Niech wszystkim się wydaje, że miałem niesamowite szczęście w życiu

Dzisiaj znów pomyślałam, że może świat uzna, iż mam niesłychane szczęście w życiu.

Nienawidziłam swojego imienia – Beata – jeszcze bardziej niż nazwiska: Tchórz. Dzieci potrafią być okrutne. Od pierwszej klasy przylgnęło do mnie przezwisko „Tchórzka”.

Przeglądałam się w lustrze i marzyłam, by mieć jasne, długie włosy jak Weronika Kowalska, smukłe nogi jak Agata Nowak, albo chociażby rodziców z pieniędzmi, jak ta brzydka dwójaśnica Dominika Szewczyk, którą do szkoły odwoził kierowca audi. „Po co mama wyszła za ojca z tak okropnym nazwiskiem? Mogła pomyśleć, jak mi będzie. Wyjdę tylko za mąż za kogoś z przyzwoitym nazwiskiem, a najlepiej za obcokrajowca” – snułam marzenia.

Drażniły mnie moje kręcone, ciemne włosy, wiecznie wystające spod czapki czy spinkami. Szaroniebieskie oczy na śniadej cerze wyglądały efektownie i tajemniczo, ale i one mi się nie podobały.

Mama pracowała jako księgowa w szpitalu, a tata jeździł autobusem. W domu zawsze brakowało pieniędzy. Tata oszczędzał na samochód, więc pilnował, by każdy grosz był wydawany rozsądnie. „Nie ma co się stroić, herbata na stole” – warknął, gdy zauważył nową bluzkę. Często nosiłam ubrania po kuzynce. Nowe rzeczy trafiały się rzadko, i to tylko wtedy, gdy nie pasowały jej. Jakże mnie to wszystko wkurzało. Gdybym miała normalnych rodziców, nikt nie nazywałby mnie Tchórzką.

Na chwilę przed maturą odwiedziła nas ciocia Halina, siostra ojca. Pracowała jako pomoc domowa u bogatej rodziny we Włoszech.

– Chcesz, powiem ci, jak tam trafić? – szepnęła pewnego wieczoru, gdy spałyśmy razem w moim pokoju.

– Oczywiście! – ucieszyłam się.

– Cicho. Krzysiek by nie pochwalił. Masz osiemnaście?

– Tak, w styczniu skończyłam. – Serce zaczęło mi mocno bić.

– No to dobrze. Rodziców pytać nie musisz. Zrobisz, jak powiem, i wszystko się ułoży. A Krzysio od zawsze był skąpy.

Wyglądała jak prawdziwa włoska signora. Nikt by nie zgadł, że pracuje jako służąca. „Liczą się pieniądze, a nie to, jak je zarobisz” – mawiała.

Wpadłam w wir tej myśli. Ciocia pożyczyła mi pieniądze, mówiąc, że oddam, gdy zacznę zarabiać.

Zrobiłam wszystko, jak radziła. Dla pozorów, żeby rodzice nie męczyli, zapisałam się do szkoły fryzjerskiej. Ale gdy przyszło wezwanie z Włoch, rzuciłam naukę, spakowałam rzeczy, zostawiłam list i wyjechałam.

W Mediolanie odebrała mnie ciocia Halina i zawiozła do wielkiego domu na przedmieściach, gdzie miałam opiekować się schorowaną osiemdziesięciolatką.

– Nie zawiedź. Nie kradnij. Poręczyłam za ciebie – pouczyła mnie, gdy bałam się własnej śmiałości i ucieczki.

Olbrzymi dom oszołomił skromną dziewczynę z małego miasta. Dano mi mały pokoik obok sypialni staruszki. Cieszyłam się, że nie muszę wynajmować mieszkania. Za dodatkowe pieniądze sprzątałam jeszcze dwa razy w tygodniu. Rzadko wychodziłam. Włochy ograniczały się dla mnie do murów willi i widoku na idealnie przyciętą trawę. Ale mnie to nie martwiło. Rok minie szybko, nie zostanę opiekunką na zawsze. Zarobię, nauczę się języka, może coś jeszcze wymyślę.

I tak, jak ojciec, zaczęłam oszczędzać. Nie miałam gdzie wydawać. Robiłam sobie zdjęcia na tle luksusowych mebli, gdy właścicieli nie było, i wrzucałam do mediów społecznościowych. „Niech myślą, że mam w życiu niesamowite szczęcie”.

Dawne koleżanki lajkowały, zazdrościły. Nikt już nie nazywał mnie Tchórzką, pytali, jak tam trafiłam. Odpowiadałam wymijająco.

Pewnego dnia zdjęcia skomentował Michał, dawny kolega z klasy. Zaczęliśmy pisać. Opisywał się oszczędnie – pracował w warsztacie samochodowym u ojca, dobrze zarabiał, kupił sobie audi. Wrzucił zdjęcie przy czerwonym aucie.

Ale częściej pisał o uczuciach. Żałował, że jesteśmy daleko, pytał, kiedy wrócę. Odpowiadałam, że nie planuję, we Włoszech jest super. Wiedziałam, że jego uczucie podsycają moje włoskie opowieści. Ale Michał zapewniał, że zawsze mu się podobałam, jeszcze w siódmej klasie. Faktycznie, czasem łapałam jego zainteresowane spojrzenia. Chciałam wierzyć. I uwierzyłam.

Pewnego dnia gospodarze wyjechali na przyjęcie. Zazwyczaj wracali nad ranem. Staruszka spała. Weszłam do garderoby i przymierzyłam sukienki pani domu. Jedna, czerwona, na cienkich ramiączkach, leżała idealnie. Włoszka była chuda, płaska. Mnie natura nie poskąpiła – młode, jędrne piersi, wąska talia, kształtne biodra. Patrzyłam w lustro i po raz pierwszy podobałam się sobie.

Nalałam wina, robiłam sobie zdjęcia przed lustrem, siedząc na kanapie wśród obrazów z pejzażami… Od razu wrzucałam do sieci z komentarzami: „Wróciłam z przyjęcia… Zmęczona. Nie chce mi się przebierać. Wino na poprawę humoru…”

Wypiłam jeden kieliszek, potem drugi… Zasnęłam w sukience na kanapie.

Obudził mnie krzyk pani domu. Darła się po włosku tak szybko, że nic nie zrozumiałam. Dopiero gdy suchym palcem wskazała drzwi, pojęłam – wyrzuca mnie. Wpadła do mojego pokoju po rzeczy, cisnęła je pod nogi tej zadufanej w sobie polskiej opiekunce.

Pakowałam się w pośpiechu pod jej wrzaski. „Vai via!” – to zrozumiałam. Przed wyjściem zobaczyłam w lustrze swoje odbicie – wciąż byłam w tej pięknej sukience. Uśmiechnęłam się z satysfakcją. Za wcześnie. W ostatniej chwili gospodyni przypomniała sobie i kazała mi ją zdjąć.

Z wolnymi ruchami ściągałam sukienkę, pod którą miałam tylko stringi. Tłusty, łysy mąż właścicielki obrzucił moje nagie ciało lubieżnym spojrzeniem. Powoli włożyłam dżinsy i bluzkę, a on coś gorączkowo tłumaczył żonie. Pewnie przekonywał, by wybaczyła i zostawiła Polkę w domu. Gospodyni zaczęła na niego krzyczeć.

Potrząsnęłam rozczochranymi loczkami, uśmiechnęłam się i wyszłam, nie czekając na koniec awantury. Szłam ulicami Mediolanu i myślałam o tym, jak mąż patrzył na moje ciało. „DlOtworzyłam drzwi do samolotu, wciągnęłam głęboko powietrze i pomyślałam, że może tym razem uda mi się znaleźć coś prawdziwego – bez kłamstw i udawania.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzynaście − 13 =

Niech wszystkim się wydaje, że miałem niesamowite szczęście w życiu