Mamo, a Milenka znowu pogryzła mój ołówek!
Mała Zosia wbiegła do kuchni, trzymając w ręce obgryziony kolorowy ołówek, a za nią gnał rozbrykany labrador, machając ogonem jak wiatrak. Agnieszka oderwała wzrok od garnka, w którym pyrkała zupa i kotlety szeptały wybuchowo na patelni, po czym westchnęła. Trzeci ołówek dzisiaj.
Wrzuć do kosza i weź nowy z szuflady. Michał, zrobiłeś już matematykę?
Prawie! dobiegło z pokoju dzieci.
To prawie jej dwunastoletniego syna oznaczało najczęściej, że siedzi z nosem w komórce, a zeszyt tylko dla dekoracji leży obok. Agnieszka o tym wiedziała, ale w tej chwili musiała zdjąć kotlety, zamieszać zupę, złapać czteroletniego Stasia, który ewidentnie kierował się w stronę psiej miski, i nie zapomnieć o praniu w pralce.
Trzydzieści dwa lata. Troje dzieci. Jeden mąż. Jedna teściowa. Jeden labrador. I ona jedyny silnik napędzający tę całą machinę. Agnieszka prawie nie chorowała. Nie dlatego, że była okazem zdrowia, po prostu nie mogła sobie na to pozwolić. Kto naszykowałby jedzenie? Kto ubrałby dzieci do szkoły? Kto poszedłby z Milenką na spacer? Odpowiedź była oczywista nikt.
Agnieszko, kolacja niedługo?
W drzwiach kuchni pojawiła się pani Barbara, opierając się na laskę. Osiemdziesiąt pięć lat, bystry umysł, niezachwiany apetyt.
Przez pięć wspólnych lat Agnieszka mogła policzyć na palcach jednej ręki przypadki, kiedy staruszka zrobiła coś pożytecznego dla domu.
Za dziesięć minut, pani Basiu.
Stara pani zadowolona kiwnęła głową i powlokła się do salonu. Czasem czytała Stasiowi bajki na dobranoc O kogutku i kurce albo O Złotej Rybce. Repertuar ubogi, ale chłopczyk był zachwycony. Zazwyczaj siedziała u siebie, oglądała seriale i odliczała czas do następnego posiłku.
Wskazówki zegara pokazywały wpół do szóstej, gdy przekręcił się klucz w zamku. Andrzej wszedł z miną człowieka, który ukończył ultramaraton.
Kolacja już?
Nawet nie cześć. Agnieszka bez słowa wskazała nakryty stół. Mąż umył ręce, usiadł na swoim miejscu. Telewizor sam się niemal włączył pilot wyraźnie wrósł mu w dłoń.
Zosia dostała dziś piątkę z czytania spróbowała Agnieszka.
Mhm.
Michał potrzebuje pomocy przy projekcie z przyrody.
Mhm.
To mhm to był szczyt zaangażowania, na który mogła liczyć. Po kolacji Andrzej przechodził na kanapę. Jego dzień dobiegł końca. Misja spełniona. Przyniósł do domu pieniądze reszta go nie dotyczy.
Kiedy dzieci już spały, Agnieszka otwierała laptopa. Zdalna praca w sklepie internetowym obsługa zamówień, odpowiedzi na maile, przygotowanie wysyłek. Nie były to wielkie pieniądze, ale własne, zapracowane. Plus czynsz z kawalerki, którą wynajmowała już czwarty rok.
Może by się wyprowadzić jak zwykle przemknęło jej przez głowę. Ale zaraz znajdywały się powody: Michał ma dobrą szkołę, Zosia przyzwyczaiła się do przedszkola, strata dochodu z wynajmu… Agnieszka zamknęła laptopa. Jutro. Wszystko jutro.
Grudzień przyniósł nie tylko przedświąteczny zgiełk, lecz także grypę. Gorączka uderzyła nagle, prawie czterdzieści stopni. Całe ciało bolało, gardło piekło, głowa chciała eksplodować. Agnieszka z trudem doczołgała się do łóżka.
Mamo, chyba jesteś chora oznajmił Michał, zaglądając do sypialni.
Andrzej wszedł zaraz po nim, na twarzy coś niby troska. Ale wcale nie o Agnieszkę.
Tylko nie zaraz pani Basi. W tym wieku to nie przelewki.
Agnieszka zamknęła oczy. Oczywiście. Pani Basia. Najważniejsza.
Przez następne trzy dni rzeczywistość mieszała się jej z sennym majakiem. Wysoka gorączka, mokra poduszka, suche usta. Przez te dni nikt ani mąż, ani dzieci, ani teściowa nie podał jej szklanki wody. Czajnik stał w kuchni; dziesięć kroków dzieliło go od sypialni, ale te dziesięć kroków pokonywała sama, chwytając się ścian.
Wszyscy przejmowali się tylko panią Basią. Nie idź tam, mama chora. Nałóż maseczkę, jak przechodzisz koło sypialni. Może niech ona śpi w innym pokoju?
Ona to Agnieszka. Własny dom, a ona źródło zarazy, od której należy chronić tych naprawdę ważnych.
Po tygodniu wirus dopadł wszystkich. Najpierw Staś zasmarkany, gorący, rozkapryszony. Potem Zosia. W końcu Andrzej demonstracyjnie zajął łóżko z temperaturą trzydzieści siedem i dwa. Pani Basia poległa ostatnia, za to najgłośniej.
Agnieszka, ledwo dochodząc do siebie, wstała. Rosół, apteka, termometr, ścierka, pranie. Standardowa trasa, tym razem na miękkich nogach.
Andrzej, zajmij się Stasiem przez godzinę, muszę iść do apteki.
Mąż przewrócił oczami z męczeńską miną, ale zgodził się. Równo po sześćdziesięciu minutach Agnieszka sprawdzała specjalnie zaniósł syna z powrotem.
Jestem wykończony. Mam przecież temperaturę.
Trzydzieści sześć i osiem. Agnieszka mierzyła.
Wiosna nie była łaskawsza. Nowy wirus, nowe chore dzieci, nowe nieprzespane noce. Staś marudził, Zosia nie chciała łykać lekarstw, pani Basia domagała się specjalnego menu. W tym chaosie Andrzej zupełnie zdrowy.
Andrzej, pomóż trochę z dziećmi.
Agnieszko, ostatnio pomagałem w weekendy, ale teraz przecież pracuję. Po całym dniu padam.
Wzruszył ramionami. Prosty gest, który tłumaczył wszystko. Wieczorem przychodził, zasiadał do stołu, czekał na obiad. Chorujące dzieci, wykończona żona, bałagan w mieszkaniu nie jego sprawa.
Pewnego wieczoru, gdy Staś w końcu zasnął, a starsi robili lekcje, Agnieszka podeszła do męża. W telewizorze mamlało coś o Ekstraklasie.
Dlaczego mi nie pomagasz? Dlaczego nigdy nie pomagasz?
Andrzej nie odwrócił się, nie odpowiedział. Po prostu podgłośnił.
Agnieszka stała jeszcze chwilę, patrząc na czubek jego głowy. Wszystko stało się nagle jasne i oczywiste.
Następnego dnia sięgnęła po duże torby z półki. Dziecięce ubranka, zabawki, dokumenty. Michał stanął w drzwiach:
Mamo, gdzie jedziemy?
Do babci Ireny.
Na długo?
Zobaczymy.
Zosia podskoczyła szczęśliwa babcia Irena zawsze piekła jej ulubione drożdżówki. Staś nie rozumiał, co się dzieje, ale na wszelki wypadek ciągnął za sobą pluszowego królika.
W ostatniej chwili przypomniała sobie jeszcze o jednym ważnym domowniku Milence. Ona też z nimi pójdzie.
Andrzej leżał na kanapie. Torby, dzieci zakładające kurtki, przygotowania do wyjścia nic nie było w stanie oderwać go od ekranu. Gdy Agnieszka zamknęła drzwi, pewnie nawet nie zauważył…
Irena przyjęła córkę i wnuki bez pytań. Nakarmiła, utuliła. Pięćdziesiąt osiem lat, nauczycielka z trzydziestoletnim stażem rozumiała wszystko od razu.
Zostańcie tyle, ile trzeba.
Telefon zaczął dzwonić po trzech dniach. Andrzej.
Aga, wróćcie, tu jest syf. Nic nie ma do jedzenia. Babcia ciągle czegoś chce.
Nie tęsknię. Nie źle mi bez was. Zwykła niewygoda, i tylko o to chodziło.
Andrzej, tobie nie żona potrzebna, tylko sprzątaczka.
Co? Co ty mówisz
Czy chociaż raz powiedziałeś, że tęsknisz za dziećmi?
Cisza. Długa, wymowna.
Przecież przynoszę pieniądze powiedział w końcu. Czego jeszcze chcesz?
Agnieszka rozłączyła się. Wszystko się skończyło, a ona poczuła osobliwą ulgę.
Dwa tygodnie później lokatorzy wyprowadzili się z jej mieszkania. Przeprowadzka zajęła jeden dzień. Nowa szkoła dla Michała, nowe przedszkole dla Zosi wszystko poszło dużo łatwiej, niż się tego bała.
Następna rozmowa była już ostatnia. Wszystkie niewypowiedziane żale, gorzkie łzy samotnych nocy przy gorączkujących dzieciach wszystko wylało się z niej nagle, nie do zatrzymania.
Dwanaście lat byłam darmową służącą! Nawet raz, ani jeden raz nie zapytałeś, jak się czuję! Jak żyję! Masz Dość mam!
Zablokowała numer. I złożyła pozew o rozwód.
Rozprawa trwała dwadzieścia minut. Andrzej nie protestował. Podpisał alimenty, skinął głową sędzi i wyszedł. Może coś zrozumiał. Pewnie po prostu miał dość.
Wieczorem Agnieszka siedziała w nowej-starej kuchni. Michał czytał w swoim pokoju. Zosia siedziała przy stole, malując z wystawionym z przejęcia językiem. Staś układał klocki na dywanie.
Cicho. Spokojnie. Milenka leżała u jej stóp, z pyskiem na łapach.
Dalej trzeba było gotować, sprzątać, wieczorami pracować. Ale teraz dla tych, którzy są prawdziwą rodziną. Do ich wychowania przyłoży się teraz jeszcze staranniej, żeby nie wyrośli na takich jak ojciec.
Mamo, Zosia podniosła głowę znad rysunku, teraz częściej się uśmiechasz.
Agnieszka uśmiechnęła się kolejny raz. Zosia miała rację.


