Nawet nie próbuj ruszać rzeczy mojej mamy powiedział mąż.
Ale przecież to ubrania twojej mamy. Po co je spakowałeś? zapytała Asia, a jej głos brzmiał obco.
Wyrzucimy je! Po co nam ten grat? Zajmują pół szafy, a ja chcę tam schować kołdry na zimę i zapasowe poduszki. Wiesz, jak mamy bałagan.
Asia z zapałem zdejmowała z wieszaków skromne swetry, spódnice i letnie sukienki swojej zmarłej teściowej, Marii Zawadzkiej. Maria zawsze dbała o porządek, każdy sweter wisi osobno, sukienki równiutko rzucone na wieszaki jej syn, Tomek, też tak miał. Za to w szafach Asi totalny chaos, codziennie rano przekopywała się przez zawartość półek, narzekała, że nie ma w co się ubrać, a potem gniotła bluzki i swetry upychając je byle jak aż wyglądały, jakby pies się nimi bawił.
Minęły ledwie trzy tygodnie, odkąd Tomek ostatni raz widział matkę. Maria długo chorowała leczenie już nie dawało nadziei, potrzebowała ciszy i odpoczynku. Rak w czwartym stadium nie dawał wyboru. Tomek zabrał ją do siebie. Odeszła w miesiąc. I teraz, po powrocie z pracy, zobaczył jej rzeczy porzucone jak śmieci na środku przedpokoju i zaniemówił ze zdziwienia. Czy to już wszystko? Tak się załatwia sprawy z jego mamą? Wyrzucone zapomniane?
Czemu się tak gapisz? Jakbyś zobaczył ufoludka Asia przesunęła się w bok.
Nie ruszaj tych rzeczy wysyczał, zęby miał zaciśnięte, krew mu uderzyła do głowy, nogi zrobiły się jak z waty.
Po co nam ta stara tandeta! warknęła Asia, zaczynała się nakręcać Chcesz tu urządzić muzeum? Twojej mamy już nie ma, pogódź się z tym! Kiedy żyła, mogłeś się nią lepiej zająć, odwiedzać, wtedy może wiedziałbyś, jak bardzo była chora.
Te słowa uderzyły Tomka jak bat.
Idź, zanim zrobię coś, czego będę żałował powiedział przez zaciśnięte gardło.
Asia prychnęła:
Proszę bardzo, psychol
Dla Asi wszyscy, którzy się z nią nie zgadzali, byli psychiczni.
Tomek nie zdjął nawet butów, podszedł do szafy w korytarzu, otworzył górne drzwiczki, stanął na stołku i sięgnął po dużą torbę w kratę mieli ich siedem, przy przeprowadzce były nieocenione. Ułożył w niej wszystkie rzeczy mamy, starannie zwinął każdą, nie rzucał byle jak. Na górze położył jej płaszcz i reklamówkę z butami. Obok krzątał się ich trzyletni synek, Staś, pomagał tacie i nawet wrzucił do torby swój żółty traktor. Na koniec Tomek pogrzebał w szufladzie w przedpokoju, wyciągnął klucz i schował do kieszeni jeansów.
Tato, gdzie idziesz?
Tomek uśmiechnął się smutno, łapiąc za klamkę.
Zaraz wrócę, skarbie. Idź do mamy.
Poczekaj! Asia zaniepokojona wyskoczyła z salonu Gdzie jedziesz? A kolacja?
Dzięki, ale już mam dość twojego podejścia do mojej mamy.
Co ty znów wymyślasz? Rozbieraj się i powiedz, gdzie zamierzasz się szwendać o tej porze?
Tomek nie oglądając się wyszedł z torbą na klatkę. Po chwili już siedział w aucie, wyjechał z osiedla i ruszył w stronę obwodnicy Warszawy. Jechał wśród sznura samochodów, nawet nie zwracając uwagi na drogę. Wszystko inne nagle odeszło na dalszy plan. Myślał tylko o jednym dzieci, żona… i mama. Uważał się winnym jej śmierci nie dopilnował, za mało się interesował, ciągle coś, praca, dom, spotkania. Ona nie chciała być ciężarem, wolała nie zawracać mu głowy. On dzwonił coraz rzadziej, rozmowy skracały się do minimum.
Po przejechaniu części trasy zatrzymał się przy barze na trasie, zjadł coś na szybko i resztę drogi pokonał bez przystanków. Zwrócił uwagę na zachód słońca: szarość nieba popękała od czerwieni, słońce jakby próbowało nie spaść z krawędzi świata. Wjechał do wsi, pobłądził trochę po nieutwardzonych uliczkach, aż w końcu stanął przed domem rodzinnym mamy. Dom, gdzie wychował się on, brat i rodzice.
W ciemnościach nic nie było widać. Szukał zamka na furtce, oświetlając sobie drogę komórką. Pięć nieodebranych od żony. Dziś nikt nie będzie do niego dzwonił. Telefon wyciszył. Pachniało kwitnącą czeremchą, jej kwiaty biało szarzały w mroku, przyciągając ćmy. Z okien odbijało się matowe niebo. Znalazł klucz, wszedł do środka, w przedsionku zapalił światło.
Przy drzwiach stały miękkie kapcie mamy, w których chodziła po podwórzu. Przy drugich drzwiach, do pokojów, niebieskie domowe pantofle Tomek kupił je jej osiem lat temu, z małymi czerwonymi królikami na noskach. Zawahał się, patrząc na nie, ale w końcu wszedł dalej.
Cześć, mamo. Czekałaś na mnie?
Nie, tu już nikt na niego nie czekał.
Zapach starych mebli i lekka wilgoć, jakby z piwnicy. Dom szybko nasiąkał wilgocią, trzeba było ciągle ogrzewać, żeby nie zaczęła się pleśń. Na komodzie szczotka i skromna kosmetyczka, obok na haczyku reklamówka z makaronem najlepsza cena. W salonie widać było nową kanapę to była prezent od Tomka i telewizor. Otwarta lodówka sugerowała, że tu już nikt nie mieszka. Jej pokoik naprzeciw wejścia jeszcze łóżko z górą poduszek pod narzutą. Tomek usiadł na skraju.
Kiedyś tu spał. Drugi pokój zajmowali rodzice. Brat miał łóżko przy ścianie i biurko pod oknem teraz stoi tu maszyna do szycia, mama uwielbiała się bawić materiałami, wyszywać serwetki. Drugie łóżko mama wymieniła na szafę tam trzymała swoje najważniejsze rzeczy.
Tomek siedział w ciszy, zagubiony, patrząc na szafę jakby widział przed sobą mamę, zupełnie zesztywniał. Przejechał dłonią po włosach, pochylił się i rozpłakał na białym narzucie.
Płakał, bo nie potrafił jej odpowiedzieć, gdy w ostatnim dniu życia ściskała jego dłoń. Siedział cicho, jak głaz, widział, jak powoli gaśnie, miał w głowie tyle niewypowiedzianych słów. Mama wyszeptała: Nie patrz na mnie tak, Tomku Ja byłam z wami szczęśliwa. A on chciał. Chciał jej podziękować, za beztroskie dzieciństwo, za wszystko, co poświęciła, za dom, za poczucie bezpieczeństwa… Za fundament, na którym stoi, za miejsce, do którego zawsze mógł wracać, gdzie go kochali i przyjmowali z powrotem, niezależnie od ilości własnych błędów.
Ale wtedy milczał. Czasem ciężko ubrać uczucia w słowa, wszystko wydaje się zbyt napuszone i nie na miejscu. Język nasz jeszcze nie wymyślił, jak godnie mówić o miłości czy wdzięczności, za to świetnie radzi sobie z ironią i przekleństwami.
Tomek zgasił światła i zasnął ubrany, kładąc się delikatnie, żeby nie popsuć łóżka. Na krześle znalazł wełniany koc i przykrył się nim. Nawet nie wiedział, że zaśnie tak mocno. Obudził się o siódmej, jak zawsze. Ciało pamiętało nawet bez budzika od lat o tej godzinie zaczynał się dzień.
Wyszedł do samochodu po torbę. Brzozy naprzeciw domu już całe w zieleni, wyglądały jak panny na wiosennym balu. Słońce wspinało się po ich jasnych gałęziach. Tomek chwilę stał na ganku, nasłuchując śpiewu ptaków w świeżym powietrzu… O, jak cudownie! Dobrze, że dorastał na wsi, nie w blokowisku. Rozciągnął się, poruszał ramionami i wrócił do domu. Torbę zaniósł do szafy mamy.
Wyciągał powoli rzeczy z torby, składał na półkach, na wieszakach ramiączkach, jak mówiła mama. Buty poukładał osobno. Kiedy wszystko było gotowe, stanął krok dalej, popatrzył, czy jest dostatecznie równo. Przed oczami miał mamę, ubraną w sukienki, z tym samym, pełnym ciepła, matczynym uśmiechem, którym zawsze potrafiła powiedzieć kocham. Gładził wieszaki z bluzkami i sukienkami, po czym objął je wszystkie naraz, zanurzył nos w materiał… I stał tak bez sensu, nie wiedząc, co dalej z tym zrobić. W końcu wyrwał się z zamyślenia, wyjął telefon.
Dzień dobry, panie Andrzeju. Dziś mnie nie będzie w pracy. Rodzinna sprawa, bardzo pilna. Dacie radę beze mnie? Dzięki.
Żonie napisał SMS: Przepraszam, że się uniosłem. Wrócę wieczorem. Całuję.
Wzdłuż ogródka kwitły kwiaty. Narcyzy już mocno otwarte, tulipany dopiero rozchylały pąki. Tomek zebrał jedne i drugie, dorwał jeszcze konwalie spod agrestu. Wyszedł z trzema bukiecikami na cmentarzu czekało na niego troje. Wstąpił jeszcze do sklepu, przypominając sobie, że nic nie jadł. Wziął mleko, bułkę, czekoladę.
Aaaaa, Tomek! Co ty tu znów robisz? zdziwiła się pani Kasia ze sklepu.
Tak… Przyjechałem do mamy odpowiedział, uciekając wzrokiem.
Rozumiem. A sera białego chcesz? Świeżutki, zamawiam u rolnika. Twoja mama zawsze brała.
Popatrzył na nią. Żartuje? Nie, ona zawsze była prosta w słowach.
Dobra, poproszę. A u pani jak, pani Kasiu? Wszystko w porządku?
Ech, nie pytaj. Mój Szymek nadal pije. Nic z niego nie będzie.
Zjadł śniadanie prosto na cmentarzu przy grobach. Kwiaty po kolei: narcyzy, konwalie, tulipany. Brat, ojciec, matka. Brat pierwszy odszedł spadł z dachu podczas remontu, zaledwie 20 lat, chrup i po wszystkim. Pięć lat temu zmarł tata, teraz mama. Tomkowi został kawałek czekolady, mamie jeszcze kawałek białego sera. Patrzyli na niego ze zdjęć, a on w myślach z nimi rozmawiał.
Przypomniał sobie ich wygłupy z bratem.
Dokładnie pamiętał, jak z ojcem szedł o świcie na ryby leszcze, szczupaki, tata zarzucał kij jak kowboj.
A mama! Potrafiła przez całą wieś krzyczeć: Tomeeeek! Choooodź jeść! głos jak dzwon, słychać na dwa kilometry. Ileż miał wtedy wstydu przed kolegami! Dziś by dał wszystko, by usłyszeć to jeszcze raz.
Tomek podszedł do świeżego grobu mamy, pogłaskał krzyżyk.
Mamo, wybacz… Nie dopilnowałem cię. Niby żyliśmy osobno, a bez ciebie jest tak pusto! Tyle rzeczy chciałbym ci powiedzieć i tobie, tato, też. Byliście najlepsi na świecie… Jak to robiliście? Z Osią jesteśmy zupełnie inni samolubni. Ja, ja, moje, chcę… Dziękuję wam za wszystko. I tobie, braciszku, też.
Już czas było wracać. Tomek szedł polną drogą, żuł młode źdźbła trawy. Na pierwszej ulicy spotkał Szymka, syna pani Kasi. Był już podchmielony, wyglądał słabo.
O! Tomek! Znowu tu? bełkotał Szymek.
Tak… Odwiedziłem groby. Ty znowu pijesz?
No, wiadomo, święto jest!
Jakie święto?
Szymek wyjął z kieszeni mały kalendarzyk z wyrywanymi kartkami. Przerzucił kilka.
Dzień Żółwia! No widzisz przeczytał z dumą.
Jasne pokręcił głową Tomek Słuchaj, Szymek Dbaj o matkę. Ona jest warta wszystkiego. I pamiętaj, nie jest wieczna.
Zostawił Szymka osłupiałego. Tamten jeszcze coś wybełkotał w jego stronę:
Dobrze, już. Trzymaj się, Tomek!
Trzymaj się rzucił Tomek, nawet się nie obejrzawszy.



