— Nie waż się dotykać rzeczy mojej mamy — powiedział mąż — To są rzeczy mojej mamy. Dlaczego je zeb…

Nie waż się ruszać rzeczy mojej mamy powiedział mąż.

Te ubrania należały do mojej mamy. Po co je zebrałaś? usłyszała, a jego głos zabrzmiał obco.

Pozbądźmy się ich. Po co nam to, Krzysztofie? Zajmują pół szafy, a ja potrzebuję miejsca na zimowe kołdry i poduszki. Wszystko mamy porozrzucane.

Małgorzata z praktycznym zacięciem zdejmowała z wieszaków skromne sweterki, spódnice i letnie sukienki zmarłej teściowej. Pani Janina zawsze dbała o ubrania, wieszała je starannie, żeby się nie pogniotły. Tego nauczyła też syna. U Małgosi w szafie od zawsze był totalny bałagan: rano nurkowała między półki, szukając odpowiedniego swetra czy bluzki, narzekała, że nie ma co na siebie włożyć, po czym godzinami prostowała zmięte ubrania żelazkiem z parą, które wyglądały potem jak wyjęte spod stada krów.

Minęły zaledwie trzy tygodnie, odkąd Krzysztof odwiózł mamę w jej ostatnią drogę. Janina potrzebowała już tylko leczenia właściwie bez nadziei i spokoju. Rak czwartego stopnia rozwinął się w błyskawicznym tempie. Krzysztof zabrał ją do siebie. Zgasła w miesiąc. Teraz wracał zmęczony z pracy i zobaczył jej rzeczy zwinięte i rzucone na sam środek korytarza jakby to były śmieci. Zaniemówił. Czy to już wszystko? Czy tak właśnie traktuje się jego matkę? Wyrzucić i już zapomnieć?

No, co tam się gapisz na mnie jak Żeromski na szlachciankę? odsunęła się Małgorzata.

Nie waż się ruszać tych rzeczy warknął Krzysztof przez zaciśnięte zęby. Krew uderzyła mu do głowy tak, że przez chwilę stracił czucie w dłoniach i nogach.

Po co nam ten rupieciarz? Małgorzata coraz bardziej się denerwowała. Co, muzeum chcesz tu założyć? Twojej mamy już nie ma, pogódź się z tym wreszcie! Lepiej byś się o nią troszczył, kiedy żyła. Odwiedzałbyś częściej, to wiedziałbyś, jak bardzo była chora!

Te słowa strzeliły Krzysztofa jak biczem.

Odejdź, zanim zrobię coś, czego pożałuję powiedział drżącym głosem.

Małgorzata prychnęła:
Proszę bardzo. Wariat…

Wariat to dla niej był każdy, kto miał inne zdanie niż ona sama.

Krzysztof, nie zdejmując butów, podszedł do szafy na przedpokoju, otworzył górne drzwiczki tuż pod sufitem i, wspiąwszy się na stołek, zdjął jedną z wielokolorowych torb. Mieli ich siedem, kiedy przeprowadzali się do nowego mieszkania. Złożył w torbę rzeczy mamy nie wrzucał ich jak popadnie, ale składał starannie każdą sztukę w równy prostokąt. Na wierzchu ułożył jej kurtkę i worek z butami. Cały czas asystował mu młodszy, trzyletni syn, który dorzucił nawet do torby swoją zabawkową ciężarówkę. Na końcu Krzysztof poszperał w szufladzie przy wejściu, znalazł klucz i schował go do kieszeni.

Tato, gdzie idziesz?

Krzysztof gorzko się uśmiechnął, chwytając za klamkę.

Zaraz wrócę, maluchu. Leć do mamy.

Czekaj! zaniepokoiła się Małgorzata, stając w progu pokoju. Wyjeżdżasz? Gdzie? A co z kolacją?

Dziękuję, na dziś mam już dosyć twojego podejścia do mojej mamy.

Daj spokój, o co tyle nerwów? Rozbieraj się i mów, dokąd chcesz jechać o tej porze?

Krzysztof nie odpowiedział, wyszedł za drzwi z torbą. Zapalił samochód, wyjechał spod bloku i ruszył w stronę obwodnicy Warszawy. Jechał, zagłuszając w głowie szum drogi. Wszystko inne zniknęło bieżące projekty, urlopowe plany, nawet te śmieszne memy w internecie, które lubił oglądać, żeby się rozluźnić. Jedna myśl, ciężka, sunęła jak żółw przez jego świadomość: wszystko inne zbledło, spłonęło w ogniu poczucia sprawiedliwości. Z całego zamętu codzienności nieoceniona została tylko garstka dzieci, żona i mama. Obwiniał się o jej śmierć nie dopilnował, nie zdążył, zawsze inne sprawy, obowiązki, rozrywki. A ona nie chciała go martwić, nie chciała być ciężarem, więc Krzysztof coraz rzadziej ją odwiedzał, rzadziej dzwonił, skracał rozmowy

W połowie drogi zatrzymał się przy przydrożnym barze, zjadł na szybko coś gorącego i kolejne trzy godziny przejechał już bez postojów. Tylko raz zwrócił uwagę na zachód słońca: kiedy szary nieboskłon pękł na zachodzie krwawymi smugami słońce, jakby nie chcąc spaść z krawędzi świata, chwytało się ostatkami promieni linii horyzontu. Wjeżdżał już po ciemku do rodzinnej wsi, kluczył po nieutwardzonych dróżkach aż do samego końca i wyłączył silnik pod domem matki. Tym domem, w którym upłynęło jego dzieciństwo i młodość.

W ciemnościach niebyło nic widać. Krzysztof grzebał się z zasuwą, musiał rozświetlić sobie telefonem. Pięć nieodebranych od żony. Tej nocy jednak nie zamierzał z nikim rozmawiać. Niech telefon dalej milczy pod poduszką. Pachniała słodko przekwitająca czeremcha, przyciągając nocne motyle; jej białe kwiaty mlecznobiało odcinały się w ciemności. W szybach odbijało się rozmazane, granatowe niebo. Krzysztof wyjął klucze, otworzył pierwsze drzwi i w ciemnościach znalazł włącznik światła na ganeczku zamigotała zakurzona żarówka.

Przy progu stały domowe buty mamy, w których chodziła po podwórku. Przy drugich drzwiach, już do mieszkania jej pantofle, niebieskie, zużyte, z dwoma czerwonymi króliczkami na noskach. Kupił jej je osiem lat temu. Zatrzymał się, chwilę patrzył, potem szybko wszedł dalej.

Dzień dobry, mamo, czekałaś na mnie?

Nie, już nikt tu na niego nie czekał.

W powietrzu unosił się zapach starej meblościanki i lekkiej wilgoci ciągnącej od piwnicy. Dom błyskawicznie łapał wilgoć i trzeba było go stale ogrzewać, żeby nie pojawiła się pleśń. Na komodzie leżał grzebień, kilka kremów, a na wieszaku zwisała przezroczysta torba z zapasem makaronu Polmak, oznaczona czerwoną ceną. Najnowszy w salonie był kanapa to Krzysztof kupił ją mamie razem z telewizorem. Otwarta lodówka w kuchni dobitnie świadczyła, że już nikt tu nie mieszka. Pokój mamy naprzeciwko jeszcze nietknięte łóżko z poduszkami pod narzutą. Krzysztof usiadł na krawędzi.

Dawniej to był jego pokój, a rodzice spali w drugim, większym. W tamtych czasach, przy samej ścianie, stało drugie łóżko, brata. Było też biurko pod oknem. Teraz na jego miejscu była maszyna do szycia mama uwielbiała szyć i haftować. Drugie łóżko zastąpiła szafa, gdzie trzymała swoje rzeczy.

Krzysztof siedział w kompletnej ciszy, patrzył na szafę jak na zjawię. Wzrok miał pusty. Wcisnął dłonie we włosy, pochylił się, twarz miażdżąc przy kolanach. Ramiona zaczęły mu drżeć, wstrząsały nim szlochy. Padł na śnieżnobiały pokrowiec i rozpłakał się.

Płakał, bo nigdy nie zdążył jej powiedzieć tego, co cisnęło mu się na usta, gdy trzymała go ostatni raz za rękę. Siedział przy niej niemy, jak kamień, widząc, jak powoli gaśnie, a tysiące niewypowiedzianych słów kotłowały się w gardle. Mama szepnęła: Nie trzeba, Krzysiu, nie patrz tak na mnie Byłam z wami bardzo szczęśliwa. Tak bardzo chciał jej wtedy podziękować, za beztroskie dzieciństwo, za miłość, za poświęcenie, domowe ciepło, za poczucie bezpieczeństwa Proste dziękuję za fundament, który mu dała, za własną przystań, do której zawsze można wrócić, gdzie zawsze człowieka przyjmą.

Ale milczał jak głaz, bo brakło mu słów. Czasem w całym bogactwie języka trudno znaleźć te odpowiednie. Wszystko, co przychodziło mu na myśl, brzmiało archaicznie i pompatycznie; aż wstyd było powiedzieć je na głos. Te słowa należały jakby do innej epoki, były zbyt wielkie i niepasujące do obecnych czasów. A nasza epoka nauczyła się doskonale cynizmu, nieuczuciowości i mocnych przekleństw.

Krzysztof zgasił światła, zasnął ubrany, starając się nie naruszyć równo pościelonego łóżka. Znalazł na krześle koc wełniany, okrył się i natychmiast zasnął. Sam się zdziwił, że spał tak mocno. Rano obudził się punktualnie o siódmej, jakby miał w głowie budzik. Ciało ludzkie to jednak niezwykły mechanizm! Niezależnie o której położył się spać, zawsze budził się o tej porze, jak gdyby miał znowu jechać do pracy.

Wyszedł po torbę do auta. Brzozy po drugiej stronie polnej drogi, świeżo zielone, wyglądały niczym dworskie panienki ustawione w szeregu. Gałęzie pełne światła nabierały sił, żeby rozlać ciepło po ziemi. Krzysztof na chwilę stanął na ganku. Śpiew ptaków, świeże powietrze Jak dobrze! I jak to szczęście, że dorastał nie w betonowym mieście! Przeciągnął się, rozruszał zesztywniałe mięśnie i wrócił do domu, ciągnąc torbę pod szafę mamy.

Wyjmował z niej rzecz po rzeczy i układał starannie na półkach. Wieszaki tak mama mówiła o wieszakach wieszał na nich jej bluzki i sukienki. Buty układał na dole. Kiedy już wszystko poukładał, odsunął się, żeby ocenić, czy wszystko jest tak schludne, jak powinno być. Przed oczami stanęła mu ona w tych samych ubraniach, z ciepłym uśmiechem matki, tym, którym zawsze potrafiła powiedzieć kocham. Przesunął dłonią po rządku bluzek, sukienek, objął ubrania, wdychając znajomy zapach Stał tak, bez sensu, nie wiedząc, co dalej z tym zrobić. Przypomniał sobie o teraźniejszości i wyjął telefon.

Dzień dobry, panie Pawle. Dziś nie dam rady przyjść do pracy. Rodzinna sprawa. Poradzicie sobie beze mnie? Dzięki.

Żonie napisał: Przepraszam, że się zdenerwowałem. Wrócę wieczorem. Buziak.

Przy ścieżkach ogrodowych rosły kwiaty. Narcyzy już kwitły, a tulipany rozchylały dopiero pierwsze pąki. Krzysztof zebrał narcyzy, tulipany oraz konwalie, które rosły przy krzaku agrestu. Ot, powstał z tego ciekawy bukiet… Postanowił podzielić go na trzy mniejsze. Na cmentarzu czekali na niego przecież trzej bliscy. Idąc koło sklepu, przypomniał sobie, że nic jeszcze nie jadł. Wszedł więc po mleko i bułkę, dorzucił jeszcze czekoladę.

O, Krzysiu! Co, znów przyjechałeś? zdziwiła się ekspedientka.

Tak… Do mamy powiedział cicho, uciekając wzrokiem.

Rozumiem. Może chcesz jeszcze trochę twarogu? Zamawiam świeży od gospodarza. Twoja mama zawsze tu kupowała.

Popatrzył na nią, zastanawiając się, czy nie żartuje. Nie, była po prostu prosta w obejściu.

Nie trzeba. A może no dobrze, daj pani. A u pani wszystko w porządku, ciociu Ireno?

Eh machnęła ręką. Przyjaźniła się z Janiną całe życie. Lepiej nie pytaj. Synek mój, żal serce ściska, tylko pije.

Zjadł śniadanie na cmentarzu, przy grobach rodziców i brata. Ułożył na każdym kwiaty: narcyzy, konwalie, tulipany. Brat zginął pierwszy spadł z dachu, kiedy naprawiał gont. Niewielka wysokość, ale kark trzask i koniec. Dwadzieścia lat miał ledwie. Potem zmarł ojciec, minęło już pięć lat. Teraz i mama. Krzysztof położył każdemu kawałek czekolady, a mamie dołożył jeszcze trochę twarogu. Uśmiechali się do niego z za szyb nagrobków na zdjęciach. W myślach rozmawiał z nimi.

Wspominał figle, które wyczyniali z bratem.

W najdrobniejszych szczegółach przypominał sobie, jak bladym świtem chodzili z ojcem na leszcza i szczupaki. Tata rzucał wędkę z rozmachem niby kowboj.

A mama? Jak to huknie na całą wieś: Krrzyyysiuuu! Obiiaaad! Miała taki głos, że niosło ją na dwa kilometry. Wstydził się przed kolegami wtedy ogromnie. Jakże by chciał, żeby jeszcze raz tak go zawołała.

Pogładził prowizoryczny krzyż na świeżym grobie mamy. Ziemia była jeszcze miękka pod jaskrawym, kwietniowym słońcem.

Mamusiu, przepraszam Nie dopilnowałem Cię. Mieliśmy żyć osobno, być samodzielni, a bez Ciebie jest nagle pusto. Tyle chciałbym Ci powiedzieć teraz, i Tobie, tato. Jakimi byliście dobrymi ludźmi, najlepszymi rodzicami. Dziękuję… Skąd umieliście to wszystko, czego nie umiemy z Małgośką… Jesteśmy egoistami. Ja, moje, dla mnie, chcę… Dziękuję Wam za wszystko. I Tobie, Pawełku, też, bracie.

Czas było iść. Krzysztof szedł przez pole, żuł młodą trawę, czuł słodką gorycz w gardle. Na początku wioski spotkał Serka, syna Ireny. Ledwo trzymał się na nogach.

O! Krzychu! Znowu w rodzinnych stronach? bełkotał Serek.

Tak. Do rodziny. A ty ciągle pijesz?

A jak! Dziś święto.

Jakie znów?

Niespodziewanie wyciągnął z kieszeni kalendarz ścienny, powyrywane do wczoraj kartki. Przerzucił kilka.

Światowy Dzień Żółwia! obwieścił dumnie.

Jasne… skrzywił się Krzysztof. Słuchaj, Serek Dbaj o matkę. Masz skarb w domu. Ale życie nie jest wieczne. Pamiętaj o tym.

I poszedł dalej, zostawiając dawnego znajomego w osłupieniu. Tamten dopiero po chwili odburknął:

No dobra… Trzymaj się, Krzysiek.

Żegnaj rzucił Krzysztof, nie oglądając się za siebie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × 2 =

— Nie waż się dotykać rzeczy mojej mamy — powiedział mąż — To są rzeczy mojej mamy. Dlaczego je zeb…