Nie wpuścili córki za próg
Dlaczego jej nie wpuściliście? Zofija wreszcie zebrała się na odwagę i zapytała o to, co najbardziej ją dręczyło. Przecież wcześniej zawsze ją wpuszczaliście…
Matka skrzywiła się gorzko.
Bo boję się o ciebie, Zosiu. Myślisz, że nie widzimy, jak kulisz się w kącie, gdy twoja siostra wpada nocą? Jak chowasz zeszyty, żeby ich nie zniszczyła? Widzisz, jak na ciebie patrzy, jak złości ją twoja zwyczajność. Ciebie czeka inne życie, a swoje ona już dawno utopiła w butelce…
Zofija schowała głowę w ramionach, nieruchomiejąc nad otwartym podręcznikiem w pokoju obok znowu wybuchł skandal.
Ojciec nawet nie zdjął płaszcza. Stał w korytarzu, ściskając telefon, i wrzeszczał:
Jałmużny mi nie opowiadaj! ryczał do słuchawki. Na co wszystko przepuściłaś? Dwa tygodnie po wypłacie! DWA TYGODNIE, Danuto!
Z kuchni wyglądała Aurelia. Przez chwilę przysłuchiwała się tyradzie męża, potem spytała:
Znowu?
Wiesław tylko machnął ręką i włączył głośnik z telefonu dobiegł szloch.
Starsza siostra Zofii miała niezwykły dar rozmiękczania serc, nawet tych z kamienia.
Ale po tylu latach rodzice obrośli w pancerz.
Jak to „wyrzuca cię”? Wiesław przemierzał ciasny przedpokój tam i z powrotem. Dobrze robi.
Kto by zniósł to twoje wieczne „nieważne”.
Widzisz się w lustrze choć raz?
Masz trzydzieści lat, a twarz jak pobity kundel.
Zofija ostrożnie uchyliła drzwi swojego pokoju na szczelinę.
Tato, proszę… szloch nagle umilkł. On wystawił moje rzeczy na klatkę. Nie mam dokąd pójść.
Na dworze deszcz, zimno… Przyjadę do was, dobrze? Na parę dni. Tylko się wyśpię.
Matka drgnęła, chciała odebrać telefon, ale Wiesław szybko się odwrócił.
Nie! uciął. Twojej nogi tu nie będzie.
Dogadywaliśmy się ostatnio? Dogadywaliśmy. Po tym, jak sprzedałaś nasz telewizor w lombardzie, gdy byliśmy na działce, drzwi do tego domu są przed tobą zamknięte!
Mamo! Mamo, powiedz mu coś! wrzasnęła do telefonu.
Aurelia zakryła twarz dłońmi. Jej ramiona zadrżały.
Danusiu, dlaczego… powiedziała tylko, patrząc w dal, nie na męża. Byłaś u lekarzy.
Przecież obiecałaś. Powiedziano, że ostatni zabieg starczy na trzy lata.
A ty nawet miesiąca nie wytrzymałaś!
Te wasze zabiegi to bzdura! odburknęła Danuta, zmieniając ton z żałosnego na zły. Naciągacze! Mi źle, rozumiesz? Mam ogień w środku, dusi mnie to wszystko!
A wy tylko o telewizorze…
To o niego chodzi!
Przecież wam nowy kupię!
Za co kupisz? Wiesław przystanął i zapatrzył się pustym wzrokiem w ścianę. Za co, skoro wszystko przeputasz?
Znowu od znajomych pożyczyłaś? Albo coś wyniosłaś od tego swojego… jak mu tam?
Nieważne! wrzasnęła Danuta. Tato, nie mam gdzie spać! Chcecie, żebym pod mostem sypiała?
Idź do noclegowni. Idź, gdzie chcesz, głos ojca był cicho lodowaty. Tylko tutaj nie wejdziesz.
Wymienię zamki, jak cię zobaczę pod blokiem.
Zofija siedziała na łóżku, kolana przyciśnięte do brody.
Zwykle w takich momentach, gdy starsza doprowadzała rodziców do szewskiej pasji, złość odbijała w nią.
Ty znowu w telefonie? Cała matka. Lenistwo, do niczego nie dojdziesz dźwięczały jej w uszach od trzech lat.
Ale dziś o niej jakby zapomniano.
Nikt nie krzyczał, nikt nie wbijał szpilek. Ojciec rzucił telefon, w końcu się rozebrał, a rodzice zniknęli w kuchni.
Zofija zakradła się do przedpokoju.
Wiesiek, no nie tak jęczała matka. Przecież zginie. Wiesz, jaka jest, gdy… w tym stanie.
Ona za siebie nie ręczy.
A mam za nią odpowiadać? Ojciec z łoskotem nastawił na gaz czajnik. Mam pięćdziesiąt pięć lat, Aurelio. Marzę wrócić do domu, usiąść w fotelu.
Nie chcę portfela chować pod poduszką! I wysłuchiwać skarg sąsiadów na jej wybryki w windzie z jakimiś podejrzanymi typami!
To przecież nasza córka, wyszeptała matka.
Była córką do dwudziestki. Teraz to istota, która wysysa z nas życie.
Ma ciąg nie uleczysz tego, jak nie chce sama zmiany.
Nie chce! Lubi tak żyć. Obudzi się, znajdzie, wypije setkę i znowu w nicość!
Telefon znowu zadzwonił.
Rodzice zamarli na chwilę, potem odezwał się ojciec:
Słucham.
Tato… znowu dzwoniła Danuta. Siedzę na dworcu. Policja tu chodzi, zabiorą mnie, jak zostanę dłużej.
Błagam…
Słuchaj mnie uważnie, wszedł jej w słowo ojciec. Do domu nie wrócisz. Kropka.
To może mam się zabić? w głosie Danuty zabrzmiała groźba. Tego chcecie? By was z prosektorium powiadomili?!
Zofija zesztywniała. To był ten atut, który wyciągała siostra, gdy już nie miała argumentów.
Wcześniej działało. Matka płakała, ojciec za serce się brał, a Danucie dawali kasę, wpuszczali, karmili, myli.
Ale dziś ojciec nie ustąpił.
Nie strasz, powiedział. Za bardzo siebie lubisz, by to zrobić. Ustalimy tak. Znajdę ci pokój. Najtańszy na peryferiach. Zapłacę za pierwszy miesiąc. Dam trochę pieniędzy na jedzenie. To wszystko. Później sama.
Znaleźć pracę, przestaniesz bzdury robić będziesz żyć.
Nie za miesiąc wylądujesz pod chmurką i będzie mi wszystko jedno.
Pokój? Tylko pokój, nie mieszkanie? Tato, nie dam rady sama. Boję się.
Tam mogą być obcy, źli ludzie.
Jak mam mieszkać na wynajmie z niczym? Nawet pościeli nie mam, ten drań ją mi zabrał!
Matka spakuje pościel do torby. Zostawimy u dozorczyni. Odbierzesz i nie wchodź na górę, ostrzegam cię.
Jesteście potworami! znów wrzasnęła Danuta. Własne dziecko na wygnanie! Do klitki!
Sami w trzech pokojach, a ja mam się po kątach włóczyć jak szczur?!
Matka nie wytrzymała, chwyciła telefon.
Danuta, zamknij się! krzyknęła tak, że Zofija aż podskoczyła. Ojciec ma rację!
To twoja ostatnia szansa. Pokój, albo ulica.
Wybieraj teraz, bo jutro nawet na pokój nie da!
Po drugiej stronie zapadła cisza.
No dobrze, burknęła w końcu Danuta. Wyślijcie adres. I przelejcie trochę… Na kartę, błagam, jestem głodna.
Kasy nie będzie, ucina Wiesław. Kupię jedzenie i przekażę w torbie. Wiem, na jaką „żywność” byś je przeputywała.
Rozłączył rozmowę.
Zofija uznała, że czas pojawić się w kuchni, udając, że chce się tylko napić.
Czekała, aż zwali się na nią fala nagromadzonego gniewu.
Ojciec spojrzy na jej koszulkę, matka zarzuci, że ją nic nie obchodzi, chociaż tyle kłopotów w domu.
Ale nawet nie odwrócili głów.
Zosiu, cicho zawołała matka.
Tak, mamo?
W szafie na górnej półce są stare prześcieradła i poszewki. Przynieś, proszę. Spakuj do tej niebieskiej torby z komórki.
Dobrze, mamo.
Zofija poszła wykonać polecenie.
Odnalazła torbę i wywaliła z niej jakieś szpargały.
Nie mogła sobie wyobrazić: jak Danuta da sobie radę sama?
Przecież ona nawet makaronu nie umie ugotować. I ta jej zgubna słabość…
Zofija wiedziała, że siostra nie wytrzyma dwóch dni bez wódki.
Wróciła do pokoju rodziców, wspięła się na taboret i sięgnęła po pościel.
Nie zapomnij ręczników! krzyknął z kuchni ojciec.
Już spakowałam odpowiedziała.
Widziała, jak ojciec przeszedł przez przedpokój, założył buty i wyszedł bez słowa.
Widocznie pojechał szukać tej „klitki”.
Zofija weszła do kuchni. Matka siedziała jak posąg.
Mamo, może podać ci tabletkę? zapytała po cichu, podchodząc bliżej.
Matka spojrzała na nią.
Wiesz, Zosiu… zaczęła dziwnym, płaskim głosem. Jak była mała, myślałam, że gdy dorośnie, będzie mi pomagac.
Rozmawiać będziemy o wszystkim.
A teraz modlę się, żeby adres tej kanciapy zapamiętała. Żeby dotarła…
Dotrze przysiadła Zofija na brzegu krzesła. Zawsze sobie jakoś radzi.
Tym razem nie matka pokręciła głową. Ma inne oczy. Puste. Jakby już nic w środku nie zostało.
Tylko powłoka, którą trzeba nieustannie poić tą okropnością.
Wiem, że się jej boisz…
Zofija zamilkła. Zawsze sądziła, że rodzice nie zauważają jej strachu, zbyt zajęci wiecznym ratowaniem „przepitej” Danusi.
Myślałam, że wam na mnie nie zależy wyszeptała.
Matka pogłaskała ją po włosach.
Zależy nam. Tylko już nie mamy sił. Wiesz, co mówią w samolocie?
Najpierw załóż maskę sobie, potem dziecku. Próbowaliśmy dziesięć lat zakładać jej maskę. Dziesięć lat, Zosiu!
Odczarowania, babki, prywatne kliniki.
A na końcu prawie sami się udusiliśmy.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Zofija aż podskoczyła.
To Danuta? spytała przestraszona.
Nie, ojciec ma klucze. To pewnie dostawa, zamawiał.
Zofija otworzyła drzwi. Kurier podał jej dwa ciężkie torby.
Przyniosła je do kuchni i zaczęła rozkładać: kasza, konserwy, olej, herbata, cukier. Nic ekstra.
Ona tego nie zje zauważyła Zofija, odkładając paczkę kaszy. Lubi gotowce.
Jak będzie chciała żyć, ugotuje sobie matka nagle przemówiła z dawną stanowczością. Dość rozpieszczania. Nasza litość zaprowadzi ją tylko na cmentarz.
Po godzinie wrócił ojciec. Wyglądał, jakby przepracował trzy zmiany.
Mam rzucił krótko. Klucze u mnie. Właścicielka babka, była nauczycielka.
Od razu ostrzegła: jeśli wyczuje alkohol lub hałas, wyrzuci od ręki.
Powiedziałem jej: „Wyrzucaj od razu”.
Wiesiek… westchnęła matka.
Co „Wiesiek”? Skończmy z udawaniem. Niech wie.
Zabrał torbę z pościelą, złapał torby z jedzeniem i poszedł do wyjścia.
Zaniosę wszystko do dozorczyni. Danucie zadzwonię, powiem gdzie odebrać.
Zofija, zamknij drzwi na wszystkie zamki. I jakby ktoś dzwonił domofonem nie otwieraj.
Ojciec wyszedł, a matka zamknęła się w kuchni i rozszlochała.
Serce Zofii ścisnęło się boleśnie. Jak to możliwe? Ona nie żyje, tylko przepija swoje życie i rodzicom nie daje odetchnąć…
***
Nadzieje rodziców się nie spełniły po tygodniu właścicielka zadzwoniła do Wiesława i powiedziała, że musiała wyrzucić lokatorkę z policją.
Danuta przywlokła trzech mężczyzn i całą noc balowała.
I znowu rodzice nie potrafili jej zostawić Danutę odwieziono do ośrodka odwykowego.
Ośrodek zamknięty, dobrze strzeżony podobno obiecują przez rok wyleczyć pijaczkę.
Kto wie, może cud naprawdę się wydarzy?…



