„Niech leci sama. Może ją tam porwą” – westchnęła teściowa Duszny wieczór przed upragnionym urlopem…

Niech leci sama. Może ją tam porwą zmarszczyła brwi teściowa.

Duszne, letnie popołudnie przed wyjazdem na długo planowany urlop powinno było upłynąć w lekkiej ekscytacji i radosnym zamieszaniu.

Tymczasem w warszawskim mieszkaniu Antoniego i Małgorzaty atmosfera była napięta jak struna. Pośrodku salonu, niczym pomnik niepokoju, tkwiła Janina Leszczyńska, zaciskając w dłoni pilota od telewizora.

Nie pozwolę! Do reszty wam rozum odebrało?! w jej głosie, nawykłym do wydawania poleceń w szkole (Janina całe życie pracowała jako nauczycielka), zabrzmiała stalowa nuta.

Na ekranie zatrzymał się kadr kolejnego sensacyjnego programu: groźny prezenter na tle mapy południowych krajów Europy rysował czerwone strzałki zagrożeń.

Małgorzata, spokojnie pakująca walizkę mimo tej nerwowej atmosfery, tylko westchnęła.

Znała ten scenariusz. Antoni, z wyrazem zmęczonej cierpliwości, próbował wtrącić słowo.

Mamo, już dosyć! Przestań! Przecież lecimy do porządnego hotelu, mamy sprawdzone biuro podróży

Głupoty?! Janina aż podskoczyła, a pilot prawie wyleciał jej z ręki. Otwórz oczy, Antoni! Ona cię zawlecze do grobu! Do Hiszpanii… tam co drugi to handlarz ludźmi! Najpierw wyślą cię po piwo w jakąś boczną uliczkę, a już nie wrócisz! Nerki ci wytną, wątrobę, wszystko co się da, i wywiozą w lodówce! A ją wskazała dramatycznie na Małgorzatę, ją sprzedadzą do burdelu albo do niewoli! W telewizji widziałam taki reportaż!

Małgorzata przerwała pakowanie. Spojrzała na Janinę Leszczyńską i przez chwilę milczała. Takiej pauzy Antoni nigdy by nie wytrzymał.

Pani Janino głos Małgorzaty był cichy, lecz stanowczy. Pani naprawdę w to wszystko wierzy? Że każdy Hiszpan to mafioso z dyplomem transplantologa na pół etatu?

Skończ z ironią! Nie masz żadnych argumentów przeciw faktom! Pokazują w TV! Ludzie, co nie mają nic do stracenia, jadą tam dla egzotyki, a potem rodzice dostają ich części ciała w puszce po coli!

Antoni przetarł dłonią twarz.

Mamo, to jest bajka dla emerytek, które nie mają czym się emocjonować! Celowo was straszą, żebyście oglądali do końca. Tam jeżdżą miliony turystów

I tysiące przepadają bez śladu! odbiła Janina. A ty, Małgorzato, już pewnie kupiłaś bilety? Nie oddasz?

Kupiłam. Nie oddam powiedziała krótko Małgorzata. Dwa lata odkładaliśmy na ten wyjazd. Czytałam opinie, fora, rezerwowałam przez sprawdzone biuro. Nie mamy zamiaru włóczyć się nocą po podejrzanych dzielnicach. Pojedziemy na wycieczki, poleżymy na plaży w Alicante, zjemy paellę

Jeszcze dostaniecie zatrucia, Bóg wie, co tam do tych zup wkładają mruknęła teściowa. Antoni, błagam cię, opamiętaj się. Niech leci sama, skoro jej tak zależy. Jej ryzyko jej sprawa. Ty zostaniesz żywy i zdrowy. Matka wyczuwa niebezpieczeństwo.

Zapanowała ciężka cisza. I wtedy Małgorzata powiedziała coś, co pewnie zbierało się w niej latami.

W porządku rzuciła, zamykając walizkę z trzaskiem. Ma pani rację, pani Janino. Ryzyko to rzecz szlachetna. Polecę sama.

Małgosia! Co ty robisz? Antoni był zszokowany.

Sama słyszałeś mamę. Jej serce wyczuwa zagrożenie. Nie mogę odpowiadać za twoje nerki i wątrobę, nie mówiąc o twojej przyszłości w niewoli. Ty zostajesz w domu. Napijesz się herbaty z mamą, pooglądacie programy o teorii spiskowej. A ja uśmiechnęła się chłodno ja polecę do tego piekła. Sama.

Janina Leszczyńska wyglądała na równocześnie triumfującą i zagubioną.

Osiągnęła swoje, ale nieoczekiwana gotowość Małgorzaty, aby rzucić wyzwanie wszystkim strachom, wytrąciła ją z równowagi.

I dobrze wymamrotała, już mniej energicznie. Sama tego chciałaś.

Antoni próbował jeszcze protestować, przekonywać, ale Małgorzata pozostała nieugięta. W noc przed odlotem leżeli w łóżku tyłem do siebie.

Może zmienisz zdanie? zapytał mąż.

Nie! odburknęła.

*****

Samolot wylądował w Walencji, a fala ciepłego, ciężkiego powietrza otuliła Małgorzatę jak koc.

Strach? Nie, nie było go. Było tylko zmęczenie i paląca ciekawość. Pierwsze dni zwiedzała zgodnie z planem: spacerowała wśród uśmiechniętych mieszkańców, podziwiała blask katedr i pałaszowała przepyszne tapas na ulicznych straganach.

Nikt nawet nie próbował ukraść jej portfela, nie mówiąc o porwaniu. Uprzejmi sprzedawcy po prostu się uśmiechali, próbując opchnąć owoce taniej o jedno euro.

Wysłała na wspólny czat z Antonim oraz Janiną Leszczyńską (ta się uparła) zdjęcie: Małgorzata z owocowym koktajlem na tle lazurowego morza. Podpis: Organy na miejscu. Niewolnictwa jeszcze nie proponowano. Czekam niecierpliwie.

Antoni odsyłał same serduszka. Janina tylko czytała i milczała.

Później Małgorzata pojechała na północ, do Girony. W małym, rodzinnym pensjonacie, prowadzonym przez starszą Hiszpankę o imieniu Rosa, wydarzyło się coś zaskakującego.

Rosa, łamaną angielszczyzną, okazała się zadziwiająco podobna do Janiny Leszczyńskiej.

Kobieta niesamowicie martwiła się o córkę, która wyjechała do pracy do Berlina.

Ona tam sama, zimno, ludzie nie uśmiechają się, jedzenie dziwne narzekała Rosa, mieszając paellę. W telewizji mówią, że tam smog i wszyscy niemili!

Małgorzata spojrzała na jej zmartwioną twarz i nagle parsknęła śmiechem. Śmiała się długo, aż popłynęły jej łzy.

Rosa patrzyła zdziwiona. Wtedy Małgorzata, gestami, zdjęciami na telefonie i prostymi słowami, opowiedziała jej o Janinie Leszczyńskiej, o telewizji, o strachu przed handlem organami i porwaniami.

Rosa słuchała z szeroko otwartymi oczami. Potem też zaczęła się śmiać. Jej śmiech był dźwięczny, jak dzwonek rowerowy.

Ach, te nasze mamy! zawołała. Wszędzie są takie same! Boimy się tego, czego nie znamy. Telewizja opowiada głupoty w Hiszpanii też!

Tamtego wieczoru, siedząc na tarasie pod gwiazdami, które tu wydawały się większe, Małgorzata zadzwoniła nie do Antoniego, lecz prosto do Janiny Leszczyńskiej, przez wideorozmowę.

Janina wyglądała na zmęczoną i spiętą.

No i co? Żyjesz? rzuciła bez przywitania.

Cała i zdrowa, pani Janino, niech pani spojrzy.

Małgorzata odwróciła kamerę na taras, gdzie niosła na tacy herbatę i owoce, a za nią szła śmiejąca się Rosa, widząc surową twarz w ekranie.

¡Hola! zawołała Rosa. Twój synowa dzielna! Gotuje świetnie! Nie martw się, przypilnuję jej tu! Żadnego niewolnictwa! objęła Małgorzatę.

Janina milczała. Patrzyła najpierw na uśmiechniętą Hiszpankę, potem na spokojną, opaloną twarz synowej.

I no organy? wymamrotała już mniej pewnie.

Wszystko na miejscu uśmiechnęła się Małgorzata. Nawet apetytem się chwalę. Tu jest pięknie, a ludzie mili. Rosa też martwi się o swoją córkę, co wyjechała do Niemiec. Bo w telewizji mówią, że tam strasznie i zimno.

Nastała chwila ciszy.

Daj mi Rosę powiedziała nagle Janina.

Małgorzata podała telefon. Przez dziesięć minut te dwie kobiety, oddzielone tysiącem kilometrów i inną kulturą, rozmawiały nie rozumiejąc słów, ale pojmując sens. Rosa kiwała głową i śmiała się, Janina powoli miękła.

Na koniec rozmowy teściowa nieporadnie się uśmiechnęła było to niezgrabne, ale już nie maska strachu.

Gdy połączenie się przerwało, Małgorzata dostała SMS-a od Antoniego: Mama właśnie wyłączyła telewizor. Powiedziała: 'Mam już dosyć tej paniki’ i pyta, kiedy wracasz.

Nie odpowiedziała od razu. Spojrzała w gwiazdy nad Gironą. Potem przesłała kolejne zdjęcie: ona i Rosa przytulone, uśmiechnięte, podpis: Znalazłam sojuszniczkę. Jutro lecę na paralotni. Organy na swoim miejscu. Buziak.

Podróż powrotna minęła lekko. Na lotnisku w Warszawie czekał na nią Antoni, a na boku, z naręczem jaskrawych astrów, stała Janina Leszczyńska.

Nie rzuciła się Małgorzacie na szyję, ale też nie urządziła awantury. Odtchrząknęła i podała kwiaty.

I co, żyjesz?

Jak widać. Bez nowych właścicieli

Dobra, już mruknęła teściowa i machnęła ręką. Opowiesz mi potem, jak tam A twoja Rosa co słychać?

W drodze do domu Małgorzata opowiadała o katedrach, jedzeniu, serdecznych ludziach i zabawnych przygodach.

Janina słuchała, dopytywała czasem. Telewizor w salonie milczał.

W czarnym ekranie odbijały się trzy sylwetki: mąż obejmujący żonę i teściowa, która zdecydowała się spojrzeć na świat nie przez pryzmat sensacji, lecz oczami tych, którzy byli w samym sercu grozy, wrócili nie tylko w jednym kawałku ale i szczęśliwi.

Wieczorem, przy herbacie, Janina półgłosem, jakby badając reakcję, powiedziała:

Może w przyszłym roku jeśli zechcecie mogłabym też z wami? Tylko nie do najdzikszych miejsc

Antoni i Małgorzata spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się porozumiewawczo. Było to pozytywne zaskoczenie, że Janina zaczęła patrzeć na świat inaczej.

Jednak kilka dni później przyszła w gości, czerwona i podekscytowana, i od progu oświadczyła:

Ja z wami nigdzie nie jadę! Tobie, Małgorzato, po prostu się poszczęściło! Słyszałam, właśnie grupę ludzi uwolnili z niewoli. Tam są niebezpieczeństwa!

Jak uważasz wzruszyła ramionami Małgorzata.

Antonii, ty też daj sobie spokój z tymi wyjazdami. Po Polsce też można fajnie podróżować orzekła z powagą Janina.

Syn tylko pokręcił głową, wiedząc, że dyskusja nie ma sensu.

*Życie uczy, że lęki i wyobrażenia matczynych serc bywają uniwersalne. Czasem wystarczy odłożyć pilot, otworzyć drzwi na świat a okaże się, że zamiast grozy czeka nas serdeczność i przygoda. Bo świat to nie tylko telewizyjne rewelacje, ale przede wszystkim ludzie tacy jak my.*A jednak tego wieczoru, kiedy już wszyscy rozeszli się do swoich mieszkań, Małgorzata, patrząc w okno na pulsujące światłami miasto, nagle pomyślała, że najtrudniejsze podróże wcale nie mierzą się w kilometrach. Najodważniej trzeba wyruszyć w nieznane tam, gdzie czekają cudze (albo własne) lęki, uprzedzenia, ciasno zamknięte serca.

I czasem wygrana to nie tylko zdjęcie z palmą na tle morza, lecz uśmiech kogoś, kto od lat się bał i teraz choć na chwilę, odważył się spojrzeć poza cieniem zasłony.

Małgorzata nalała sobie herbaty, usiadła obok Antoniego i ścisnęła jego dłoń. Czuła, jak ciężar tego lata zamienia się w lekkość. Wiedziała, że gdzieś w hiszpańskiej Gironie Rosa właśnie zbiera lawendę na tarasie i też wspomina rozmowę z tą dziwną Polką z drugiego końca kontynentu.

A Janina Leszczyńska? Zapewne jeszcze nie raz chwyci pilot, jeszcze nie raz da się nabrać na telewizyjne grozy. Ale Małgorzata będzie już patrzeć na nią z łagodnym zrozumieniem bo lęk to taki sam bagaż, jak walizka w podróży: można go nieść samemu albo podzielić na dwoje.

I może kiedyś, gdzieś pod innym niebem, wypiją razem herbatę z Rosą, śmiejąc się z tego, jak świat potrafi zaskakiwać zwłaszcza wtedy, gdy odważymy się w niego wyjść, nie tylko ciałem, ale i sercem.

Bo każda podróż nawet ta najkrótsza, na odległość uśmiechu zaczyna się od wyłączenia telewizora.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × cztery =

„Niech leci sama. Może ją tam porwą” – westchnęła teściowa Duszny wieczór przed upragnionym urlopem…