Niech myślą, że miałam niesamowite szczęście w życiu.
Klaudia nienawidziła swojego imienia, a jeszcze bardziej nazwiska – Chomik. Dzieci, jak to dzieci, potrafią być okrutne. Już w podstawówce przylgnęło do niej przezwisko – Chomiczka.
Przeglądała się w lustrze i marzyła, żeby mieć jasne, długie włosy jak Gabrysia Wiśniewska, smukłe nogi jak Iga Sokołowska, albo chociaż bogatych rodziców, jak ta brzydka dwójarzystka Sylwia Dzwonkowska, której po szkołę przyjeżdżał kierowca w „Lexusie”. „Po co mama wyszła za tatę z taką okropną nazwiskiem? Pomyślałaby, jak mi będzie. Wyjdę tylko za mąż za kogoś z normalnym nazwiskiem, a najlepiej z zagranicznym” – snuła w myślach.
Drażniły ją kręcone, rozczochrane ciemne włosy, które zawsze wymykały się spod czapki czy spinek. Szaro-niebieskie oczy na śniadej cerze wyglądały tajemniczo i intrygująco. Ale Klaudii się nie podobały.
Mama pracowała jako księgowa w szpitalu, a rodzice wiecznie nie mieli pieniędzy. Tata oszczędzał na samochód, więc pilnował, by nie wydać ani złotówki na głupstwa. „Nie ma co się stroić, jakby nie wiadomo kto” – mruczał, gdy zauważył nową rzecz na córce. Często musiała nosić ubrania po kuzynce. Nowe dostawała tylko wtedy, gdy tam nie pasowały. Jak bardzo miała tego dosyć. Gdyby mieli normalnych rodziców, nikt nie nazywałby jej Chomiczką.
Tuż przed maturą odwiedziła ich jedna z ciotek ojca – ciocia Irena. Pracowała jako pokojówka w bogatym domu we Włoszech.
– Chcesz, powiem ci, jak się tam dostać? – szepnęła pewnego wieczora, gdy spały razem w pokoju Klaudii.
– Oczywiście! – ucieszyła się dziewczyna.
– Cicho, bo Kazik nie pochwali. Masz osiemnaście lat?
– Tak, w styczniu skończyłam. – Serce Klaudii waliło jak oszalałe.
– To dobrze. Nie trzeba pytać rodziców o pozwolenie. Zrobisz, jak powiem, i wszystko się ułoży. A Kazik zawsze był sknerą.
Wyglądała jak prawdziwa włoska signora. Nikt by nie zgadł, że pracuje u bogaczy za pieniądze. „Liczy się kasa, a nie sposób, w jaki ją zdobywasz” – mawiała.
Klaudia wciągnęła się w ten pomysł. Ciocia Irena dała jej pieniądze, mówiąc, że odda, gdy zacznie zarabiać.
Poszła za radą ciotki. Dla pozoru, żeby rodzice nie męczyli pytań, zapisała się do szkoły fryzjerskiej. Ale gdy nadeszło wezwanie z Włoch, rzuciła naukę, spakowała rzeczy, zostawiła kartkę i wyjechała.
W Mediolanie odebrała ją ciocia Irena i zawiozła do wielkiego domu na przedmieściach, gdzie Klaudia miała opiekować się schorowaną osiemdziesięciolatką.
– Nie zawiedź. Nie kradnij. Poręczyłam za ciebie – instruowała przestraszoną własną śmiałością dziewczynę.
Ogromna rezydencja oszołomiła skromną Klaudię. Dostała malutki pokoik przy sypialni staruszki. Cieszyła się, że nie musi wynajmować mieszkania. Za dodatkowe pieniądze sprzątała dom dwa razy w tygodniu. Rzadko go opuszczała. Włochy ograniczały się do ścian willi i widoku na idealnie przystrzyżony trawnik. Ale się nie przejmowała. Rok minie szybko, nie będzie wieczną opiekunką. Zarobi, nauczy się języka i wymyśli coś dalej.
Zaczęła oszczędzać jak ojciec. Nie było gdzie ani na co wydawać. Robiła sobie zdjęcia na tle luksusowego salonu, gdy nikogo nie było, i wrzucała na fejsa. „Niech myślą, że miałam niesamowite szczęście”.
Byłe koleżanki lajkowały, zazdrościły. Nikt już nie nazywał jej Chomiczką, pytali, jak się tam znalazła. Odpowiadała wymijająco.
Pewnego dnia jej zdjęcia skomentował Kacper, dawny kolega z klasy. Zaczęli pisać. Mówił mało o sobie – pracuje w warsztacie samochodowym u ojca, dobrze zarabia, kupił „Audi”. Wrzucił fotkę przy czerwonym aucie.
Ale coraz częściej pisał o uczuciach. Żałował, że są daleko, pytał, kiedy wróci. Klaudia unikała odpowiedzi, mówiąc, że nie planuje powrotu, we Włoszech jest super. Rozumiała, że to jej „włoska przygoda” przyciągnęła. Ale Kacper zapewniał, że zawsze mu się podobała, jeszcze od siódmej klasy. Rzeczywiście, często łapała jego zainteresowane spojrzenia. Chciała mu wierzyć. I wierzyła.
Pewnego wieczora właściciele wyjechali na przyjęcie. Zazwyczaj wracali nad ranem. Staruszka spała. Klaudia weszła do garderoby i przymierzyła sukienki pani domu. Czerwona na cienkich ramiączkach leżała na niej idealnie. Włoszka była chuda, płaska. Klaudia miała kształty – jęKiedy wsiadała do samolotu, wiedziała, że wróci – nie do Włoch, ale do Kacpra, bo w końcu zrozumiała, że szczęście nie leży w fasadach, lecz w tym, kto widzi cię prawdziwą.



