— Nie wracaj, wnuku…
— No to już, dziadku, jadę! U was tak pięknie, jak za dawnych lat! Łaźnia to dopiero dar niebios! Człowiek jak nowo narodzony! Może za tydzień znowu wpadnę!
— Lepiej nie przyjeżdżaj więcej, chłopcze… — babcia otarła ręce o fartuch i ciężko westchnęła.
— Babciu, o co chodzi? — Henryk zaniemówił. Był pewien, że dla dziadków zawsze będzie ukochanym wnukiem. Mieszkał z nimi do dwunastego roku życia, nazywał ich mamą i tatą.
— Nie ma po co — rzucił dziadek, patrząc surowo spod krzaczastych brwi. — Teraz rozumiem, dlaczego żona od ciebie uciekła. I jak, na litość boską, mogłeś stać się takim człowiekiem…
Machnął ręką, odwrócił się i, utykając na bolącą nogę, powlókł się do stodoły.
— Dziadziu-u-u! — Kobieta wybiegła na ganek boso, nie zważając na wietrzny wrzesień i mżawkę. Liście brzozy wirowały wokół, a po niebie gnały ołowiane chmury.
— Dziadziu-u-u, Henryk dzwonił! Przyjeżdża! Taka radość! — zawołała, przyciskając dłonie do piersi.
Starz wyprostował się, strzyknął kręgosłupem i otarł pot z czoła rękawem wytartej kurtki.
— Co ty boso wypadasz? Przeziębisz się! — zmarszczył brwi. — Wracaj do domu, zaraz przyjdę.
— Ale ja… nie mogłam się powstrzymać…
— Wracaj, mówię!
Staruszka łkając, powlokła się do chaty. A w sercu wrzało. Henryk, ich Heniuś, światło w ich oknie. Od pieluch wychowywany, pierwsze kroki, pierwsze słowo — „babcia“… A potem pojawiła się córka. Zabrała go. Zabrała, gdy tylko „stanęła na nogi”. Po dwunastu latach. Jakby tylko pożyczała, a termin minął. Dziadek wtedy wściekał się, przeklinał, wstydził córkę, ale na próżno — odjechali. Henio płakał, z początku często dzwonił, później rzadziej… aż wcale…
I od tamtej pory w domu zapanowała cisza. Dusze opustoszały. A gdy się ożenił — nawet nie powiedział. Dowiedzieli się od obcych. Bolalo. Było im wstyd. A teraz — zadzwonił, przyjeżdża. Nadzieja rozlała się w sercach.
Trzy dni babcia krzątała się jak przed Wielkanocą. Wyszorowała podłogi, napiekła placek. Nie spała — zastanawiała się, jaki teraz, pewnie wyrósł na przystojnego mężczyznę…
Pod wieczór na podwórze wjechał lśniący, czarny samochód. Szyby — nieprzeniknione. Gęsia skórka. Z wnętrza wysiadł Henryk — krępy, ostrzyżony po wojskowemu, w modnej kurtce. Uśmiechnął się. Przywitał.
— Dziadku, babciu! Jest coś do jedzenia? Umieram z głodu!
— Jest, wnuczku, oczywiście. Wchodźcie…
Nikt nie spodziewał się prezentów — nie te czasy. Ale choć po ludzku… Cokolwiek…
Najadł się, zarzucił nogi na stół, zapalił papierosa i zaczął opowiadać, jak u niego „wszystko gra”. Dziadek skrzywił się, drgnęły mu usta, wstał i poszedł do drewutni.
A ten nie milknął. Mówił o swojej żonie — córce posła. Jak go „nie doceniała”, wszystko ojcu donosiła. Jak zmuszali go do pracy, a on nie po to, mówił, żenił się. Zwolnili go. Mieszkania nie ma. Teraz jest kierowcą. Samochód czarny, szyby jak noc.
— Potrzebuję pieniędzy — powiedział. — Dziadek swoje przeżył, teraz moja kolej.
Dziadek w milczeniu rąbał drewno. Chciałby ręce we krwi umazać, ale babcia go powstrzymała. Odprowadziła męża. A sama siedziała, słuchała tego obcego mężczyzny, żegnała się w duchu. Minęła północ — zasnął przy stole, z pustą szklanką w ręce.
Rano wstał — rześki. Jakby nigdy nic. Znów zażądał łaźni. Najadł się. Wyszedł na ganek i oznajmiono, że czas. Jedzie.
— No to jedź — burknął dziadek, otulając się w kożuch.
A babcia patrzyła na starca i rozumiała: postarzał się w jedną noc o dziesięć lat. Przygarbił się, ramiona mu opadły.
— Heniusiu — powiedziała, otulając się w chustkę. — Powiem ci jedno: świat nie kręci się wokół ciebie. Jesteś pyłem. Jak ludzie do ciebie, tak ty do nich. A twoja dusza… jak szyba w twoim aucie. Jest, ale przez nią nic nie widać.
Przeżegnała go i poszła za dziadkiem, przyciskając dłoń do serca. W tej ciężkiej jesieni nagle stało się jasne — dla nich wiosna już nie nadejdzie.
I nigdy więcej nie wracaj…



