Nie wszystkie dzieci w domach dziecka, chcą żyć w pełnej rodzinie

Kiedy wyszłam za mąż, wiedziałam, że mój mąż nie może mieć dzieci, ale wtedy nie myślałam o tym tak globalnie i byłam pewna, że można to wyleczyć. Marzyliśmy o dwójce dzieci, chłopcu i dziewczynce. Po siedmiu latach niekończących się wizyt u lekarzy, wielu testów i badań, poddaliśmy się i zaczęliśmy szukać dziecka z domu dziecka. Ale i tu głęboko się pomyliłam, sądząc, że nie będzie to trudne, bo przecież bierzemy nie niemowlę, ale starsze dziecko.

Odwiedziliśmy z Michałem trzy sierocińce, wszystkie dzieci były bardzo dobre i w każdym z nich bolało mnie serce, ale w jednym z nich moją uwagę przykuła trzyletnia dziewczynka, która miała na imię Laura. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, doświadczyłam bardzo silnego przepływu miłości, zobaczyła, że na nią patrzę i podeszła, aby mnie przytulić. Nigdy na nikogo innego nie patrzyłam z takim podziwem. Okazało się, że ma ona starszego brata, który miał sześć lat, a ponieważ dzieci nie powinny być rozdzielane, przyjęliśmy ich oboje. Pomyślałam, że marzenia się spełniają, że chcemy mieć dziewczynkę i chłopca. Wychowawcy ostrzegali nas, że na początku będzie z nimi trudno, dzieci nie są proste, ich rodzice są alkoholikami, a nad dziećmi znęcano się fizycznie. Byliśmy jednak z mężem pewni, że sobie poradzimy, ponieważ bardzo długo przygotowywaliśmy się do pojawienia się dzieci i uważaliśmy, że jesteśmy gotowi na ten etap życia. Jak bardzo się myliliśmy…

Kiedy przyjechaliśmy do domu, od razu wręczyliśmy dzieciom prezenty, ubrania i wszystko, czego potrzebowały, ale trochę się obawiałam ich reakcji – było cicho, dzieci nie były podekscytowane zabawkami, ale zaczęły chodzić po domu i wszystko oglądać. Żyliśmy nie biednie, często wyjeżdżaliśmy na wakacje za granicę i przywoziliśmy sporo drogich pamiątek, więc dzieciom od razu podkreślaliśmy, że jeśli coś je zainteresuje i chcą dotknąć to lepiej poprosić, a my wspólnie zastanowimy się nad tą rzeczą. Dzieci są mądre, choć małe, wszystko rozumiały i dobrze rozmawiały.

Razem z mężem pokazaliśmy Laurze i Kacprowi ich pokoje i zaproponowaliśmy im, żeby zapoznały się z zabawkami, kiedy my będziemy gotować obiad. Dzieci się zgodziły, ale to, co zobaczyłam pół godziny później, bardzo mnie zdenerwowało. Michał poszedł zawołać dzieci do stołu, ale zaraz poprosił mnie, żebym do nich poszła. W pokojach dzieci panował bałagan, a wiele zabawek było popsutych. Nie spodziewaliśmy się takiego zachowania, ale postanowiliśmy nie karać dzieci, lecz po prostu poświęcić im więcej uwagi i nie zostawiać ich samych, ponieważ muszą się przystosować do nowego domu i do nas również. Przy stole zachowywali się okropnie, rzucali jedzenie na podłogę i jakby specjalnie nas nie słuchali. Byłam bardzo zdenerwowana i przygnębiona, ale przypomniałam sobie słowa wychowawczyni z sierocińca i postanowiłam wziąć się w garść, aby przetrwać ten trudny okres adaptacji.

Od tego czasu minęły dwa miesiące, nasz dom znajdował się w fatalnym stanie, drogie meble i antyki były zniszczone, ja i Michał byliśmy na skraju załamania nerwowego, zaczęliśmy się często kłócić między sobą. Nawet wizyty u psychologów nie przyniosły pozytywnych rezultatów. Zaczęłam się coraz bardziej zastanawiać nad powrotem dzieci do ich normalnego środowiska, czytałam w Internecie wiele opinii rodziców takich jak my i niewiele osób radzi sobie z tym problemem lub przyzwyczaja się do niego.

Tego okresu nie można nazwać szczęśliwym, ani nawet spokojnym, to było żywe piekło, dzieci nie panują nad sobą, ale nie można ich za to winić, żyły w takich warunkach przez kilka lat, nie widziały niczego innego i nie wiedzą, a dziedziczność odgrywa bardzo ważną rolę. Cierpieliśmy w ten sposób przez miesiąc i postanowiliśmy przywrócić dzieci do ich normalnego środowiska.

Ja i mój mąż, wciąż wychodzimy z tego stanu, choć minął już prawie rok, powoli próbujemy przyzwyczaić się do myśli, że naszym przeznaczeniem jest zestarzeć się razem. Z bólem patrzę na sąsiadów, bo w ich domu słychać śmiech dzieci. Nie, nie jestem zazdrosna, po prostu marzę o nieco innym życiu.

Aby jakoś odwrócić uwagę od złych myśli, zaczęłam działać charytatywnie – finansować domy dziecka i pomagać biednym rodzinom z dziećmi. Jeśli Bóg nie dał nam dzieci, to pomożemy innym. W ten sposób mam kontakt z maluchami i przynajmniej w kilku procentach spełnia się mój instynkt macierzyński.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiemnaście − 2 =

Nie wszystkie dzieci w domach dziecka, chcą żyć w pełnej rodzinie