— Nic mi nie zrobicie. Ja niczemu nie jestem winien — mamrotał Nikodem, cofając się. Trząsł się ze strachu.
Początek czerwca przyniósł upalne, letnie dni. Ludzie, stęsknieni za przyrodą i wypoczynkiem, uciekali z zakurzonych, dusznych miast na działki, na wieś, nad morze. Ryszard z żoną i córką również wyruszyli wczesnym rankiem na weekend do małej miejscowości, gdzie dorastał i gdzie wciąż mieszkała jego matka.
— No to gotowi? Nic nie zapomnieliśmy? To ruszamy, zanim słońce rozgrzeje się na dobre — zakomenderował Ryszard, wsiadając do samochodu.
Kingusia usiadła obok ojca, a Krysia rozsiadła się na tylnym siedzeniu, z dala od klimatyzacji.
Na rodzinnym spotkaniu postanowiono, że ostatnie wakacje Kingusia spędzi u babci. Nie chciała wyjeżdżać z miasta, ale przyjaciele rozjechali się już w różne strony, a w mieście robiło się nudno.
— Czemu taka smutna? Zobaczysz, spodoba ci się. Są tam twoi znajomi. Jeszcze nie będziesz chciała wracać — dodawał otuchy córce Ryszard.
— Oj, tato, wszystko w porządku — burknęła Kingusia, zapinając pasy.
— No to inaczej brzmi! — Ryszard się ożywił. — Ostatnie długie wakacje. Następna klasa to już matura: egzaminy, studia, potem dorosłe życie.
Miasto budziło się, strząsając z siebie senną ospałość. Ulice były jeszcze wolne od korków, więc szybko wyjechali za miejskie rogatki.
Słońce dopiero wschodziło. Jego promienie przedzierały się przez liście drzew wzdłuż szosy, kłując w oczy jak ostre igły. „Wszystko gra, ale dlaczego serce mi tak niespokojnie?” — pomyślał Ryszard, patrząc na szare paski asfaltu uciekające pod koła.
Po czterech godzinach wjechali do miasteczka, tonącego w zieleni i kwiatach. Babcia otworzyła drzwi, klasnęła w dłonie — wreszcie przyjechali! — i zaczęła wszystkich kolejno ściskać.
— Jak Kingusia wyrosła! Już prawie panna młoda. Rysiu, upiekłam twoje ulubione drożdżówki. Chodźcie do środka, po co stoicie w przedpokoju? — krzątała się uradowana matka.
— Wszystko takie samo — westchnął Ryszard, rozglądając się po pokoju i wdychając znajomy od dzieciństwa zapach. — Nic się nie zmieniło. Nawet rzeczy leżą na tych samych miejscach. Mamo, i ty taka sama — przytulił matkę.
— Ach, daj spokój, co też ty wygadujesz — machnęła ręką. — Głodni pewnie po drodze? Myjcie ręce, będzie śniadanie.
— Tylko uważaj na tę narzeczoną. Nie dawaj za dużo swobody. Żeby nie szwendała się po nocy… — Ryszard odgryzł pół drożdżówki i zamruczał z zadowolenia.
— Daj spokój, sam zapomniałeś, jaki byłeś w jej wieku? — uśmiechnęła się matka, podsuwając mu szklankę zimnego kompotu.
— No właśnie. Babciu, opowiedz, jaki był. Bo mam wrażenie, że urodził się święty — podchwyciła Kingusia.
Babcia krzątała się, znosząc na stół smakołyki, i mimochodem spojrzała przez okno.
— Może herbatki ciepłej ktoś chce? — Objęła wzrokiem dawno niewidzianych gości. — Na podwórku już czekają twoi koledzy. Widzieli samochód — babcia mrugnęła porozumiewawczo do Kingusi.
— Kto? — zapytała i pobiegła do okna.
— Najpierw zjedz — surowo powiedział Ryszard. — Poczekają.
— Już jestem najedzona. Dziękuję, babciu, pyszne były. — Kingusia przestępowała z nogi na nogę.
— No to idź już, wiercipięto — odparła babcia. — Na obiad się nie spóźnij.
I Kingusia natychmiast wybiegła z kuchni.
— Mamo, pilnuj jej. Z wyglądu dorosła, a w głowie wciąż wiatr hula — powiedział Ryszard, gdy drzwi zamknęły się za nią.
— U nas spokojnie, nie martw się.
Następnego wieczora Ryszard z Krysią wyjeżdżali z powrotem do miasta. Stojąc przy samochodzie, Ryszard dawał córce ostatnie wskazówki.
— Pomagaj babci. I nie wyłączaj telefonu, dobrze?
— Tato, już wszystko wiem — Kingusia przewróciła oczami. — Jeśli tak się martwisz, może pojadę z wami?
— Serio, Rysiu, za bardzo ją kontrolujesz — wstawiła się za córką Krysia. — Jedźmy, bo do nocy nie dojedziemy.
Wyjeżdżając z podwórka, Ryszard patrzył w lusterko na matkę i córkę. Spojrzał na żonę. „Spokojna. A ja się nakręcam? Kinga jest rozsądna, nic jej nie będzie. Trzeba się nauczyć puszczać…” — Ryszard próbował uciszyć niespodziewany niepokój w sercu.
Minęły trzy tygodnie. Kingusia dzwoniła codziennie, opowiadała o życiu u babci. Ryszard stopniowo się uspokoił. Ale w sobotni ranek obudził go dzwonek telefonu.
— Z pracy dzwonią? — przez sen spytała Krysia, nie otwierając oczu.
Ryszard sięgnął po komórkę. Zobaczył, że dzwoni matka, i natychmiast odebrał.
— Tak, mamo. Dlaczego tak wcześnie dzwonisz? — A serce już łomotało w piersi, zwiastując nieszczęście.
— Ryśku, wybacz… Nie uchroniłam Kingusi — wyksztusiła przez łzy matka.
— Co się stało? — Ryszard zerwał się z łóżka i sięgnął po spodnie.
— Nieszczęście, przyjeżdżaj szybko. Kinga jest w szpitalu, w śpiączce… — matka wybuchnęła płaczem.
— Zbieraj się, Kinga w szpitalu — powiedział Ryszard Krysi, rzucając telefon na łóżko i wciągając spodnie.
Krysia zrozumiała, że stało się coś poważnego, i już ściągała koszulę nocną. Westchnęła ciężko i osunęła się na łóżko.
— Co z Kingą? — wyszeptała.
— Mama płacze, niewiele zrozumiałem. Pojedziemy i się dowiemy.
Wczoraj po pracy nie miał ochoty zatrzymywać się na stacji benzynowej, a dziś przed dystrybutorami ustawiły się kolejki samochodów. W weekend wielu spieszyło się, by uciec z dusznego miasta.
— I co teraz? Stracimy tyle czasu… — Krysia bezradnie spojrzała na Ryszarda.
— Zaraz. — Wysiadł z auta, wyjął z bagażnika kanister i podsRyszard wcisnął gaz do dechy, serce waliło mu jak młot, a przed oczami migały tylko dwa obrazy: Kingi leżącej w szpitalu i Nikodema stojącego na kolanach, ale teraz liczyła się tylko ta pierwsza – dotarli pod szpital, wysiedli z samochodu i pobiegli do środka, gdzie na korytarzu czekała już babcia, a za nią w drzwiach sali stała Kinga, blada, lecz przytomna, i uśmiechnęła się słabo, wyciągając ręce ku nim.



