12 maja 2023 r.
„Nie udawaj głupiej. Gdzie mama schowała pierścień? Może to ty go wzięłaś? Mów!” – Paweł mocno ścisnął ramiona Elżbiety.
Elżbieta nigdy nie była ładna. Kiedy babcia zobaczyła nowo narodzoną wnuczkę w szpitalu, zapytała córkę, jak zamierza ją nazwać.
„Renatką” – odpowiedziała świeżo upieczona mama z czułością.
„Renaty są urodziwe, a twoja córka, wybacz, nie będzie pięknością. Nazwij ją Elżbietą. Tak miała twoja babcia” – westchnęła staruszka.
W przedszkolu wszystkie dziewczynki były słodkie, z dużymi oczami, pulchnymi policzkami i ustami jak kokardki, otoczonymi jasnymi loczkami. Elżbieta zaś była niezdarna, niepozorna, z prostymi, mysimi włosami, które elektryzowały się od ubrań i stawały dęba.
„Biedaczka, będzie się męczyć z taką urodą. Za mąż pewnie nie wyjdzie. Mówiłam, żebyś mądrze wybierała mężczyznę. A ty?” – gderała babcia, czesząc rzadkie włosy Elżbiety w cienkie warkoczyki, na których ledwo trzymały się kokardy.
„Mamo, daj spokój! Z wiekiem się poprawi” – odpowiadała mama Elżbiety.
Do dwunastego roku życia Elżbieta nie stała się ładniejsza. Kanciasta, z krótką fryzurą, była najwyższa w klasie. Chłopcy przezywali ją „wieżą”. Zamknęła się w sobie, nie miała przyjaciół, siedziała w domu i czytała książki.
W liceum nie poszła na studniówkę. Sukienka kupiona latem okazała się za mała.
„Czemu jesteś w domu?” – spytała mama, wracając z pracy.
„Po co mnie urodziłaś? Żebym całe życie się męczyła? Chłopaki wołają na mnie wieżę, nikt mnie nie zaprasza do tańca. Jestem brzydka!” – krzyknęła histerycznie Elżbieta.
„Córeczko, nawet piękni ludzie nie zawsze mają udane życie. Co zrobimy, skoro taka już natura? Piękno to nie wszystko” – próbowała ją uspokoić mama.
„A co jest ważne? Pieniądze? Za pieniądze można kupić wszystko, nawet urodę. Tylko że my ich też nie mamy. Nie wyjdę za mąż i nie urodzę dziecka. Nie chcę, żeby moja córka też była brzydka i cierpiała tak jak ja” – wściekała się Elżbieta.
„Zakochują się w wyglądzie, ale doceniają duszę i charakter” – ze smutkiem powiedziała mama.
„A ja mam zły charakter, sama mi to mówiłaś. Jak można mieć dobry charakter, skoro nikomu się nie podobam? Wszyscy uciekają ode mnie jak od trędowatej” – W oczach Elżbiety pojawiły się łzy. – „Dlaczego nie wybrałaś na ojca kogoś ładniejszego?”
Po szkole Elżbieta mogła iść na studia, ale wybrała szkołę pielęgniarską. Kiedy jako dziecko leżała w szpitalu z zapaleniem płuc, wszystkie pielęgniarki wydawały jej się pięknymi aniołami w białych fartuchach. Włosów nie było widać pod czepkami. Nauka trwała krócej, a i chłopaków było mniej – nikt by jej nie przezywał.
Szkołę skończyła z wyróżnieniem. Pacjenci ją lubili. Zręcznie robiła zastrzyki i nie odchodziła od łóżek od razu, tylko słuchała skarg na choroby i obojętne dzieci. Na oddziale terapii leżeli głównie starsi ludzie.
Ale czasem trafiali się też młodzi. Jeden z pacjentów, trzydziestoletni Marek, kręcił się ciągle przy pielęgniarskim stanowisku, okazywał Elżbiecie zainteresowanie. Pewnego dnia pocałował ją w gabinecie zabiegowym, zaprosił do kina po wyjściu ze szpitala. Ale czas mijał, a Marek nie dzwonił i się nie pojawiał. Elżbieta postanowiła pójść do niego.
„Naiwna jesteś. Żonaty” – starsza pielęgniarka pokręciła głową.
„Mówi tak z zazdrości” – obraziła się Elżbieta.
„Spójrz sama, w karcie napisane, że żonaty, i podany jest numer żony.”
„Ale ona go nie odwiedzała” – zauważyła Elżbieta.
„Właśnie dlatego kręcił się przy tobie. Kupowałaś mu jabłka i pomarańcze, przynosiłaś domowe jedzenie. Żona z dwójką dzieci w domu. Młodszego miesiąc temu urodziła, nie ma z kim zostawić.”
„O dzieciach też w karcie?” – spytała Elżbieta, już ledwo powstrzymując łzy.
„Mieszka w bloku obok mnie. Znam jego żonę. Gdybym czuła, że między wami coś poważnego, dawno bym powiedziała. Ale tak… Chyba się mnie bał. Bądź ostrożna z takimi. No, no, nie płacz. I ciebie szczęście nie minie. Mężczyźni lubią pielęgniarki. Umiemy opiekować się i współczuć, zrobić zastrzyk, gdy trzeba” – starsza pielęgniarka przytuliła Elżbietę jak matka.
Na oddziale leżała starsza, inteligentna kobieta. Nikt jej nie odwiedzał. Na szafce nie stał słoik z rubinowym sokiem ani paczka z pomarańczami.
„Dlaczego nikt pani nie odwiedza?” – spytała pewnego dnia Elżbieta.
„Mąż zmarł dziesięć lat temu, a syn mieszka daleko. Ma rodzinę i pracę, po co go zawracać głowę drobiazgami. Poradzę sobie” – odpowiedziała Wanda Piotrowska.
„A co może być ważniejsze niż zdrowie matki? Wkrótce panią wypiszą, a ma pani problemy z ciśnieniem, jak pani będzie sama?”
„Jakoś, Elu” – uśmiechnęła się Wanda Piotrowska.
„Może będę do pani przychodzić i pomagać? To dla mnie nic trudnego. Zrobię zastrzyk, zmierzę ciśnienie. Jestem zupełnie wolna.”
„Jakoś tak nieswojo” – zawahała się Wanda Piotrowska.
„Porozmawiamy o tym później, teraz muszę iść” – Elżbieta dotknęła jej dłoni i wyszła.
Po wypisie, jak obiecała, często odwiedzała Wandę Piotrowską. Gotowała zupy, chodziła po zakupy, sprzątała. Podobało jej się w przestronnym mieszkaniu.
„Mój mąż był wojskowym, generałem” – opowiadała dumna Wanda Piotrowska przy herbacie. – „Ile razem jeździliśmy po garnizonach, po kraju. Pod koniec życia dostaliśmy to mieszkanie, ale on się nim niewiele nacieszył.”
„A dlaczego syn nie mieszka z panią? Tyle tu miejsca.”
„Widzisz, jego żona chciała wymienić to mieszkanie na dwa. Nie chciała z nami mieszkać. A ja miałam dość tymczasowych mieszkań, nie chciałam znowu żyć w ciasnocie. Odmówiłam. Pokłóciliśmy się z synem. Mąż bardzo przeżywał tę kłótnię, stąd zawał.”
I nieElżbieta oddała pierścień do muzeum, a potem wróciła do pracy, gdzie pacjenci zawsze czekali na jej uśmiech i troskliwą dłoń.



