Przez całą podróż w pociągu SKM rozmyślałem o dzisiejszej rozmowie z Gorgorzałą. „Antoni, wpadnij do mnie!” głos w słuchawce nie wróżył nic dobrego. I słusznie. Znowu nawaliłem. „Usiądź, Antoni. Zjebałeś robotę. Dostajesz naganę i bez premii kwartalnej. Ile razy cię ostrzegałem?!” Starszy majster pokręcił głową. „Twojemu ojcu obiecałem, a ty mnie stawiasz pod ścianą, ehh… Antoni Nowak! Wynoś się z oczu, przecież dorosły chłop jesteś! Zastanów się, dokąd zmierzasz? Ani rodziny, ani zainteresowań. Jak będziesz żył?”
Wracając na Ursynów, w zatłoczonym wagonie stałem jak śledź w beczce. Koledzy z fabryki pewnie już w domach, żony czekają z obiadem. Ja? Pusto. Jedyna ochota jedno piwo i w kimę. Wcześniej po robocie włóczyłem się z kumplami, dziewczyny się za mną oglądały. A teraz wszyscy pożenieni. Nudni, z ich wiecznym pierdoleniem o dzieciach i żonach!
Na moim przystanku ledwo wysiadłem babcia z siatami rozkraczona w przejściu, nie dało rady obejść. W podziemiu też pchałem się przez ludzi jak w tłoku. Wszyscy biegną, ale po co?
Też tak kiedyś pędziłem. Rączki się na mnie wieszały. Miałem już swoje M, dostałem fajną kasę w fabryce. Samochód kupiłem, stary, ale mój! Mama ciągle: „Ożeń się, synu! Czas leci, a ty go marnujesz na te wymalowane lale! Moja sąsiadka, Julka grzeczna dziewczyna! Młoda, gospodarna! Pomaga mi, na pielęgniarkę się uczy, i na Ciebie zerka, ja mam oko!” A ja wtedy: „Nie, mamo, nie potrzebuję takiej. Twoja Julka mi nie pasuje, to nie mój typ!”
I cóż, przepuściłem szansę. Pewnie Julka kurczaczki smaży i sałatkę z pomidorów kroi. I czeka, a dzieci pytają: „Mamo, kiedy tata wróci?” A mnie? Nikogo. Kiedyś nawet to lubiłem. Nie wiem, kiedy zrobiłem się taki głupi. Kiedy już miałem dosyć ciągłego balowania, a ja wciąż w te same koleiny wpadam.
Wszedłem na piętro, wyciągnął klucz do mieszkania. Wkładam nie idzie. Co za bzdura? Próbowałem znów, kręciłem w zamku, aż… nagle drzwi otworzyły się od środka. Stanęła tam… moja mama, w kwiecistym szlafroku, z rumieńcami: „Synku, co? Z pracy prosto do nas? Dlaczego nie zadzwoniłeś? Zmęczony pewnie jesteś, wyglądasz na padniętego. My z tatą właśnie do obiadu siadamy. Antosiu, rozbieraj się, umyj ręce! Ojciec! Henryku! Chodź syna przywitać, bo ciągle się gdzieś grzebiesz!”
Zamarłem. Zupełnie. Wyszedł tata: „Synu, myślałem, że przyprowadzisz wreszcie jakąś dziewczynę. Pewnie nigdy wnuków nie doczekam! Sam winien, głupek, po czterdziestce się ożeniłem. I mama nie była młódeczka. Ty nie ciągnij, ucz się na błętach ojca, wszystko ma swój czas w życiu! Kapujesz?”
„Kapuję, tato” zaschło mi w gardle „Tato, dziękuję wam z mamą za wszystko, ja… ja coś zostawiłem!” I jak oparzony wypadłem na klatkę schodową, zleciałem na parter, wybiegłem przed blok i biegłem, nie oglądając się. Dopiero daleko przystanąłem, złapałem oddech. Obejrzałem się powoli, ze strachem. Jak mogłem? Wysiadłem z elektryczki w złą stronę? Zamyśliłem się, a nogi same zaniosły mnie do starego domu rodzinnego, w którym dorastałem, zanim się wyprowadziłem. Automatycznie wszedłem, próbowałem otworzyć… ale sprawa nie w tym. Rzecz w tym…
Obejrzałem się. Bloku rodziców nie było. Na jego miejscu teraz był skwer… Naturalnie, rozebrali go trzy lata temu. A rodziców nie ma od pięciu lat. Sprzedałem to mieszkanie, spłaciłem kredyt za swoje, kupiłem auto, postawiłem ojcu i mamie nagrobek na Wólce. Co to było? Gdzie się znalazłem? Jakim cudem tak wyraźnie wróciłem do starego domu, do taty i mamy? I oni żywi? Czy to wszystko było tylko majakiem?
Byłem kompletnie roztrzęsiony. Dotarłem w końcu do swojego mieszkania. Długo gapiłem się w lustro. Potem wziąłem prysznic, włożyłem dres i adidasy, wyszedłem. Stary blok poszedł pod buldożer, mieszkańców przesiedlono do nowego osiedla obok. Drogą stąd pewnie z dziesięć minut. Nie wiem, czy ją zobaczę, raczej Julka dawno zamężna, choć młodsza ode mnie. Nagle zapragnąłem się upewnić, odnaleźć ją i przekonać, że ma męża, dzieci, rodzinę że na pewno za późno! Że dla mnie nic. A jeśli Julka jest sama? Na to nie miałem jeszcze odpowiedzi.
Odtąd codziennie po robocie szedłem przez podwórko, gdzie mieszkała Julka. Bez skutku. Pewnie już tu nie mieszka. Pojechała za mężem. Pytać o nią nie chciałem. Nie los, to nie los. W sobotę postanowiłem, że to ostatni raz. Gł
I kilka miesięcy później, gdy trzymał w ramionach swojego nowo narodzonego syna, Antoni rozumiał już, że tamto przedziwne spotkanie z rodzicami było najcenniejszym darem, który odmienił jego samotne życie na zawsze.
NIE ZATRZYMUJ JEJ…



