Nie dotykaj rzeczy mojej mamy powiedział mąż
Te ubrania należą do mojej mamy. Dlaczego je zebrałaś? zapytał mąż, a w jego głosie wyczuć można było obcość.
Wyniesiemy je. Po co nam to wszystko, Przemek? Zajmują pół szafy, a ja potrzebuję miejsca na kołdry zimowe i zapasowe poduszki, ciągle wszystko porozrzucane argumentowała Krystyna, zrzucając z wieszaków bluzki, spódnice i sukienki swojej zmarłej teściowej, pani Zofii. Ta zawsze starannie odwieszała każdą rzecz, by nic się nie pogniotło tak też nauczyła swojego syna. Tymczasem w szafach Krystyny panował wieczny chaos: każdego ranka przekopywała się przez półki, szukając odpowiedniej bluzki, narzekała, że nie ma się w co ubrać, a potem gorączkowo prasowała zagniecione ubrania, które wyglądały jak wyplute przez krowę.
Minęły zaledwie trzy tygodnie od pogrzebu pani Zofii. Potrzebowała leczenia w zasadzie już bez szans i spokoju. Rak postępował błyskawicznie. Przemek zabrał ją do siebie na ostatnie tygodnie. Odeszła w miesiąc. Dziś, wracając po pracy, Przemek zastał jej rzeczy rozrzucone jak niepotrzebne śmieci na środku korytarza. Zatkało go czy to już wszystko? Tak się potraktowało jego mamę? Wyrzucono ją, zapomniano?
Co się tak gapisz, jakbyś pierwszy raz socjalistę zobaczył? odburknęła Krystyna.
Nie dotykaj tych rzeczy syknął przez zaciśnięte zęby Przemek. Krew mu pulsowała w głowie tak mocno, że zdrętwiały mu ręce.
Po co ci te rupiecie! zaczęła podnosić głos Krystyna. Chcesz tu muzeum założyć? Twojej mamy już nie ma, zaakceptuj to! Trzeba było się nią przejmować, kiedy żyła. Częściej ją odwiedzać, to może wiedziałbyś, jak bardzo była chora!
Te słowa przeorały Przemka, jakby go uderzono batem.
Wyjdź stąd, zanim zrobię coś, czego nie będę mógł cofnąć wykrztusił się.
Krystyna parsknęła śmiechem:
I proszę bardzo. Wariacie
Dla Krystyny wariatem był każdy, kto śmiał mieć inne zdanie niż ona.
Przemek bez zdejmowania butów skierował się do szafy w korytarzu, otworzył najwyższą półkę i, stając na stołku, sięgnął po jedną z dobrze znanych niebiesko-białych toreb podróżnych. Mieli ich kilka, zostały po przeprowadzce. Uważnie i starannie poukładał w niej wszystkie ubrania Zofii: złożone w równiutkie prostokąty, nie rzucone byle jak. Na wierzch położył kurtkę i torbę z butami. Obok niego kręcił się młodszy, trzyletni synek, pomagając tacie i wrzucając do torby swój zabawkowy traktor. Przemek poszukał jeszcze w szufladzie klucza, który schował do kieszeni.
Tata, dokąd idziesz?
Przemek uśmiechnął się smutno, chwytając za klamkę.
Zaraz wrócę, synu. Idź do mamy.
Czekaj! Krystyna wbiegła do przedpokoju Wyjeżdżasz? A co z kolacją?
Dzięki, nasyciłem się już twoim stosunkiem do mojej mamy.
Przestań, wyolbrzymiasz. Rozbierz się, gdzie się jeszcze wybierasz o tej porze?
Przemek nie odpowiadając, wyszedł razem z torbą. Wsiadł do samochodu i wyjechał z osiedla na trasę S8. Jechał wśród świateł innych pojazdów, próbując zagłuszyć myśli, już nie licząc się z codziennymi sprawami, planami urlopowymi, a nawet żartami na Facebooku, które kiedyś poprawiały mu humor. Teraz jedna myśl przesłaniała wszystko inne: dzieci, żona, praca a na jej tle najjaśniej i boleśnie błyszczała mama. Oskarżał siebie nie dopilnował, nie zdążył, wiecznie zajęty. A mama nie chciała być ciężarem, nie skarżyła się, nie prosiła o uwagę. On wizyty i telefony coraz częściej przekładał, tłumacząc się brakiem czasu.
Przemek, po godzinie jazdy, zatrzymał się przy przydrożnej barze, zjadł szybko schabowego z surówką i ruszył dalej. Tylko raz zauważył zachód słońca: szaroniebieskie niebo przecięły czerwone smugi, jakby słońce nie chciało zniknąć, kurczowo trzymając się widnokręgu.
Zrobiło się zupełnie ciemno, gdy skręcił do rodzinnej wsi, krążył po szutrowych uliczkach, aż dotarł pod dom mamy. Tam, gdzie dorastał.
W ciemności nie było widać prawie nic. Przemek majstrował przy zamku furtki, podświetlając sobie telefonem. Pięć nieodebranych od żony. Nie, dziś do nikogo nie zadzwoni. Niech telefon zostanie na wyciszeniu. Pachniał późnowiosenny bez słodko i duszno, przyciągając nocne motyle, kwiaty wybielały w ciemności. W szybach domu odbijało się matowo gwiaździste niebo. Otworzył pierwsze drzwi i po omacku znalazł włącznik w sieni zapaliła się przygaszona żarówka.
Przy wejściu stały domowe kapcie mamy, a przy drugich drzwiach niebieskie pantofle z dwoma czerwonymi króliczkami na czubkach, które podarował jej osiem lat temu. Zatrzymał się, patrząc na nie, po czym włożył klucz do kolejnych drzwi.
Witaj, mamo, czekałaś na mnie?
Nie, tu już nikt na niego nie czekał.
Wewnątrz pachniało peerelowskimi meblami i wilgocią, jak z piwnicy. Dom zawsze szybko łapał wilgoć i trzeba było regularnie palić w piecu. Na komodzie leżała szczotka i parę drobiazgów, a na wieszaku plastikowy worek z zapasem makaronu oznaczonym „najlepsza cena”. W salonie nowy był tylko kanapa i telewizor Przemek kupił je mamie. Otwarta lodówka w kuchni straszyła pustką. Naprzeciwko była maliutka sypialnia mamy, z łóżkiem i poduszkami pod serwetą. Przemek usiadł na jego krawędzi.
Dawniej to była jego kwatera, rodzice spali w dużym pokoju. Przy ścianie stało drugie łóżko, brata, a przy oknie biurko. Teraz w jego miejscu stała maszyna do szycia mama uwielbiała szyć i haftować. Brackie łóżko zamieniła na szafę na własne rzeczy.
Przemek siedział w ciszy, patrząc tępo na szafę, jakby widział widmo matki. Wplatał palce we włosy, schylał się i przyciągał kolana. Jego ramiona trzęsły się, aż zwinął się na śnieżnobiałej narzucie i rozpłakał.
Płakał, bo nie odpowiedział jej w ostatniej chwili, kiedy trzymała go za rękę. Siedział nad nią kamienny, widząc jak powoli gaśnie, a tysiące słów nie przeszły mu przez gardło. Szeptała: Nie patrz tak na mnie, Przemku Ja byłam z wami szczęśliwa. Tak bardzo chciał podziękować: za dzieciństwo, czułość, rodzinny dom, ten niewidzialny fundament, na którym stoi, za ostoję na wszystkie życiowe sztormy, za miejsce, gdzie zawsze można wrócić niezależnie od błędów. Ale tkwił w miejscu, niemy i bezsilny. Czasem trudno znaleźć właściwe słowa. Wszystko, co przychodziło mu na myśl, brzmiało patetycznie i staroświecko. Obecne czasy nie wymyśliły jeszcze nowego języka uczuć, za to świetnie radzą sobie z cynizmem.
Przemek zgasił światła, zasnął przykryty wełnianym kocem znalezionym na krześle, starając się nie zgnieść misternie pościelonego łóżka. Nie spodziewał się, że sen będzie taki głęboki. Rano, jak zawsze, obudził się o siódmej nieważne, o której zasnął. Organizm to niesamowita rzecz.
Wyszedł po torbę do samochodu. Brzozy po drugiej stronie drogi stały rzędem jak młode druhny w świeżej zieleni. Promienie słońca wplatały się w gałęzie, by rozgrzać ziemię. Przemek odetchnął głęboko jak dobrze, że wychował się poza miastem. Przeciągnął się, rozprostował i wszedł do domu, ciągnąc torbę do szafy mamy.
Jedno po drugim wykładał ubrania z torby i odwieszał na wieszaki jak mawiała mama albo układał na półkach. Buty i pantofle ustawił na dole. Gdy wszystko było już na miejscu, cofnął się, by sprawdzić efekt. Stanęła mu przed oczami mama, uśmiechnięta ciepło, ubrana w swoje rzeczy. Pogładził dłońmi rząd sukienek, potem objął je wszystkie i wdychał ten znajomy zapach… Trwał tak chwilę, nie wiedząc, co dalej. W końcu wyjął telefon.
Panie Stefanie, dziś mnie nie będzie, sprawa rodzinna. Dacie radę beze mnie? Dziękuję.
A żonie napisał: Przepraszam, że wybuchłem, będę wieczorem. Buziak.
Wzdłuż ogrodowych ścieżek kwitły kwiaty: żonkile rozwinęły się na dobre, tulipany dopiero pękały pąki, a konwalie pachniały przy krzakach agrestu. Przemek nazbierał wszystkie i stworzył trzy skromne bukiety na cmentarzu czekała na niego cała trójka. W sklepie przypomniał sobie o śniadaniu: kupił mleko, bułkę i tabliczkę czekolady.
O, Przemek! Co, już znowu u mamy? zdziwiła się pani Aniela, sklepowa.
Tak przyjechałem do mamy wymamrotał.
Rozumiem A może ser białego? Świeżutki od znajomego z Tłuszcza. Twoja mama zawsze kupowała.
Spojrzał na nią. Żartuje? Nie, po prostu jest szczera.
Nie, dziękuję. A choć, niech będzie. A jak u pani, pani Anielo?
Ech lepiej nie pytaj. Syn mój, Sławek, zupełnie stracony, wciąż popija.
Zjadł śniadanie na cmentarzu. Bukiety ułożył równo: żonkile, konwalie i tulipany. Brat, ojciec i mama. Brat pierwszy spadł z dachu, gdy układał dachówki. Szyja chrup i po wszystkim. Dwudziestoletni. Potem, pięć lat temu, tata. Teraz mama. Przemek podzielił czekoladę, mamie dołożył trochę sera. Z nagrobków uśmiechali się do niego ze zdjęć. W myślach prowadził z nimi rozmowę.
Przypomniał sobie figle z bratem, poranki na rybach z ojcem, magię tamtego dzieciństwa. Mama wołała przez wieś: Przeeemek! Obiaddd! jej głos był donośny, słychać ją było na dwa kilometry. Ale teraz oddałby wszystko, żeby jeszcze raz usłyszeć to zawołanie.
Pogładził nowiutki krzyż na grobie mamy. Ziemia wciąż była świeża i ciemna.
Mamo, wybacz Nie upilnowałem cię. Mieszkaliśmy osobno, ale bez ciebie jest tak pusto. Chciałbym ci tyle powiedzieć, i tobie, tato. Byliście najlepsi. Jak wy to robiliście? My z Krystyną jesteśmy samolubni. Ciągle tylko: ja, moje Dziękuję wam za wszystko. I tobie, Paweł, też.
Czas było wracać. Przemek szedł polną drogą, żując soczyste, młode trawy. Zaraz za rogiem natknął się na Sławka, syna pani Anieli. Był już podpity i nie wyglądał najlepiej.
O, Przemo! Znowu wróciłeś? bełkotał Sławek.
Tak, zajrzałem do swoich. A ty dalej pijesz?
No, trzeba świętować.
A co za okazja?
Nagle Sławek wyjął z kieszeni kalendarz z oderwanymi kartkami.
Światowy Dzień Żółwia! powiedział z dumą.
Mhm uśmiechnął się krzywo Przemek. A ty, Sławek Matkę szanuj. Jest naprawdę wyjątkowa. I nie jest wieczna. Zapamiętaj.
I ruszył dalej, zostawiając Sławka zamyślonego. Sławek coś tam jeszcze burknął za nim.
No Obiecuję Trzymaj się, Przemo.
Trzymaj się odpowiedział Przemek, nawet się nie odwracając.
Życie jest krótkie doceniajmy tych, którzy nas kochają, póki jeszcze z nami są.



