Nieoczekiwane spotkanie nad brzegiem
Agnieszka z mężem i córką postanowili radykalnie odmienić swoje życie — przeprowadzili się z hałaśliwej Warszawy do spokojnej wsi na Mazowszu. Kupili dom, założyli gospodarstwo, zasadzili warzywnik. Rozpoczął się zupełnie nowy rozdział. Wieczorami Agnieszka wyprowadzała kozy nad rzekę, podziwiała zachody słońca, rozkoszowała się ciszą.
— Mamo, już się ściemnia, gdzie znów z tymi kozami? — zdziwiła się córka Weronika.
— Nad rzeczkę, tam trawa jest bardziej soczysta — odpowiedziała Agnieszka. — Wrócę za godzinę, nie martw się.
Lecz ani po godzinie, ani po dwóch matka nie wróciła. Weronika zaniepokoiła się i namówiła ojca na poszukiwania. Znaleźli Agnieszkę nie od razu. Gdy wreszcie ją ujrzeli, zamarli: siedziała na ławce przed domem, blada, drżąca, raz się śmiała, raz płakała.
— Mamo, co się stało? — zapytała Weronika.
— Widziałam — wyszeptała Agnieszka — nie ducha… coś gorszego.
Zaledwie godzinę wcześniej szła, jak zwykle, ścieżką nad rzekę. Kozy pasły się spokojnie, a ona przysiadła, by odpocząć i zdrzemnęła się. Obudziła się o zmierzchu, zerwała na równe nogi, ruszyła zbierać zwierzęta. Te, na złość, wparowały w gęste zarośla. Agnieszka podążyła za nimi. Nagle zauważyła, że za ostatnią kozą w trawie coś się porusza. Długie, czarne…
Najpierw pomyślała: tchórz. Strach ścisnął jej serce — a nuż wściekły? Zwierzę nie odstępowało. Koza Kasia zaczęła beczeć, Agnieszka przygotowała się do obrony, zamachnęła się kijem… gdy wtem *to coś* podskoczyło, jakby miało na nią naskoczyć.
Lecz gdy wszystko się skończyło i odważyła się podejść bliżej, okazało się, że to… ogromne męskie bokserki, zaczepione o kozę wędkarską żyłką. Pewnie ktoś zostawił je suszyć się na krzaku, a zwierzę zabrało je ze sobą.
Agnieszka usiadła w trawie i wybuchnęła śmiechem. Napięcie, strach, adrenalina — wszystko wyrwało się w tym szaleńczym chichocie. Właśnie wtedy znaleźli ją mąż z córką. A w domu surowo zabronili jej wyprowadzać kozy nad rzekę — kto wie, co jeszcze tam „ożyje”…



