Władysław obserwował chłopca kątem oka nie mogąc się nadziwić: Byk się zmieniał w oczach. Wyprostował się, patrzył śmiało, nie krył spojrzenia. Zachowywał się, jakby wieczerzał w gronie rodziny, jakby wszystko, co się dziś wydarzyło, nie dotyczyło jego, tylko jakiejś postaci z filmu. Córki też zauważyły zmianę i porozumiały się wzrokiem.
O co ci naprawdę chodzi, przyjacielu? zastanawiał się Władysław. Cała twoja gra miała jeden cel: dostać się do naszego domu. Po co? Jagoda ma rację: w oczach masz dobro, inteligencję, nie jesteś złodziejem. W swoim własnym imieniu tu przybyłeś. Ale co naprawdę chcesz?

Tato, halo, ziemia do taty! wyrwała go z zamyślenia Weronika, szarpiąc za rękaw. Jeszcze będziesz jadł?
Dziękuję, syty jestem. Jesteście wspaniałe kucharki! Ile spałem?
Och, bardzo długo podchwyciła Jagoda Twoje córki już dorosły, wyszły za mąż Witamy, dziadku, to twoje wnuczki.
A to wasz narzeczony? zapytał żartobliwie Władysław, wskazując Byka, gdy Weronika podała mu herbatę.
Nie, dziadku, to nasz domowy Byczek. Uroczy, prawda? Jagódka pogłaskała chłopca po głowie.
Utuczymy go dodała Weronika, siadając Latem mięso bydła podobno podrożeje.
Wołowe poprawiła Jagódka, gładząc chłopca, po czym delikatnie pociągnęła rudy kosmyk palcami.
Dosyć! krzyknął chłopiec, zrywając się, potem lekko ochryple: Weroniko, Jagódko, wystarczy… Poddaję się. Panie Władysławie, proszę wybaczyć… że tak głupio to rozegrałem…
Usiądź, uspokój się i powiedz od początku poprosił Władysław.
Tak, ale prawdę dodała Jagoda. Nie próbuj kłamać, od razu wyczuję…
Nie będę, sam się już źle z tym czuję

Prawda okazała się prostsza niż wszystkie domysły Zawadzkich. Przeszło im przez myśl wiele scenariuszy, ale nie taki.
Chłopiec nazywał się Szymon Bykowski (dla wiarygodności pokazał odpis aktu urodzenia), był tylko o jeden dzień starszy od Jagódki, miał jedenaście lat. Ojciec zginął na misji w Afganistanie. Mama była wtedy w ósmym miesiącu ciąży, znalazła się w szpitalu, dziecko siostrzyczka, uratowali, nazywa się Jagusia zostali sami. Rodziny prawie nie mają. Starsza siostra, Zofia, prawie pełnoletnia, dzięki znajomym i sąsiadom wywalczyła, by nie rozdzielano dzieci. Jakoś dali radę. Gdy w domu zabrakło dorosłych, Szymon z Zosią szybko musieli wydorośleć stali się rodzicami dla bliźniąt, Jagusi i Luby.

W październiku Szymon zauważył, że coś złego dzieje się z Zosią: była smutna, przygasła. Bał się, że ją też może stracić. Na szczęście okazało się, że Zosia zwyczajnie się zakochała. Nie miała śmiałości przedstawić wybranka, długo się wahała, próbowała zagłuszać uczucia. W końcu Szymon dowiedział się, że tym wybranym jest Władysław Zawadzki, spawacz, nie pije, nie pali, samotny ojciec, wychowuje dwie córki, żona uciekła dawno temu do Włoch. Szymon wiedział, że Władysław często pomaga dzieciom bezdomnym, znajduje im rodziny. Też był z domu dziecka. To zainspirowało Szymona: przebrał się za bezdomnego i postanowił „przetestować” rodzinę. Chciał sprawdzić, czy Władysław i jego córki nadają się na nowych bliskich dla Zosi.

Nie przewidział tylko, że wpadnie od razu w ręce domowych detektywów i w kilka minut wszystko się wyda.
Bardzo mi się tu podobało, naprawdę. Weroniko, Jagódko jesteście fantastyczne. Panie Władysławie, weźcie moją siostrę za żonę. Nie pożałujecie. Jest dobra, czuła, można ją łatwo kochać… Bała się sama o tym powiedzieć…

Czego się bała? spytała ostrożnie Weronika.
Że pan nie będzie chciał się związać, jak się dowie, ile ma pod opieką dzieci…
Phi! prychnęła Jagoda. Jak możesz? „Gromadka dzieci”… To tylko powód do dumy!
Zajmiemy się twoim wychowaniem! dodała głośno. Tato, co powiesz? W szoku po propozycji? Idziemy na zapoznanie? Chyba, że nie chcesz żenić się?
Zabawne, jak w filmie Władysław uśmiechnął się do wszystkich. Przyznam się, też myślałem o Zosi… Kiedyś byłem żonaty, ale żona szybko się zniechęciła do bycia mamą…
Tato Weronika dotknęła go za rękę, chcąc przerwać.
Nic, już minęło, tylko pamięć została. To ona mnie powstrzymywała. Dla tamtej dwójki dzieci to już był ciężar… A tu cała gromadka. Nie każda się na to zgodzi, nawet taka młoda…
Ona ma już 23 lata! wtrącił się Szymon. Właśnie zaczyna 24.
Tato ożywiła się Jagoda Przecież tylko dziesięć lat różnicy, to zupełnie normalnie!
Tak, jesteś doświadczony, możesz jej pomóc, zainspirować. A my, prawda, Szymon?
Oczywiście!
No, tato, zgadzasz się? Będziemy razem!
Tak ale trzeba jeszcze spytać narzeczonej…
Zosia się zgadza powiedział cicho Szymon, podchodząc i wyciągając rękę Oddaję Ci ją jako jedyny mężczyzna w naszej rodzinie…
Władysław mocno ścisnął dłoń chłopca, przyciągnął go do siebie i objął. Oczy mu się zaszkliły.
Weronice też.
Tata! Jagódka szybko odezwała się, czując, że zaraz wszyscy się rozkleić mogą. Rano się śmiałeś z naszej wróżby, nie wierzyłeś, a wszystko się spełniło, jak mówiłam. Masz: miłe spotkanie i prezent na całe życie wielką, szczęśliwą rodzinę. Przecież tego właśnie zawsze chciałeś, tatuśku. No, wreszcie się doczekałeśWładysław długo trzymał Szymona w objęciach, jakby chciał przekazać mu całą swoją siłę i spokój. Dziewczyny przytuliły się do siebie, śmiejąc się przez łzy. Przez chwilę wszyscy trwali wspólnie, jakby czas zatrzymał się specjalnie dla nich tego wieczoru 11.11.11 szczęśliwa data, szczęśliwa liczba.

Za oknem rozbłysła pierwsza gwiazda. W kuchni roznosił się zapach ciepłego sernika. Władysław spojrzał na swoje córki, na Szymona i wyobraził sobie może już za rok świąteczny stół, przy którym będzie dwukrotnie więcej dziecięcych głosów, gwar i śmiech rozbrzmiewać będą w całym domu.

Może to nie fortuna z Ameryki, nie jachty, nie helikoptery ani Bollywood, ale czyż nie o tym właśnie marzył przez całe życie? O prawdziwym domu. O gromadzie, która nigdy nie pozwoli, by znów poczuł się samotny.

Szymon wyszeptał jeszcze, ledwie słyszalnie, rozglądając się wokół:
Takiego taty chciałby każdy chłopak.

I takiej rodziny poprawiła go Weronika, ocierając łzę. Od dziś wszyscy jesteśmy rodziną. I już nigdy nikt nie będzie sam. Przysięgamy?

Trzy dłonie, a zaraz potem czwarta, piąta i szósta, połączyły się w kręgu nad stołem.

Władysław patrzył na nich z niemym wzruszeniem. W oku zakręciła mu się łza, lecz nie wstydził się jej. Przeciwnie czuł, że dziś, 11.11.11 ostatecznie wygrał los na loterii życia.

No to chodźcie, moje Skarby powiedział miękko. Zrobię wam herbatę. Dziś świętujemy. Jutro będzie nowy dzień zaczniemy go razem.

Z kuchni rozległ się triumfalny dźwięk czajnika, a gdzieś w kącie mała Jagódka zanuciła cicho wesołą melodię, która powoli rozlała się, jak płomień nadziei, po całym domu. I wszyscy wiedzieli, że właśnie zaczyna się coś najpiękniejszego wspólna opowieść, w której każdy, nawet ten najmniejszy i najrudzszy Byczek, miał swoje szczęśliwe miejsce.

Bo w tej rodzinie jedyny mężczyzna nigdy już nie będzie samotny.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × 3 =

Nieoczekiwany gość przy śniadaniu, czyli jak jedyny mężczyzna w rodzinie Zawistowskich znalazł szczę…