*Niebieska żyłka*
Jakże bardzo Wiktor ją kochał. Szalał za nią, stał pod jej oknami późnymi wieczorami, cieszył się, gdy tylko udało mu się dostrzec jej zarys za zasłoną. Wydawała mu się nieosiągalna i niedostępna. Urzekała go jej delikatność, blada, cienka skóra, przez którą prześwitywały niebieskawe nitki żyłek. Czuł, jak serce ściska mu się od czułości.
Na szkolnym balu choinkowym Wiktor zaprosił ją do tańca. Kinga była od niego niższa, taniec z nią wydawał się niezgrabny. Drżał jak listek, czoło miał wilgotne od potu, a dłonie spocone od nerwów paliły na jej biodrach. Nie mógł opanować emocji i płonął ze wstydu, wiedząc, że ona to czuje. Gdy muzyka ucichła, odsunął się od Kingi i wreszcie odetchnął.
Dziwiło go, dlaczego inni chłopcy nie szaleją za nią.
Na przykład Sławek wolał rosłą Ewę, silną i wysoką, z długimi nogami. Gdy biegała po boisku na wuefie, górując nad resztą dziewczyn, jej wysoki kucyk kołysał się jak wahadło.
Dla Wiktora ideałem kobiecej urody była drobna Kinga. Była jego obsesją, marzeniem, chorobą. Matka Wiktora nie podzielała fascynacji syna tą dziewczyną. *Ładna, ale jakaś wątła* – mówiła ojcu. *Trzeba coś z tym zrobić. Odciągnij go od tej chucherkatej. To nie jest dla niego partia. Co ona w ogóle ma w głowie? Jakaś taka nieziemska, krucha. Co z niej za żona i gospodyni? I imię jakieś obce, nie nasze. Namów go, żeby pojechał na studia do innego miasta. Do Warszawy na przykład. Byle dalej od niej.*
Ojciec przytaknął i rozmawiał z synem po męsku. Tłumaczył, że w stolicy więcej możliwości, że po prestiżowej uczelni czeka go świetna przyszłość. Że nawet jeśli nie dostanie się na budżet, będą opłacać mu naukę. Wiktor się zgodził.
Nad łóżkiem w akademiku powiesił zdjęcie Kingi, powiększone ze szkolnej fotografii. Ale Kinga została w rodzinnym mieście, a on był młody. Zdobywał doświadczenie, spotykał się z dziewczynami, a obraz kruchej koleżanki zachował w pamięci i we snach.
Aż poznał Magdę. Przy niej nie drżał, nie tracił głowy. Rozumieli się bez słów. Z nią było łatwo i bezpiecznie. Obraz Kingi zbladł w jego pamięci.
Po studiach Wiktor ożenił się z Magdą i został w Warszawie. Matka cieszyła się z jego wyboru. *Wszystko lepsze niż ta dziwna Kinga.*
Rok później urodziła im się córeczka, Zosia. Wiktor oszalał z miłości do dziecka. Gdy tylko zakaszlała, gotów był postawić na nogi całą stołeczną służbę zdrowia. Kinga pozostała tylko mglistym wspomnieniem z czasów szkolnych.
*Taty zabrali do szpitala. Będą operować. Lepiej przyjedź – pewnego dnia zadzwoniła matka.*
Zosia była przeziębiona, więc Magda została z nią w domu. Wiktor wziął urlop i pojechał sam.
Warszawa żegnała go jesiennym deszczem, a rodzinne miasto powitało słońcem i złotymi liśćmi. Ojciec trzymał fason, nie poddawał się panice.
Operacja się udała. Matka dniami i nocami czuwała przy łóżku męża, a Wiktor został sam. Niebezpieczeństwo minęło, mógł wracać do domu, do swoich dziewczyn, jak nazywał żonę i córkę.
Ze szpitala szedł pieszo. Nie miał się gdzie spieszyć. Strach o ojca minął, a nastrój się poprawił. Maszerował, szeleszcząc liśćmi pod butami, wdychając świeże, jesienne powietrze.
Przed nim na chwilę zatrzymała się młoda kobieta. Pochyliła się nad wózkiem, poprawiając coś dziecku. Serce w piersi Wiktora zabiło mocniej, rozpoznało ją, zanim on sam się zorientował.
– Cześć – powiedział, podchodząc.
Kinga wyprostowała się, uśmiechnęła, poznała go. Wiktor wpatrywał się w znaną, smukłą twarz, cienką skórę prześwitującą żyłkami, ten sam nieobecny, smutny wzrok.
– Witaj. Do rodziców przyjechałeś? Na urlopie? – spytała Kinga.
– Taty operowali. Już dobrze.
– Nic poważnego? – W jej oczach błysnęło zaniepokojenie.
– Wszystko w porządku. A ty? Twój? – skinął głową w stronę wózka.
– Mój. – W tonie jej głosu od razu wyczuł, że jest sama.
Zrobiło mu się tak żal, że miał ochotę wziąć jej twarz w dłonie i pocałować ją tu, na ulicy. Odprowadził ją do domu, wypytywał o dawnych kolegów. Sam opowiadał o sobie, nie czekając na pytania. Pomógł wnieść wózek do klatki. Kinga mieszkała wciąż tam, gdzie dawniej. Rodzice zostawili jej mieszkanie, sami przenieśli się na wieś.
– Wpadnij kiedyś – rzuciła na pożegnanie.
Wiktor pomyślał, że mógłby teraz iść za nią, ale milczał. Jak dawniej, była dla niego nieosiągalna. Nie potrafił po prostu wejść na herbatę.
Następnego dnia znów pojechali z matką do szpitala. Ojciec wyglądał lepiej, nawet żartował. Matka została przy nim, a Wiktor kupił bukiet róż i pojechał do Kingi. Nie zdziwiła się, tylko poprosiła, by nie hałasować, bo córeczka spała.
– Coś zjesz? Herbaty? – zapytała w kuchni, stawiając kwiaty w wazonie.
– Nie, dziękuję. Matka karmi mnie na umór.
Bliskość Kingi w ciasnej kuchni przyprawiała go o drżenie. Znów, jak dawniej, czuł ten sam dreszcz. Kinga postawiła wazon na stole. Jej twarz znalazła się tak blisko. Wiktor dostrzegł, jak na jej skroni pulsuje niebieska żyłka.
Nie wytrzymał. Pochylił się i musnął ją ustami. Kinga na moment zastygła, a potem odwróciła się do niego, oplotła jego szyję wiotkimi ramionami i przylgnęła jak trzcina do pnia. Uniósł ją lekko i posadził na krawędzi stołu…
Z pokoju dobiegł płacz dziecka. Kinga odepchnęła go, zeskoczyła na podłogę i pobiegła do córeczki. Wiktor potrząsnął głową, odpędzając urojenia. Wziął głęboki oddech i wyszedł z kuchni. Kinga stała na środku pokoju z dzieckiem na rękach. W oczach dziewczynki połyskiwały łzy.
– MuszęWiktor wyszedł, zatrzasnąwszy za sobą drzwi, i już nigdy nie wrócił.



