Nie żałuję niczego

– I żeby po moim powrocie mieszkanie było posprzątane! Barbara Nowakowa wybiegła na klatkę schodową i z takim impetem trzasnęła drzwiami, że aż szyby w oknach zadrżały.

Kasia, która akurat schodziła po schodach, też aż podskoczyła. Potem stanęła jak wryta.
Miała nadzieję, że sąsiadka jej nie zauważy. Cóż, nadzieje były płonne. Zauważyła.

– O, Kasiu Dzień dobry!

Kobieta niedbale postawiła na podłodze karton po multicookerze i w pośpiechu zapinała guziki płaszcza. Widać było, że się gdzieś śpieszy.

– Dzień dobry, pani Barbaro, odpowiedziała z lekkim uśmiechem Kasia. Znowu dzieci coś nabroiły?

– To mało powiedziane! Cierpliwości już mi brakuje wybuchnęła sąsiadka, szarpiąc się z ostatnim guzikiem.

W tym samym momencie karton na podłodze zaczął się ruszać.

Kasia aż podskoczyła, choć stała w bezpiecznej odległości.

Nigdy nie należała do bojaźliwych, ale nie spodziewała się, że w środku kartonu ktoś lub coś się znajduje…

Ciekawe, co tam jest?

Rozbiegana wyobraźnia szybko podsunęła obraz buntowniczego multicookera, który „wypluwa” surowe warzywa i przez swoje niesforne zachowanie miał zostać „unicestwiony” na śmietniku.

– No, zobacz sama, powiedziała pani Barbara, podnosząc karton, by pokazać jego zawartość.

Kasia zeszła na półpiętro, podeszła do sąsiadki i ostrożnie zajrzała do środka.

Oczywiście, wiedziała, że w środku nie ma żadnego „żywego” multicookera, ale to, co zobaczyła, i tak ją zaskoczyło.
Pozytywnie zaskoczyło.

Z dna kartonu patrzyły na nią ciekawskie oczy maleńkiego kotka.

– Ojej, jaki śliczny! pisnęła Kasia.

– Tak się zachwycać mruknęła niezadowolona pani Barbara, zamykając karton.

– Skąd on się u pani wziął?

Dzieci przyniosły go do domu… Żałuję, że w ogóle pozwoliłam im go zatrzymać. Z tym kotkiem mam tylko kłopoty, brak słów. Sama dałam się nabrać na piękne oczka i słodką buźkę, ale jak mówi przysłowie: Nie wszystko złoto, co się świeci. Z pozoru anioł, ale charakter jak mój były mąż.

– Będzie lepiej, pani Barbaro, kotek trochę podrośnie i się uspokoi pocieszyła Kasia. Chyba chce go pani zabrać do weterynarza? Żeby zaszczepić?

– A skąd! Jaki weterynarz, Kasiu? Nie mam już do niego siły. Postanowiłam zawieźć go na działkę… Niech tam żyje.

Kasia spojrzała zaskoczona, mając nadzieję, że to żart.

Ale patrząc na ściągnięte brwi i surowy wzrok sąsiadki, zrozumiała, że żartów nie ma. I to akurat nie prima aprilis, tylko piętnasty listopada.

– Kota na działkę? Pod koniec jesieni?

– A co, mam czekać do wiosny? W obojętnie jaką porę bym go zawiozła. Nawet zimą. To nie kot! To jakieś nieporozumienie.

Od natłoku emocji Barbara zaniemówiła.

Odzyskawszy oddech, ciągnęła dalej:

– Gdybyś widziała, co on wyczynia! Tyle nerwów nie straciłam nawet jak zostałam sama z dwójką dzieci. Decyzja jest ostateczna i nie podlega dyskusji. Jedzie na działkę!

– Poczeka pani, bo

– Można by go zostawić na podwórku, tam go znaleziono. Ale dzieci mogą go znowu przynieść do domu i schować do szafy. Albo sam wróci A jeszcze raz tego nie przeżyję. Dziękuję bardzo!

Pani Barbara spojrzała na zegarek w telefonie, pokręciła głową:

– Zupełnie mnie zagadałaś, Kasiu. Muszę lecieć, bo spóźnię się na autobus.

Przytuliła mocniej karton, odwróciła się i zaczęła schodzić po schodach, kurczowo trzymając się poręczy.

Kasia patrzyła za nią, nie mogąc pojąć, jak można zostawić takiego malucha samego na działce. Przecież nie przeżyje tam dnia.

– Pani Barbaro, proszę poczekać! zawołała.

– O co jeszcze chodzi? Przecież mówię, że się śpieszę!

– Niech pani nie zabiera kotka na działkę. Proszę mi go dać. Spróbuję znaleźć mu dobry dom.

Sąsiadka zatrzymała się i…

…odwróciła powoli.

– Dobry dom? To niby moje ręce są złe? zmrużyła groźnie oczy. Tymi rękami wychowałam dwoje dzieci.

– Nie o to mi chodzi. Po prostu chciałam pomóc. Na działce nie przeżyje.

– Może przeżyje, może nie. Taki jego los. Nie trzeba było na świat przychodzić…

– Dlaczego pani tak mówi?

– A co mam zrobić? To kotek zachowuje się jak nie wiadomo kto. Nie jest nauczony domowego życia.

– Jest jeszcze malutki! Nauczy się! Kasia nie wytrzymała Przecież swoich dzieci nie wywoziła pani na działkę, choć krzyczy na nie całymi dniami.

– Moje dzieci to moje dzieci! Nie porównuj ich do tego tutaj! Ale jeśli chcesz bierz go.

Postawiła karton na podłodze.

– Przynajmniej nie będę musiała nigdzie jeździć i wydawać pieniędzy na bilet. Ciekawe, na jak długo cię wystarczy! prychnęła Barbara i szybko weszła do mieszkania, zatrzaskując głośno drzwi. Dało się jeszcze słyszeć jej krzyki:

– Co to ma być? Dlaczego jeszcze nie sprzątacie? Oddajcie telefony!

Kasia już tego nie słyszała. Ostrożnie podniosła karton, zajrzała do środka, upewniając się, że kociak nie zwiał, i ruszyła na swoje piętro.

Tak oto niespodziewanie została szczęśliwą właścicielką kartonu po multicookerze i…

…małego kotka, który w nim siedział.

Kasia w ogóle się nie spodziewała, że dziś w jej domu pojawi się puszysty lokator.

A przecież miała tylko wyskoczyć do sklepu po kawę, która akurat się skończyła. Zupełny przypadek postawił ją w nie tym miejscu, nie w tym czasie.

Szczerze mówiąc, względem zwierząt była raczej obojętna, nigdy nie miała tej szalonej miłości, o której opowiadają właściciele psów i kotów.

Ale nie potrafiła pozwolić Barbarze zostawić malucha na działce.

Wiedziała, że obojętność to nie to samo, co bezduszność. Nie powinno się tak robić!
Po co takie radykalne środki, skoro można znaleźć komuś chętnemu to puszyste szczęście?

A z takim ślicznym kotkiem na pewno się uda. Kasia nie miała wątpliwości.

Wystarczy zrobić kilka ładnych zdjęć, wrzucić do internetu, i chętni zaraz ustawią się pod drzwiami.

Proste!

*****

Kasia postanowiła działać natychmiast: gdy tylko dotarła do mieszkania, zrobiła sesję zdjęciową kociaka i dodała ogłoszenia na kilku forach: Oddam za darmo i Szukam dobrego domu.

Spokojna o swoją misję, poszła na zakupy po kawę i…

…karmę dla kociąt, bo przecież trzeba czymś karmić malucha, póki nie znajdzie się nowy opiekun.

Przy okazji kupiła kuwetę i żwirek. Wydatek nieplanowany, ale nie było wyjścia.

Oddam wszystko tej osobie, która przyjdzie po kotka, uśmiechała się do siebie, ciesząc się, że robi coś dobrego. I nie żałowała ani złotówki.

Według pani Barbary, kotka nazywano Kuleczka, ale ta nie reagowała na to imię, więc Kasia szybko wymyśliła inne.

Wybrała i zatrzymała się na sto trzydziestej drugiej propozycji.

– Teraz będziesz Milusią! Pasuje ci, prawda? zagadnęła do kotka.

– Miau! odpowiedziała kotka i pognała do przedpokoju walczyć z domowymi kapciami, równie puszystymi i białymi, co wywoływało w Milusi zazdrość.

Bo to ona powinna być najpiękniejsza i najsłodsza.

Kasia śmiała się, patrząc na zabawy kociaka. Potem usiadła do pracy.

Pracowała jako fotografka wykonywała sesje na zamówienie i uwielbiała to, co robiła. Przynosiło jej to nie tylko satysfakcję, ale i niezłe pieniądze.

Musiała szybko obrobić zdjęcia z ostatniej sesji, więc włączyła komputer, odpaliła Photoshopa i ze skupioną miną zabrała się za retusz.

Ale pracować spokojnie nie mogła.

Milusia, skończywszy bitwę z kapciami, zaczęła szaleć po mieszkaniu, wciąż obijając się o meble.
Hałas był nie do zniesienia.

– Ej, mała! Kasia odwróciła się na fotelu, popatrzyła na nią karcąco.

Kotek zamarł na środku pokoju i patrzył wyczekująco: „No, powiedz, o co chodzi, bo ja się muszę bawić!”

Rozumiem, że się nudzisz i chcesz się bawić. Ale pamiętaj, że jesteś tu tylko tymczasowo

– Miau!

I nie dyskutuj! Jesteś moim gościem. Proszę, nie przeszkadzaj mi pracować.

Źle, że to powiedziała.

Milusia spojrzała na nią takim żałosnym wzrokiem, że Kasia poczuła się okropnie. Naprawdę bardzo żałowała swoich słów.

„Jak można mieć pretensje do takiego maleństwa?”

Dobra, baw się. Ale cicho, powiedziała, rozczulona.

Koteczka zamiauczała radośnie i dalej wpadła w dziki pęd po całym mieszkaniu, zderzając się ze stołkiem, szafą, fotelem.

Widzę cel nie widzę przeszkód! To definicja Milusi pomyślała Kasia.
Żeby nie słyszeć hałasu, założyła słuchawki i puściła muzykę. Wróciła do zdjęć.

Pięć minut później Milusia, pędząc jak szalona, wskoczyła pod biurko, łapką wyrwała kabel z gniazdka i ulotniła się jak sen. Spróbuj udowodnić, że to ona!

– No nie jęknęła Kasia, patrząc na czarny ekran komputera.

Przez kolejne pół godziny ścigała po mieszkaniu nie tylko Milusię, ale i własne nerwy.

Kota nie udało się złapać.

Za to Kasia dwa razy walnęła się kolanem w krzesło i rozbiła palec o drzwi.

Gdy w końcu uruchomiła komputer, z drgającą powieką zaczęła przeglądać fora, na których zamieściła zdjęcia Milusi z ogłoszeniem.

Mnóstwo lajków, jednak komentarze nie napawały optymizmem.

Wszyscy pisali to samo:

„Wow, ale cudowna!”, „Jak ci zazdroszczę takiego kotka!”, „Skarb, nie kot!”.
Ale nikt nawet nie zapytał o możliwość adopcji.

Nie zadzwonił nikt, a tłum chętnych za drzwiami istniał tylko w wyobraźni. Za trzecim razem nawet już nie sprawdzała.

Zdecydowała, że spróbuje jeszcze dodać, że sama przywiezie kota wszędzie nawet na drugi koniec Warszawy czy do Wrocławia. A choćby i na koniec świata.

„Ludzie może nie mają jak dotrzeć, teraz na pewno ktoś się odezwie!” myślała.

W tym czasie kotek zmęczony galopowaniem wskoczył na kanapę, wyciągnął się brzuszkiem do góry i przyjął pozę „Kochaj mnie takim, jakim jestem”. Kasia usiadła obok i długo głaskała mięciuśny brzuszek Milusi aż zasnęła i ona, i kot.

I tak przespały do wieczora. O pracy można było zapomnieć.

*****

Po tygodniu Kasia zaczęła rozumieć, że znalezienie domu dla kota to trudniejsze zadanie, niż myślała. Ludzie lajkowali i komentowali, ale nic poza tym. Ani telefonu, ani wiadomości.

Po kolejnych trzech dniach pojawiła się myśl:

„A co jeśli nikt nie przygarnie Milusi? Zostanie u mnie?”
Tego mi tylko brakowało! westchnęła głośno, zaraz sama siebie karcąc.

Milusia spała obok klawiatury, obejmując komputerową myszkę, przez co Kasia już od 40 minut nie mogła się zabrać za pracę. Po okrzyku kotka otworzyła jedno oko i zamiauczała z pretensją:

„Cisza nocna, a ty wrzeszczysz nad uchem! Uszanuj to!”

Kasia ciężko westchnęła, sięgnęła po telefon i przejrzała komentarze pod swoim postami.

Nic nowego. Zachwyty nad Milusią, zazdrość, jaką to ona ma farta a Kasia

z każdym kolejnym lajkiem coraz bardziej traciła nadzieję na znalezienie jej domu.

Przypomniała sobie niedawną wizytę u psychologa, do którego poszła, by zrozumieć, czego jej brakuje do szczęścia.

Pracę lubiła, zarobki miała porządne, własne mieszkanie (dzięki rodzicom). Żyć, nie umierać.

A jednak od jakiegoś czasu towarzyszyło jej dziwne uczucie braku. Nie chodziło o mężczyzn, sama zdecydowała „odpocząć” od związków.

Ale co dalej?

Tego nie potrafiła odkryć. Dlatego poprosiła o pomoc specjalistę.

„On już powinien wiedzieć!”

Zalecił jej rozmawiać z samą sobą i poszukać głęboko ukrytego problemu, gdzieś na dnie emocji, ale

skończyło się na szklance wody i tablecie na ból głowy.

Problem został gdzieś daleko na dnie.

Rozczarowana, uznała, że pogada z przyjaciółkami.

– Tobie się po prostu przewraca w głowie z dobrobytu podsumowała Ola, zazdrosna o pracę i mieszkanie Kasi.

– Ależ Ola, pracuję tyle, ile ty. Skąd u mnie dobrobyt?

– Może tego ci właśnie brakuje? zamyśliła się Agata, jedząc deser.

– Kogo?

– Nie „kogo”, tylko „czego”! Brakuje ci tłuszczu do szczęścia. Za chuda jesteś. W dzieciństwie mało pączków jadłaś.

I rozmowy z przyjaciółkami nie dały odpowiedzi, więc Kasia uznała, że nie ma sensu zaprzątać sobie głowy głupotami. Ale teraz znów jej się to przypomniało.

„Tylko tego mi trzeba! szepnęła. A może właśnie Milusi mi brakowało do pełni szczęścia? Cóż, zobaczymy.”

*****

Minął miesiąc, odkąd Kasia tymczasowo przygarnęła „puszystą lokatorkę”. Właściwie to przeleciało jak jeden dzień.

Nikt nie zabrał Milusi. Kasia zaczynała się zastanawiać, dlaczego z ponad tysiąca polubień pod zdjęciem nikt nie chciał jej adoptować?

Ale po tych trzydziestu dniach zaczęła już rozumieć.

Wydarzyło się tyle, że można by napisać własną wersję „Wojny i pokoju”. Ale po krótce: po pierwsze, Milusia okazała się niezwykle pojętną kotką.

Rozumiała już po tonie głosu, gdy Kasia dziesiąty raz prosiła, żeby oszczędzić jej kanapę.

Próbowała też nowych zajęć zaczęła od „architektury wnętrz”, zmieniając zasłony czterokrotnie, po czym Kasia stwierdziła, że najlepiej bez nich.

Kiedy dekoracja wnętrz się nie udała, Milusia próbowała swoich sił w kulinariach.

Wszystkiego próbowała, ale żaden przysmak nie przypadł do gustu poza puszką z kocią karmą.

W końcu, jak każdy kot znudziwszy się praktycznymi sprawami, postanowiła po prostu dawać Kasi radość.

Pojęcie „radości” było inne dla Kasi i dla Milusi.

Kasia marzyła, by się wyspać, nadrobić obróbkę zdjęć.
Bo od kiedy rozgościła się u niej kociak, o spokoju musiała zapomnieć.

Widocznie tam, na górze, uznali, że życie Kasi jest zbyt spokojne. Więc dali jej Milusię.

Gdy tylko Kasia siadała na krześle albo kładła się na kanapie, kotka pojawiała się znikąd i patrzyła wyczekująco: „Pobawisz się?”

Potem zaczynało się istne przedstawienie, na które brakowało słów.

Teraz Kasia doskonale rozumiała Barbarę, choć absolutnie nie pochwalała wywożenia kota na działkę. Nigdy by tego nie zrobiła, bez względu na tarapaty, które fundowała jej Milusia, czy na zmęczenie.

Były też plusy.
Po pierwsze, Kasia przestała rozmyślać, czego jej w życiu brakuje. Problem rozwiązał się sam.

Po drugie, sprzątała szybciej nie dlatego, że było mniej bałaganu, tylko z wprawy, zanim kotka wstała.

Dla każdej mamy szczęściem są pierwsze kroki dziecka dla Kasi powód do radości był wtedy, gdy Milusia sama zaczęła korzystać z kuwety.

Wcześniej musiała ją nosić nawet w środku nocy. Teraz pełnia szczęścia i dłuższy sen. Nie jeden raz łzy jej popłynęły ze szczęścia bo czasem prawdziwa radość to wolna godzinka snu.

Oczywiście Milusia miała swoje inne hobby. Najbardziej lubiła bawić się lampką nocną: włączyć, wyłączyć. I tak w kółko.

W końcu Kasia zdemontowała lampkę ze ściany i schowała, jak uprzednio zasłony. Bez nich w mieszkaniu zrobiło się o wiele jaśniej.

Tak toczyło się życie jak w każdym domu. Do wszystkiego da się przyzwyczaić.

Kasia przyzwyczaiła się.

Po miesiącu wspólnego życia doszła do nowego, zaskakującego wniosku.

Okazało się, że to nie Milusia mieszka u niej, lecz ona jest gościem Milusi.

Sama cały dzień w pracy, a to kotka rządzi w domu, czeka przy drzwiach wieczorem i żegna rano. Prawdziwa królewna!

Kasia z zaskoczeniem pojęła, że nie musi już szukać dla niej domu bo dobry dom już Milusia znalazła, i to w jej własnych ramionach.

Gotowa była znosić jej wygłupy, budzić się nad ranem, bawić w piłkę czy chowanego.

Gotowa głaskać ją najczulej, nawet jeśli Milusia zajmowała niemal całą kołdrę.

I nie żałowała ani chwili. Bo kocha. Bo inaczej się nie da.

A Milusia kocha ją też

Już nie budzi jej rano, tylko przychodzi, kładzie się po cichu obok i czeka, aż Kasia się obudzi.

Czeka w milczeniu, choć czasem w jej oczach czyta się wyrzut: „Ile można spać, pani? Tęsknię”

Bo w życiu najważniejsze czasem są nie plany i kariera, lecz odrobina codziennego ciepła a miłość nie zawsze przychodzi w taki sposób, jakiego się spodziewamy.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 2 =

Nie żałuję niczego