Niech leci sama. Może ją tam porwą, zmarszczyła brwi teściowa.
Duszny, letni wieczór przed urlopem powinien być przepełniony lekką ekscytacją i miłą krzątaniną.
Ale w mieszkaniu Antoniego i Jagody atmosfera była napięta. W samym środku salonu, niczym pomnik niepokoju, stała Halina Leśniewska. Kurczowo ściskała w dłoni pilot od telewizora.
Nie pozwolę! Zwariowaliście chyba do reszty?! w jej głosie, przyzwyczajonym do rozkazywania w pokoju nauczycielskim (była emerytowaną polonistką), zastygła stal.
Na ekranie zatrzymał się kadr kolejnego alarmującego programu: srogi prowadzący wskazywał na mapę Grecji czerwonymi strzałkami zagrożenia.
Jagoda, pakująca walizkę ze spokojem wręcz zadziwiającym w tej sytuacji, westchnęła cicho.
Znała ten scenariusz. Antoni, z wyrazem zmęczonej cierpliwości na twarzy, próbował coś wtrącić.
Mamo, daj już spokój! Przecież to są głupoty! Jedziemy do porządnego hotelu, z biurem podróży…
Głupoty?! Halina Leśniewska podniosła głos i pilot prawie wyleciał jej z rąk. Ty, Antoni, kefir sobie polej na oczy! Ona cię wpakuje do trumny! W tej Grecji… tam przecież każdy drugi to handlarz ludźmi! Ciebie, głupka, wyślą do sklepu po piwo, znikniesz na zawsze! Nerkę ci wytną, wątrobę, wszystko co się da i wywiozą w chłodni! A ją wykonała dramatyczny ruch w stronę Jagody, ją sprzedadzą do burdelu albo jako niewolnicę! Widziałam reportaż!
Jagoda przestała składać ubrania. Podniosła na Halinę zaskoczone oczy i przez chwilę zapanowała cisza, której Antoni nie byłby w stanie wytrzymać.
Pani Halino, głos Jagody był cichy, ale stanowczy. Naprawdę w to wszystko pani wierzy? Że każdy Grek to mafiozo z dyplomem chirurga albo w wolnych chwilach alfons?
Nie kpiuj sobie! Przeciwko faktom nic nie masz, co? W telewizji pokazywali! Ludzie jadą po tanią egzotykę, a potem rodziny dostają ich części w słoiku po ogórkach!
Antoni przetarł twarz ręką.
Mamo, przecież to robią programy tylko pod starszych ludzi, którym adrenaliny brakuje. Straszą was celowo, żeby oglądaliście dalej. Tam miliony turystów…
I tysiące giną bez śladu! odbiła Halina Leśniewska. Jagoda, pewnie już wszystko wykupiłaś? Bilety się nie da oddać?
Kupiłam. Nie oddam, odpowiedziała spokojnie Jagoda. Dwa lata zbieraliśmy na ten wyjazd. Czytałam opinie, fora, rezerwowałam z zaufanym operatorem. Nie zamierzamy błąkać się po slumsach nocą. Pojedziemy na zwiedzanie, poleżymy na plaży w Kalamacie, zjemy musakę…
Otruć was tam jeszcze mogą, kto wie, co oni do tej swojej musaki wrzucają, mruknęła mrocznie teściowa. Antoni, synku, proszę cię, opamiętaj się. Niech jedzie sama, jeśli tak jej się pali. To ryzyko na własny rachunek. Ty przynajmniej zostaniesz żywy i cały. Matczyny instynkt czuje nieszczęście.
W pokoju nastała ciężka, duszna cisza. I wtedy Jagoda powiedziała coś, co chyba dojrzewało w niej od dawna.
Dobrze, zamknęła walizkę a zamek szczęknął wymownie. Ma pani rację, pani Halino. Ryzyko to szlachetna rzecz. Lecę sama.
Jagoda! Co ty mówisz? Antoni osłupiał.
Słyszałeś mamę. Jej serce wyczuwa katastrofę. Nie mogę brać odpowiedzialności za twoje nerki i wątrobę. Ani narażać cię na ryzyko sprzedaży do niewoli. Zostaniesz. Napijesz się herbaty z mamą i pooglądacie razem programy o światowych spiskach. A ja… uśmiechnęła się chłodno a ja polecę do tego piekła. Sama.
Halina Leśniewska wyglądała jednocześnie zwycięsko i zaskoczona.
Cel niby osiągnięty, ale tak szybka zgoda Jagody na konfrontację z jej lękami kompletnie ją wybiła z tropu.
I słusznie, wymamrotała, już nie tak bojowo. Sama tego chciała.
Antoni próbował jeszcze przekonywać, błagać, ale Jagoda była nieugięta. W noc przed wylotem leżeli obok siebie, plecami do siebie, w milczeniu.
Może się jednak rozmyślisz? zapytał Antoni cicho.
Nie! rzuciła Jagoda krótko.
*****
Samolot wylądował w Atenach, a fala ciepłego, wilgotnego powietrza otuliła Jagodę jak koc.
Strach? Wcale go nie było. Było tylko zmęczenie i wielka ciekawość. Przez pierwsze dni sumiennie realizowała swój plan: spacerowała po gwarnych, wesołych ulicach, podziwiała blask świątyń, jadła przepyszne uliczne jedzenie.
Nikt nawet nie próbował sięgnąć do jej torebki, nie mówiąc już o porwaniu. Sprzedawcy na bazarach tylko serdecznie się uśmiechali i próbowali zbić cenę o dziesięć euro.
Wrzuciła na rodzinny czat z Antonim i… Haliną Leśniewską (ta się uparła) zdjęcie: uśmiechnięta Jagoda z owocowym koktajlem na tle błękitnego morza. Podpis: Organy wszystkie. Niewolnictwo jeszcze nie proponowali. Oczekuję z niecierpliwością.
Antoni wysyłał jej serduszka. Halina śledziła wszystko i milczała.
Potem Jagoda pojechała na północ, do Salonik. Tam, w kameralnym pensjonacie prowadzonym przez starszą Greczynkę, Eleni, która uczyła ją robić dolmadakia, wydarzyło się coś, co zmieniło jej spojrzenie na sytuację.
Eleni, zaciągając po angielsku, była zaskakująco podobna do Haliny Leśniewskiej.
Starsza pani martwiła się o swoją córkę, pracującą w Berlinie.
Tam jest sama, tam zimno, ludzie się nie uśmiechają, jedzenie dziwne, narzekała Eleni, energicznie mieszając farsz. W telewizji mówili, że tam trzeba uważać, bo pełno przestępców i niemiecki powietrze to jedna chemia!
Jagoda patrzyła na jej zatroskaną twarz i nagle wybuchła śmiechem. Śmiała się długo, aż popłynęły jej łzy.
Eleni spoglądała na nią ze zdziwieniem. W końcu Jagoda, tłumacząc się gestami, zdjęciami na telefonie i prostymi słowami, opowiedziała jej o Halinie Leśniewskiej, telewizji, nerkach i niewolnictwie.
Eleni słuchała z coraz szerzej otwartymi oczami, po czym sama zaczęła się śmiać. Jej śmiech był czysty jak dźwięk dzwoneczka.
Ach, te nasze mamy! zawołała. Wszędzie są takie same! Boimy się tego, czego nie znamy. Telewizja w Grecji też pokazuje bzdury!
Wieczorem, siedząc na werandzie pod gwiazdami, Jagoda postanowiła zadzwonić nie do Antoniego, a prosto do Haliny przez wideorozmowę.
Halina Leśniewska wyglądała na zmęczoną i spiętą.
No i co? Żyjesz? rzuciła bez zbędnych wstępów.
Cała jestem, wszystko na miejscu, pani Halino. Proszę zobaczyć.
Jagoda odwróciła kamerę na werandę, gdzie donosiła herbatę i owoce Eleni. Kobieta serdecznie się uśmiechnęła, widząc w ekranie surową twarz Polki.
Dzień dobry! zawołała pogodnie Eleni. Pańska synowa świetna kobieta! Dobrze gotuje! Proszę nie martwić się, nic jej złego nie spotka! zaśmiała się, obejmując Jagodę ramieniem.
Halina Leśniewska milczała. Spoglądała to na rozpromienioną Greczynkę, to na pogodną, opaloną twarz Jagody.
I… i organy? wydusiła nagle, już nie tak pewna siebie.
Wszystko jest, Jagoda posłała jej uśmiech. Nawet zaczęłam jeść z apetytem. A tutaj pięknie i ludzie bardzo serdeczni. Eleni mówi, że jej córka w Berlinie i że się boi, bo podobno, według wiadomości, tam wszyscy straszni i zimni.
Nastała długa cisza.
Daj mi ją do telefonu, powiedziała niespodziewanie Halina. Tę… Eleni.
Jagoda przekazała telefon. Dwie kobiety, rozdzielone tysiącami kilometrów i różnicami kulturowymi, rozmawiały z dziesięć minut.
Nie rozumiały słów, ale chyba rozumiały się w środku. Eleni kiwała głową i śmiała się, Halinie najpierw marszczyły się brwi, potem zaczęły się wygładzać.
Pod koniec rozmowy próbowała nawet się uśmiechnąć wyszło niezdarnie, ale to już nie była maska przerażenia.
Gdy połączenie się skończyło, Jagoda dostała od Antoniego wiadomość: Mama właśnie wyłączyła telewizor. Powiedziała: 'Dość tej paniki’ i zapytała, kiedy wracasz.
Jagoda nie odpowiedziała od razu. Długo patrzyła w rozgwieżdżone niebo nad Salonikami. Potem zrobiła kolejne zdjęcie: dwie kobiety, ona i Eleni, w objęciach, uśmiechnięte szeroko do aparatu, i wysłała je na rodzinny czat.
Podpis: Zyskałam sojuszniczkę. Jutro spróbuję paralotniarstwa. Jeśli coś, nerki mam przy sobie. Całuję.
Powrót samolotem był lekki. Na lotnisku czekał Antoni, a nieco z tyłu, z naręczem krzykliwych, kolorowych astrów stała Halina Leśniewska.
Nie rzuciła jej się w ramiona, ale też nie zaczęła krzyczeć. Chrząknęła i podała kwiaty.
No co, cała?
No jak widać, bez nowych właścicieli…
No, dobra, mruknęła teściowa, machnęła ręką. Opowiesz mi, jak tam było… Ta twoja Eleni, co słychać?
W drodze do domu Jagoda opowiadała o świątyniach, jedzeniu, serdeczności ludzi i zabawnych sytuacjach.
Halina Leśniewska słuchała, czasem dopytywała. Telewizor w salonie milczał.
W czarnym, wyłączonym ekranie odbijały się trzy postacie: mężczyzna obejmujący żonę i teściowa, która po raz pierwszy odważyła się spojrzeć na świat nie przez pryzmat telewizyjnych sensacji, a przez oczy kogoś, kto sam był w piekle i wrócił nie tylko cały, ale i szczęśliwy.
Wieczorem, przy herbacie, Halina Leśniewska powiedziała cicho, jakby sprawdzając reakcję:
Może… za rok… też z wami polecę? Tylko nie do jakiegoś dzikiego miejsca…
Antoni i Jagoda wymienili porozumiewawcze spojrzenie i uśmiechnęli się. To było zaskakujące, jak nagle Halina zmieniła perspektywę.
Ale kilka dni później przyszła w odwiedziny cała czerwona i rozgorączkowana i oznajmiła z progu:
Ja to jednak z wami nigdzie nie jadę! Tobie, Jagoda, po prostu się poszczęściło! W telewizji pokazywali ostatnio, jak ludzi z niewoli wyciągali! Nie chcę tego przeżyć!
Jak pani uważa, wzruszyła ramionami Jagoda.
Antoni, ty też tam nie jedź. Przecież i w Polsce jest tyle miejsc do zobaczenia, odparła z miną znawcy Halina Leśniewska.
Syn pokręcił głową, ale nie wdawał się w dyskusje, wiedząc, że i tak przekonanie jej nie ma większego sensu.
***
Dziś, z perspektywy czasu, wiem jedno: często nasze największe lęki istnieją tylko w telewizji i w naszych głowach. Dopiero, gdy zdecydujemy się zobaczyć świat własnymi oczami, okazuje się, że ludzie wszędzie są do siebie podobni boją się o swoich bliskich, tęsknią, martwią się, czasem przesadzają. Ale więcej nas łączy niż dzieli. A na świecie dobroci i życzliwości jest znacznie więcej niż straszą wieczorne wiadomości.



