– Niech leci sama. Może ją tam ukradną – zmarszczyła brwi teściowa Duszny wieczór przed urlopem zam…

Niech leci sama. Może tam ją porwą zmarszczyła brwi teściowa.

Duszny wieczór tuż przed planowanym urlopem powinien przynosić lekkość oczekiwania i przyjemny szum przygotowań.

Ale w mieszkaniu Antoniego i Jagody atmosfera przypominała burzę w szklance wody. W środku salonu, jak nieuchronny zwiastun kłopotów, stała Leokadia Zielińska. Trzymała w dłoni pilot od telewizora jak berło.

Ja się nie zgadzam! Zwariowaliście?! jej głos, przyzwyczajony do wydawania poleceń wśród nauczycielskiej braci (była emerytowaną polonistką), brzmiał niczym stalowa laska.

Na ekranie tkwiła stopklatka z kolejnego programu sensacyjnego: ponury prowadzący na tle mapy Azji Południowo-Wschodniej kreślił czerwone strzałki zagrożeń.

Jagoda, pakująca walizkę z niecodziennym spokojem przy tej burzy, westchnęła tylko.

Ten scenariusz znała na pamięć. Antoni, z miną człowieka, który już wszystko widział, próbował wtrącić swoje zdanie.

Mamo, już dość! To są bzdury! Jedziemy do porządnego hotelu, przez biuro podróży

Bzdury?! Leokadia Zielińska rozłożyła energicznie ręce, aż pilot o mało nie poleciał w ścianę. Ty, Antoni, może byś jej oczy otworzył? Ona cię na manowce wciągnie! Do Tajlandii tam co drugi facet to handlarz organami! Tobie, głupcze, każą piwo kupić w jakimś zaułku i już nie wrócisz! Rozbiorą cię na części, wszystko wywiozą w lodówce! A ją wskazała dramatycznie na Jagodę ją sprzedadzą do burdelu albo zamkną gdzieś na drugi koniec świata! W telewizji widziałam reportaż!

Jagoda przestała wrzucać ubrania do walizki. Spojrzała ze zdziwieniem na teściową, wytrzymując pauzę, której Antoni nigdy by nie wytrzymał.

Pani Leokadio powiedziała cicho, ale zdecydowanie. Naprawdę pani wierzy, że każdy Taj to mafiozo z dyplomem chirurga i jednocześnie alfons?

Nie kpij! Nie masz żadnych argumentów! Widziałam w TVN-ie! Ludzie, którzy szukają taniej egzotyki, wracają w słoikach powiedziała Leokadia, łamiącym się głosem.

Antoni przetarł twarz ręką.

Mamo, te programy są robione dla emerytów, żeby emocji nie brakowało. Specjalnie sieją panikę. Tam co roku jeżdżą miliony turystów…

I tysiące giną bez śladu! odbiła teściowa. Jagoda, pewnie już bilety kupiłaś? Nie zwrócisz?

Kupiłam. Nie zwrócę, odpowiedziała spokojnie. Dwa lata na tę podróż odkładaliśmy. Forum przeczytane, opinie sprawdzone, wycieczka przez renomowanego organizatora. Nikt nie będzie się włóczył po slumsach po nocy. Będziemy oglądać zabytki, opalać się na plaży w Pattai, jeść tom yam

Tam was jeszcze czymś otrują, Bóg wie, co oni do tych zup wrzucają mruknęła teściowa pod nosem. Antoni, synku, błagam, zastanów się. Niech jedzie sama, jak jej tak zależy. Jej wybór jej konsekwencje. Ty zostań żywy i zdrowy. Matka czuje zbliżające się nieszczęście.

W powietrzu zawisła dusząca cisza. Jagoda powiedziała w końcu coś, co chyba w niej dojrzewało od lat.

Dobrze rzekła, zamykając walizkę ze szczęknięciem. Ma pani rację, pani Leokadio. Ryzyko to coś szlachetnego. Polecę sama.

Jagoda! Co ty? Antoni osłupiał.

Słyszałeś mamę. Jej serce czuje katastrofę. Nie mogę odpowiadać za twoje nerki czy wątrobę. I nie będę ryzykować, że cię sprzedadzą do niewoli. Zostaniesz w domu. Będziesz pił herbatę z mamą i oglądał dokumenty o światowych spiskach. Ja polecę. Sama.

Leokadia wyglądała na triumfującą, a jednocześnie zagubioną.

Wreszcie dostała, czego chciała, ale tak łatwa gotowość synowej zbiła ją z tropu.

I dobrze wydusiła, już spokojniej. Sama tego chciałaś.

Antoni próbował jeszcze protestować, przekonywać, ale Jagoda była nieugięta. Ostatnią noc spędzili, leżąc do siebie tyłem i milcząc.

Może się rozmyślisz? zapytał jeszcze.

Nie.

*****

Samolot wylądował w Bangkoku, a fala wilgotnego, egzotycznego ciepła objęła Jagodę jak kołdra.

Strach? Nie. Było tylko zmęczenie i gorąca ciekawość. Jak zaplanowała, odkrywała ruchliwe, życzliwe ulice, zachwycała się blaskiem świątyń, kosztowała pysznego, ulicznego jedzenia.

Nikt nie próbował nawet ukraść jej portfela, nie wspominając o porwaniu. Miłe sprzedawczynie na targu uśmiechały się nieśmiało i chciały jeszcze utargować z nią 10 bahtów.

Wysłała rodzinny czat zdjęcie: uśmiechnięta Jagoda z koktajlem owocowym na tle turkusowego morza. Podpis: Organy mam na miejscu. Niewoli nie proponowali. Czekam na nowe przygody!

Antoni przesłał jej serduszka. Leokadia czytała wszystkie wiadomości i milczała.

Potem Jagoda popędziła na północ, do Chiang Mai. Tam, w malutkim rodzinnym pensjonacie, starsza Tajka imieniem Nok uczyła ją gotować autentyczny pad thai. To tam wszystko się odwróciło.

Nok, łamaną angielszczyzną, okazała się zaskakująco podobna do Leokadii Zielińskiej.

Starsza kobieta tak samo martwiła się o swoją córkę, która pracowała w Seulu.

Ona jest tam sama, tam zimno, tam nie uśmiechają się do ludzi, jedzenie dziwne żaliła się Nok, mieszając makaron. W telewizji pokazywali: u nich podobno skażone powietrze i wszyscy ponurzy!

Jagoda patrzyła na jej strapioną twarz i wybuchła śmiechem. Długo śmiała się do łez.

Nok spoglądała zdziwiona. Wtedy Jagoda, przy pomocy gestów, zdjęć w telefonie i kilku prostych słów, opowiedziała jej o Leokadii, telewizji, o handlu organami i niewolnictwie.

Nok słuchała wielkimi oczami. Wreszcie zaczęła się śmiać aż do łez. Jej śmiech był dźwięczny jak dzwoneczek.

Ach te nasze mamy! zawołała Nok. Wszędzie takie same! Boimy się tego, czego nie znamy. Telewizja wszędzie głupoty pokazuje!

Tego wieczoru, siedząc na werandzie pod gwiazdami, które w tym kraju zdawały się większe i bliższe, Jagoda zadzwoniła nie do Antoniego, a bezpośrednio do Leokadii przez wideo.

Teściowa wyglądała na zmęczoną i podejrzliwą.

I co, żyjesz? rzuciła bez uprzedzeń.

Cała i zdrowa, wszystkie organy na miejscu. Popatrz.

Jagoda obróciła kamerę, na werandę wyszła Nok z czajnikiem i owocami, szeroko się uśmiechając. Gdy zobaczyła surową twarz Leokadii na ekranie, pomachała radośnie.

Dzień dobry! krzyknęła wesoło. Synowa pani świetnie gotuje! Nie martw się, ja uważam na nią! Żadnej niewoli! i objęła Jagodę za ramiona.

Leokadia zamilkła. Patrzyła raz na Tajkę, raz na opaloną i spokojną Jagodę.

I i z organami wszystko? wykrztusiła wreszcie, bez przekonania.

Wszystko na swoim miejscu uśmiechnęła się Jagoda. Apetyt tu nawet rośnie! Pani Leokadio, tu jest pięknie, a ludzie dobrzy. Nok mówi, że jej córka w Korei, a ona się martwi, bo tam zimno i wszyscy niemili. Bo taki telewizor mówi.

Zapadła cisza.

Daj mi ją do telefonu! poprosiła niespodziewanie Leokadia. Tę… Nok.

Jagoda podała telefon. Przez dziesięć minut dwie kobiety z odległych światów wymieniały się gestami i półsłówkami.

Nie rozumiały języka, ale dobrze wyczuwały sens. Nok kiwała, śmiała się, Leokadia z początku surowa, rozluźniała się z każdą minutą.

Na koniec, nieporadnie, spróbowała się uśmiechnąć.

Kiedy połączenie się zakończyło, Jagoda dostała SMS od Antoniego: Mama właśnie wyłączyła telewizor. Powiedziała: 'Mam już dość tej paniki’ i pyta, kiedy wracasz.

Jagoda przez chwilę nie pisała nic. Patrzyła na gwiazdy nad Chiang Mai. Potem zrobiła kolejne zdjęcie: ona z Nok, objęte, uśmiechają się do aparatu. Dołączyła komentarz: Mam wsparcie. Jutro latam na paralotni. Jakby co, nerki w porządku. Całuję!

Podróż powrotna minęła lekko. Na lotnisku czekał na nią Antoni, a nieco dalej, z bukietem krzykliwych astrów, stała Leokadia Zielińska.

Nie rzuciła się do uścisków, nie robiła awantur. Kaszlnęła i wręczyła kwiaty.

No i? Wróciłaś cała?

Jak widać. Bez nowych właścicieli

Dobra tam, mruknęła teściowa. Opowiesz, jak tam było… A ta twoja Nok, dobrze się trzyma?

W drodze do domu Jagoda opowiadała o świątyniach, pysznej kuchni, życzliwych ludziach i zabawnych przygodach.

Leokadia słuchała, czasem pytała. Telewizor milczał, a na czarnym ekranie odbijały się trzy sylwetki: męża obejmującego żonę i teściowej, która zaczęła patrzeć na świat nie przez filtr telewizyjnych sensacji, a oczami tego, kto z niego powrócił, szczęśliwy i cały.

Wieczorem, przy herbacie, Leokadia cicho, jakby badając reakcję, powiedziała:

Za rok… jeśli oczywiście będziecie chcieli może i ja bym z wami poleciała? Byle nie do jakichś najdzikszych krajów…

Antoni i Jagoda wymienili spojrzenia i zaśmiali się z ulgą i zaskoczeniem. Leokadia, która zaczęła patrzeć na świat inaczej to było coś nowego.

Jednak po paru dniach przyszła w gości i od progu, rozemocjonowana, oznajmiła:

Nie jadę z wami nigdzie! Jagoda, tobie się po prostu poszczęściło! Ostatnio znowu kogoś porwali! Ja nie chcę być następna!

Jak wolisz wzruszyła ramionami Jagoda.

Antoni, ty też nie musisz jeździć. W Polsce jest mnóstwo pięknych miejsc! powiedziała z powagą Leokadia.

Antoni pokręcił głową, nie wdając się w dyskusję wiedząc, że tym razem nie ma sensu.

Patrząc na to wszystko, zrozumiałem jedno. Lęki, które nosimy, rzadko mają związek z rzeczywistością; są echem cudzych historii i telewizyjnych sensacji. Nieraz wystarczy zrobić krok samemu, by zobaczyć, że świat bywa pełen dobrych ludzi wszędzie, gdziekolwiek jesteśmy.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 × cztery =

– Niech leci sama. Może ją tam ukradną – zmarszczyła brwi teściowa Duszny wieczór przed urlopem zam…